6 grudnia 2016

Jeśli nie nakłonię niebios, poruszę piekło.

Cześć!

Taka niespodzianka na Mikołajki! Mam nadzieję, że Wam się spodoba i na chwilę pozwoli oderwać od szarych widoków za oknem. Co daliście w prezencie? A może byliście niegrzeczni? ^^


Mam nadzieję, że jesteście zdrowi i gotowi przetrwać jeszcze trochę czasu nim dosięgnie nas świąteczne szaleństwo!

Ściskam,
Lupi♥














Najpierw powrócił jej wzrok. Uchyliła powieki, przypominając sobie, że gdzieś oprócz ciemności jest światło. Zmrużyła oczy, przesuwając powoli spojrzeniem po białym suficie, który przecinało kilka starych rys. Było jasno. Stanowczo za bardzo jak na jej zmęczony wzrok.

Później przypomniała sobie, że może się poruszać. Ostrożnie przesunęła palcami po chłodnym materiale, starając się zacisnąć dłonie w pięści. Gdy w końcu zdecydowała się zaprzestać prób, licząc że w końcu jej się uda. Poruszyła stopami, chcąc się upewnić, że wciąż posiada nogi. Ostry ból przeszył jej głowę, ale nie rozpłakała się. Czuła je, a to znaczy, że wciąż była w jednym kawałku.

Następnie po krótkim namyśle otworzyła usta, czuła jak spierzchnięte wargi pękają, ale oblizała je opuchniętym językiem, czując posmak krwi. Zastanawiała się czy na pewno wie jak mówić. Czy wciąż ma swój głos?

- Nie spiesz się, dopiero odzyskałaś przytomność – drgnęła przestraszona, odnajdując opartego o framugę drzwi chłopaka, który podszedł powoli i podsunął jej pod usta szklankę z wodą – Pij powoli.

Starając się zacisnąć palce na szkle, udało jej się przez sekundę utrzymać szklankę samodzielnie, nim wyślizgnęła jej się z palców. Jednak nieznany towarzysz ją utrzymał, uśmiechając niepewnie i przyglądając jak bierze łapczywie kilka łyków.

- Gdzie.. gdzie jestem? – zmarszczyła brwi, starając przypomnieć ostatnie wydarzenia. Biegli przez las, a Harry wciąż ją popychał by przyspieszyła. Pamiętała gałęzie smagające ją po policzkach, liście wplątujące we włosy oraz nierówny grunt. Uciekali przed pościgiem aż w pewnym momencie się poślizgnęła a jej noga z trzaskiem się wykrzywiła. Skrzywiła się, bo gdy tylko o niej pomyślała poczuła nieprzyjemny ból. Spojrzała na przykryte kołdrą nogi, oddychając ciężko.

- Nastawiłem ją – pocieszył ją, po czym pod jej podejrzliwym wzrokiem, zarumienił – Nie ja. Poprosiłem lekarza by to zrobił. I cię zbadał. Jest złamana w dwóch miejscach, a kolano trzeba było nastawić. Twój nadgarstek jest jedynie pęknięty, a kilka żeber po obijanych. Rozcięcie na głowie jest nie groźne.

- Gdzie jestem? – zapytała ponownie, lekko rozbawiona jego szybką relacją o jej stanie zdrowia. Znów starała się lepiej poruszyć palcami. Bez skutku. Pamiętała, że się przewróciła, a Harry zawrócił. Nie zdążył jednak do niej dobiec, gdy szmalcownicy ich otoczyli. Pamiętała wściekłość w jego oczach oraz dziwną pewność. Rzucił coś do niej, a ona odruchowo złapała. W chwili, gdy zacisnęła palce, wiedziała, że to było dokładnie to czego chciał. A później szarpnięcie w brzuchu oraz długie, nieprzyjemne sekundy wirowania nim świstoklik wyrzucił ją gdzieś. Poderwała się przerażona, a złamana noga ją zawiodła i poleciała do tyłu. Potem pustka.

- Spadłaś ze schodów – podpowiedział, obserwując ją uważnie – Niemalże dostałem zawału, gdy z hukiem zleciałaś. Nie wyobrażasz sobie jak bardzo musiałem się postarać by lekarz tu przyjechał i cię odratował bez zabierania do szpitala. Ale zabronił mi kogokolwiek tam zabierać.

- Kto? – znów rozejrzała się po niewielkim pokoiku, gdzie oprócz łóżka stała duża szafa oraz biurko. W kącie ustawiono fotel, a tuż obok stary kufer. Nie była tu nigdy.

- Harry.

Zielone oczy. Czarne włosy. Smukłe ciało. Szorstkie dłonie. Słodkie usta. Twarz Wybrańca zamajaczyła jej w głowie, a ona cicho syknęła, czując strach. Co się z nimi stało? Żyją? Kto ich złapał?

- Gdzie jestem? – znów spytała, przyglądając towarzyszowi. Przesunęła czujnie wzrokiem po okrągłej twarzy, gęstej, blond czuprynie oraz przenikliwych niebieskich oczach. Chłopak miał szerokie, umięśnione ramiona oraz potężnie zbudowaną sylwetkę.

- W domu... – powiedział powoli, zagryzając policzek od środka i spuszczając wzrok – Jesteś w domu.

- Domu? – powtórzyła z niezrozumieniem, marszcząc czoło. blondyn westchnął ciężko, unosząc głowię i krzywo uśmiechając.

- Jesteś na Privet Drive cztery. – wyznał w końcu ze spokojem oraz smutkiem – Jestem Dudley Dursley, kuzyn Harry’ego.

I wtedy właśnie udało jej się rękę zacisnąć w pięść oraz uderzyć z całej siły chłopaka w twarz.

Sekundę później straciła przytomność.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

- Zawsze chciałam tu przyjechać, ale nigdy nie spodziewałam się, że to będzie w takich okolicznościach. Te przepiękne cuda architektury, idealny upał oraz przyjaźni, głośni ludzie. Moja rodzina była oziębłym zbiorem szaleńców. Nie rozumiem więc czego ludzie oczekiwali ode mnie? Skoro nieudanym egzemplarzem był już mój brat, to co dopiero drugie dziecko? To nie tak, że jestem jakaś uszkodzona… może w moim DNA są geny szaleńca oraz durnej damy, ale czy to znaczy, że będę jednym bądź drugim? Pocieszające by było, że to tylko geny, a zostałam wychowana przez normalnych, poczciwych rodziców. Ale to niestety mrzonka. Wychował mnie wariat oraz głupia panna, ale… ale nie chciałam by to się aż tak źle skończyło, wiesz?

Pansy spojrzała na filiżankę z kawą, a później przesunęła spojrzeniem po ulicy, na której spacerowali ludzie. Uśmiechnęła się, czując grzejące jej nagie ramiona słońce oraz zapach świeżych bułeczek. Kilka skuterów bucząc przejechało wśród turystów, którzy wciąż pozowali do zdjęć i śmiali się radośnie.

- Zabiłam już więcej osób niż sama się spodziewałam, że mogłabym w całym życiu. A to dopiero początek… czasem zastanawiam się co by powiedział na to wszystko Christoph, ale w końcu się odważyłam porozmawiać z Harrym. Harry nie jest moim starszym bratem, ale kilka podobieństw w nim sprawia, że czasem łatwo sobie wyobrazić, że to on. Nie, nie wykorzystuje go. Kocham go tak jak bym kochała Christopha, gdyby nie leżał w rodzinnej krypcie – wzruszyła ramionami, łamiąc kawałek ciastka i wsadzając je do buzi – Jednak wybaczenie jakie daje mi Harry wystarcza. Skoro on może na mnie patrzeć bez strachu i obrzydzenia, to znaczy, że nie jestem takim potworem jak myślę. Dużo osób powtarza, że wojna wydobywa z nas największe zło, bo musimy walczyć o przetrwanie. Ja czuję się dobrze, nie podle. Czasem tak, ale przeważnie czuję się dobrze.

Jakaś mała dziewczynka z lodami wyrwała się rodzicom, biegnąc kawałek by zobaczyć lepiej iluzjonistę, pokazujące magiczne sztuczki. Potknęła się jednak o nierówny grunt, a jej kolana otarły się o ulicę. Wkrótce mogli usłyszeć jak głośno płacze, a spłoszeni rodzice tulili ją i oddawali swoje lody, chcąc na nowo rozweselić córeczkę.

- Dobrze, masz rację. Czuję się podle. Wmawiam sobie, że wymierzam sprawiedliwość, karzę zbrodniarzy i przelewam krew w słusznej sprawie – zmarszczyła brwi, kiedy w końcu dziewczynka podniosła się, a zapłakana twarz rozjaśniła w uśmiechu – Ale to nie prawda. Zabijam, bo mogę. To jedyne nad czym mam kontrolę. Nad sobą mam kontrolę. Zabijam, bo chcę by cierpieli jak ja. By nie krzywdzili mojej rodziny. Więc ich zabijam. Jestem potworem, prawda – dopiła kawę, wzdychając ciężko i spoglądając na siedzącą nieruchomo przed nią kobietę – Bardzo potrzebowałam tej rozmowy.

- Każdy musi się czasem wygadać – odpowiedziała płynnym angielskim kelnerka, a jej nieobecne oczy wciąż wpatrywały się w jej filiżankę. Pansy skinęła głową, wsuwając różdżkę do rękawa i kończąc zaklęcie Imperiusa. Zamglone spojrzenie wyostrzyło się, a młoda kobieta uśmiechnęła się do niej podnosząc z krzesła i poprawiając fartuszek – Czy mogę jeszcze jakoś panience pomóc?

- Poproszę rachunek – odwzajemniła uśmiech, czując żal, że jej monolog i tak nie został zapamiętany. Podniosła się otrzepując sukienkę oraz zostawiając na talerzu duży napiwek. Wmieszała się w tłum turystów, chętnie chłonąc ich radość oraz energię. Rzym był piękny, gorący oraz całkowicie inny od Anglii. Przeszła kilkoma wąskimi alejkami, chichocząc, gdy goniące się dzieci minęły ją ze śmiechem. Weszła do kamieniczki, odnajdując odpowiednie mieszkanie i zaklęciem otwierając drzwi. Zrzuciła z siebie buty oraz odwiesiła kapelusz na półkę, przechodząc do niewielkiego salonu.

- Pączki z dżemem?

- Obiecałam – zauważyła, rzucając papierową torbę na stolik obok sofy i siadając na jej brzegu. 

Przesunęła dłonią po szorstkim kocu, którym okryła przed wyjściem Teodora. Zlustrowała uważnie wzrokiem jego bladą twarz, która kilka dni temu wyginała się w męczarniach. Wciąż przypominając sobie jego nagły wrzask bólu oraz brak sił, dostawała dreszczy. Szlochał w jej ramionach w lesie, gdzie akurat mieli spędzić noc. Trząsł się i prosił by go zabiła. Jęczał w konwulsjach, wyrzucając z żołądka wszystko co mógł, a później charczał z trudem biorąc oddech. Mając omamy zrzucił z siebie koszulkę, twierdząc że ma okropne rany, a z nich leje się krew. Bardzo długo musiała go uspokoić, a gdy uwierzył jej, że nie jest ranny… było tylko gorzej. Doszedł do tego szybciej niż ona, co ją kiedyś strasznie denerwowało, a teraz ciekawiło, że był tak.. bystry. Oczywiście, musiało chodzić o Hermionę. Rozpłakał się bezradnie, szepcząc, że dziewczyna umiera. Chciał porzucić ich misję i ruszyć przyjaciółce na ratunek, ale przyrzekła mu, że pozostali na pewno to robią. Całą noc cierpiał, a ona wszystkie godziny przytrzymała go w swoich objęciach. Rano poczuła jak jego mięśnie się rozluźniają, gdy nawiązał kontakt z Hermioną. Tulił ją mocno, szepcząc modlitwy dziękczynne oraz prosząc o łaskę. W końcu usnął. Wtulony w nią, zasnął. Nie poruszyła się ani o milimetr, przeczesując palcami mokre od potu włosy, gładząc umięśniony tors oraz badając z ciekawością rysy jego twarzy.

- Wszystko w porządku? – zamrugała zaskoczona, obserwując jak Nott siada na sofie, a później pochłania przyniesione pączki. Od tamtego czasu minął niecały tydzień. Zdążyli zabić dwie osoby z listy, a ostatnia ich ofiara wyznała, że tu znajdą następny cel. Kiedy obudziła się rano zastając Teodora wciąż śpiącego na kanapie, spokojnie oraz bezpiecznie, nie chciała go budzić. Ruszyła na miasto, szukając inspiracji.

- Tak, dobrze się czujesz? – odruchowo wyciągnęła rękę, przykładając do jego czoła i przesuwając nią bezwiednie odgarnęła ciemne pukle na bok – Musisz wciąż dużo pić.

- Znalazłaś go? – zapytał, nie spuszczając z niej ciemnych oczu. To niesamowite, ale zawsze miała wrażenie, że są czarne. Ciemne dwie dziury, pochłaniające ją całą. Ostatnio zauważyła, że są brązowe. Tak ciemno kawowe, że przy normalnym świetle przypominały błyszczący onyks. Spodobały się jej przez to jeszcze bardziej, szczególnie ich intensywność, gdy łapał jej wzrok.

- Co? – zamrugała, marszcząc brwi, bo zauważyła, że usiadła bliżej niż zwykle. Gdyby przesunęła się jeszcze kawałek mogłaby spokojnie oprzeć brodę o jego ramię i wciągnąć przyjemny zapach zaspanego chłopaka – Hmm? Tak. Znalazłam go.

- To już trzeci – odparł zadowolony Teodor, podsuwając jej pod nos torebkę – Nie masz ochoty?

- Nie – podziękowała kulturalnie, odwracając wzrok na włączony telewizor. Leciała jakaś włoska stacja, gdzie ładnie ubrana blondynka prezentowała wiadomości – Rozmawiałeś z Hermioną?

- Mhmm – przytaknął, przeżuwając już trzeciego pączka – Dzisiaj obrabiają bank.

- Niesamowite – mruknęła szczerze, zazdroszcząc im takiego planu i przygody. Zerknęła kątem oka na Teodora, wyrzucając w sobie swoją głupotę. Prawda była taka, że on ją zawsze rozumiał. Nawet gdy się nie lubili, to on wiedział co czuła, gdy zabiła mugola w salonie. To on pomógł jej przejść przez wszystkie etapy z pogodzeniem się oraz uznaniem, że pomogła tamtemu człowiekowi. Pozwalał jej wyżywać się na sobie i ćwiczyć intensywnie uroki. Wiedział, że potrzebowała się złościć, a później płakała, gdy się rozchodzili. Wiedział to wszystko, widział. Widział ją prawdziwą. A ona dopiero teraz po wielu miesiącach dostrzegła w końcu jego. Zauważyła jak zaborczy jest wobec ich, jak troskliwy i czuły wobec najbliższych. Podziwiała jego determinację i opanowanie, gdy w najgorszych sytuacjach umiał myśleć logicznie. Czuła jego wibrującą magię, którą świetnie ujarzmił, przez co nie wydawał się tak potężny, jaki naprawdę był. Zobaczyła jego w tamtej jaskini gdy wrócił po kąpieli, zakładając przez mokrą głowę koszulkę. Opowiadał jej wtedy zabawne historyjki, zasłyszane przez Hermionę, chcąc pocieszyć na duchu. Wiedział dobrze, że uciekała nocą i wracała dopiero nad ranem z krwią na dłoniach. Pozwalał jej na to. Pomagał jej przejść własną krucjatę.

- Możemy iść od razu załatwić sprawę – zaproponował, otrzepując dłonie i podnosząc się. Obróciła się w bok, gdy w samych bokserkach przeszedł do fotela wkładając spodnie by powstrzymać chęć spojrzenia na jego tors – Co ty na to?

- Im szybciej tym lepiej – stwierdziła, wstając i przechodząc do sypialni, gdzie jak się uparł ślizgon ona spała. Otworzyła szafę właścicielki mieszkania, zsuwając z siebie jasną sukienkę i odwieszając, po wcześniejszym rzuceniu Chłoszczyć. Uśmiechnęła się szeroko, wybierając teraz czarną koronkową suknię do kostek. Założyła na siebie ubrania, zaklęciem dopasowując rozmiar, a później wkładając ładne szpili. Stanęła przed lustrem, spinając włosy w wysokiego kucyka i z zadowoleniem dołączając do Notta, czekającego na korytarzu.

- Jeśli tak wygląda śmierć, to dziś popełnię samobójstwo – stwierdził kąśliwie, gdy obróciła się przed nim – Musiałaś się przebrać, bo idziesz kogoś zamordować?

- Miałam ochotę – wzruszyła ramionami, nasuwając na nos okulary przeciwsłoneczne – Skoro już tu jesteśmy, to możemy się zabawić.

- Oczywiście – mruknął, opuszczając tuż za nią kamieniczkę. Przeszli bocznymi alejkami do głównego placu, a później wtopili się w nurt spieszących się ludzi. Teodor kupił sobie po drodze kawę, wzdychając z przyjemnością nad jej doskonałym smakiem. Pansy skrzywiła się, gdy jej zaproponował jego ulubioną  czarną jak noc kawę bez żadnych słodkich dodatków. W końcu doszli do celu, a ona uniosła kąciki ust na widok szerokiego uśmiechu towarzysza. Kulturalnie przepuścił ją w drzwiach, unosząc wzrok na dzwoneczki wiszące nad przejściem powiadamiające o ich przybyciu. Wsunęli się do starego sklepu, w którym pachniało spróchniałym  drewnem. Teodor przysunął się z ciekawością do półek z kilkoma wiekowymi książkami, a ona sama podeszła do lady. Oparła się o nią ostrożnie, zsuwając z nosa okulary i zerkająca za okno. Zza brudnych szyb rozpierał się piękny widok na plażę i turkusowy ocean.

- Sorry! Oggi abbiamo a nipoti casa e il caos. – po paru chwilach wyłoniła się z drugiego pomieszczenia włoszka o sympatycznej twarzy pooranej delikatnymi zmarszczkami. Wciąż jednak łatwo było w niej odnaleźć piękno młodzieńczych lat. Czarne pukle poprzecinało kilka siwych nitek, ale oczy błyszczały radością i energią - Come posso aiutare?

- Siamo alla ricerca di Trawney – Pansy zagryzła wargę, obserwując jak Nott podchodzi do niej i płynnie odpowiada kobiecie. Uniosła brwi do góry, ale wesoło gawędząc zniknęła z powrotem w pokoju – Poszła po… męża.

- Męża – powtórzyła, spoglądając w ciemne oczy, które wpatrywały się w nią intensywnie – Nic nie zmieni naszego celu.

- Są tu dzieci – mruknął, opierając łokcie o ladę i lekko pochylając – Nie skrzywdzimy ich.

- Oczywiście, że nie – prychnęła, wyciągając dłoń i odruchowo gładząc go po plecach. Poczuła jak zadrżał, a ciche westchnienie wydostało się z jego zaciśniętych ust. Zachęcona jego reakcją, a również nowym pragnieniem przesunęła palcami po jego ramieniu, pozwalając ich palcom się spleść. Teo uniósł lekko głowę, rzucając jej nieodgadnione spojrzenie ciemnych oczu. Na chwilę pozwoliła swojej masce opaść, pokazując mu własne obawy oraz nadzieje. Nim zdążył coś powiedzieć, rozległy się kroki a do sklepiku wszedł sprężystym krokiem mężczyzna.

- Podobno mnie szukacie – przywitał ich, unosząc brwi i taksując wzrokiem – Czym mogę służyć młodym Brytyjczykom?

- Chcielibyśmy porozmawiać – Teodor wyprostował się, wsuwając dłonie do kieszeni spodni i wzruszył ramionami – Może poszlibyśmy na spacer?

- Cóż, tego w ofercie naszego sklepu nie mam, ale z chęcią dowiem się co słychać w ojczystym kraju – zaśmiał się, wskazując im by ruszyli za nim do mieszkalnej części sklepu. Pansy drgnęła, gdy chłodne palce Teo musnęły jej kark, popychając łagodnie. Posłusznie ruszyła za ich przewodnikiem, uśmiechając kulturalnie do poznanej wcześniej włoszki. Kobieta trzymała na kolanach dwuletnią dziewczynkę, która chichotała radośnie na wygłupy dwóch równie małych chłopców. Trawney powiedział coś spokojnie do małżonki, nachylając i całując ją krótko w usta. Równie czule pożegnał swoje wnuki, a na koniec rzucił ostatnie ciepłe spojrzenie żonie, która wróciła szybko do zabawy z dziećmi. Wyszli tylnymi drzwiami, prowadzącymi na plażę. Pansy zrzuciła z nóg buty, uśmiechając z przyjemnością na dotyk ciepłego piasku pod stopami. Dogoniła idących powoli towarzyszy, wsuwając beztrosko swoją dłoń pod ramię ciemnowłosego.

- Moja Elena to bardzo dobra kobieta – opowiadał Trawney, uśmiechając szeroko na wspomnienie ukochanej – Mamy jedną córkę, ale to my z Eleną wychowujemy jej dzieci. Wiecie, dzisiejsza młodzież bardzo skupia się na karierze, zapominając jak ważna jest rodzina.

- Śliczne dzieci – zgodził się Teo, zatrzymując w odpowiedniej odległości od wody, która falami zalewała brzeg. Obrócił się w kierunku mężczyzny, który spoglądał na dom stojący na wydmie – Kiedy uciekł pan do Włoch?

- Po pierwszej wojnie magicznej miałam niemałe problemy z unormowaniem życia. Zrobiłem straszne rzeczy w jej trakcie, ale i po obaleniu Czarnego Pana – Pansy drgnęła, unosząc gwałtownie głowę i rzucając mężczyźnie zaskoczony wzrok. Teodor również uniósł brwi, ale nie poruszył się – Tak, od razu was poznałem. Chociaż mówiąc szczerze, to ciebie, mój chłopcze. Przypominasz ojca, ale równie bardzo dziadka.

- Wiesz po co przyszliśmy – stwierdził po minucie ciszy chłopak, machając ręką wokół – Od początku wiedziałeś.

- Gdybym mógł cofnąć czas nie posłuchałbym Carrowa – uśmiechnął się przepraszająco, przesuwając palcami po brązowych włosach usianych siwizną – Byłem tylko młodym i ambitnym głupcem, który wierzył, że takie zachowanie zostanie w przyszłości nagrodzone przez mojego mentora.

- A teraz ukrywasz się tutaj pod zmienionym nazwiskiem – Pansy zmarszczyła brwi, kiedy znów ruszył spacerem. Poszli za nim, pozwalając się prowadzić dalej – Masz znak, czemu Czarny Pan po ciebie nie przyszedł?

- Ależ przyszedł – zaśmiał się chrapliwie Trawney, rzucając im przez ramię zmęczone spojrzenie – Przyszedł czy raczej przysłał kilka posłańców, a oni zranili moją córkę i żonę. Musiałem znów przypieczętować umowę.. naprawdę nie chciałem. Ale tylko tak mogłem uratować swoją rodzinę.

- Jaką umowę? – Pansy zatrzymała się, zmuszając tym samych ich dwoje do tego samego – Jaką umowę?

- Musiałem pomóc im unieszkodliwić ministerstwo włoskie nim zareaguje na prośby Brytyjczyków o wsparcie – wzruszył ramionami, mrużąc powieki, gdy zawiał silniejszy wiatr – Zneutralizowałem kilku magów, a teraz wypełniam pojedyncze polecenia.

- Zneutralizowałeś – Pansy zachichotała, przewracając oczami i nachylając ku mężczyźnie – Ładnie to ująłeś. Ja będę bezwzględniejsza. Zabiłam już wielu tobie podobnym. Zabiłam twoich przyjaciół. A teraz zabiję ciebie.

- Wiem, dziecko, wiem – uśmiechnął się ze smutkiem, klękając na kolana i rozkładając ramiona – Jestem gotów ponieść odpowiedzialność za swoje grzechy – zerknął na milczącego Notta, który obserwował jak jego przyjaciółka wyciąga różdżkę – Szczególnie, jeśli moja śmierć ma uratować twojego brata. Wybaczam wam to co zaraz zrobicie.

- Nie potrzebuje twojego wybaczenia – prychnęła Pansy, nieruchomiejąc pod czujnym wzrokiem Teo, który odsunął się, pozwalając jej działać – Twoja śmierć nic nie zmieni w moim życiu.

- Możesz dalej się okłamywać. Też to robiłem wiele lat – przyjrzał się jej z politowaniem oraz zrozumieniem – Kiedyś ja robiłem wszystko do czego zmuszała mnie wojna. Teraz ty robisz to samo. A nawet więcej, prawda?

- Nie potrzebuję twojego rozgrzeszenia – odparła spokojnie, uśmiechając blado – Jesteś dla mnie nikim. Nie od ciebie oczekuje wybaczenia.

- Ale i tak je dostajesz. – przesunął wzrok za nich, gdzieś gdzie w oddali stał jego dom – Nie krzywdźcie ich. Elena.. zrozumie.

- Diffindo – szepnęła, lekko poruszając różdżką, a na gardle mężczyzny pojawiło się głębokie cięcie. Krztusząc się krwią opadł na ziemię, zwijając w konwulsjach. Obserwowała przez kilka chwil jak drży, nim w końcu znieruchomiał. Jego oczy znieruchomiały, a ręce bezwładnie uderzyły o piach. Czerwona ciecz wciąć wypływała z gardła, brudząc ubrania mężczyzny.

- Czyjego wybaczenia potrzebujesz?

Oblizała wargi, poprawiając bezwiednie kapelusz i odrywając wzrok od martwego czarodzieja, rzuciła okiem na swojego towarzysza. Teodor przyglądał się jej uważnie, jak zawsze. Nie zwracał uwagi na nieżywego mężczyznę, skupiając na niej swoją uwagę. Musnęła palcem sukienkę, kiedy na nowo wsuwała różdżkę w uprząż schowaną na udzie. Czuła jak ciemne oczy przesuwając się na jej odsłonięte udo, a później z powrotem na nią z dziwnym żarem w oczach.

- Harry’ego – odpowiedziała krótko, podnosząc z ziemi upuszczone wcześniej buty i otrzepując je z piasku – Co robimy teraz?

- Mam pewien pomysł – mruknął, wyciągając do niej dłoń. Podeszła spokojnie, chwytając jego rękę oraz pozwalając lekko przyciągnąć bliżej – Zamknij oczy.

- Ale..

- Ufasz mi? – zapytał, unosząc do góry jedną brew i obejmując ją wolnym ramieniem w pasie. Ułożyła obie dłonie na jego torsie, rozchylając ze zdumieniem usta. Czuła jak jej serce zaczyna przyspieszać na taką bliskość oraz ciemne oczy iskrzące się przy jej własnych.

- Tak – przymknęła powieki, czując jego słodki oddech na policzku. Nim zdążyła stanąć na palcach by spróbować skrócić dzielącą ich odległość zawirowali, a świat usunął się spod jej nóg.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

Gdyby ktoś poprosił kiedykolwiek Hermionę o przygotowanie listy najgłupszych, najbardziej nieprzemyślanych, niebezpiecznych wydarzeń w jej życiu na pewno pojawiłoby się tam spotkanie z trollem w łazience, a zaraz obok polowanie na bazyliszka. Oczywiście, nie mogłaby pominąć samodzielnej wyprawy po uciekiniera z Azkabanu, pomińmy fakt, że Syriusz okazał się tym dobrym. Dodatkowo można by wspomnieć o byciu zauroczoną Krumem, przez którego utknęła na dnie jeziora. To nie była jej decyzja. Tak naprawdę nic z tych rzeczy nie robiła dobrowolnie.

Ale nigdy, NIGDY, nie przypuszczałaby, że kolejny równie nieciekawy plan pełen luk oraz niewiadomych wyjdzie z jej inicjatywy. Musiałaby skłamać, że nie robi tego by połechtać swoją ambicję. Kto jak kto, ale ona z chęcią udowodni, że rzeczy niemożliwe do wykonania.. są jednak możliwe. Okraść najbardziej strzeżony w Wielkiej Brytanii magiczny bank pełen pułapek, starej magii oraz nieznanych  im zabezpieczeń? Udowodni, że można.

Czy już to zrobiła.

- TERAZ!

Oczywiście, jej plan okazał się pełen niedoskonałości, liczyła się z tym od samego początku. Nie była aż tak dumna by nie spodziewać się, że im nie wyjdzie już od pierwszego etapu. Ale zawsze w takich momentach miała ich, prawda? Im, wszystkim razem, zawsze udawało się wyjść z tej sytuacji cało. Kiedy głos Harry’ego do niej dotarł, ostatni raz obiecała sobie, że więcej nie będzie się zgadzać na tak głupi pomysły. Nawet swoje. A potem skoczyła.

Pierwsze co zauważyła, to że nie miała dość sił by krzyknąć. Leciała w dół wcale nie z tak dużej odległości, ale wystarczającej by jej ciało skuliło się ze strachu. Machała rękoma, starając kontrolować swój oddech, ale nie dawała rady.

Drugim istotnym faktem był nagły ból ramienia, gdy zahaczyła o ostre łuski. Poczuła pieczenie nim zdołała uderzyć w wodę.

Po trzecie, właśnie przeżyła jedną z największych przygód swojego życia. Okradła bank i leciała na smoku. Prawdziwym, cholernie żywym smoku! Tylko Harry był na tyle szalonym człowiekiem by ją namawiać na takie.. rzeczy. I chyba nigdy w życiu mu tego nie powie, ale była mu za to wdzięczna.

Woda okazała się lodowata, gdy z rozpędu do niej wpadła. Zacisnęła powieki, czując jak opada na dno, póki nie odnalazła z powrotem drogi na powietrze. Mocno uderzała nogami, starając wydostać, a gdy tlen jej się skończył wynurzyła się na powierzchnię. Wzięła szybko głęboki wdech, krztusząc wodą i rozglądając wokół.

- Harry – wycharczała, gdy ciemne czupryna pojawiła się niedaleko niej. Zielone oczy błysnęły szaleńczą radością oraz dzikością, kiedy znalazł się obok i chwycił ją za rękę. Ron podpłynął z drugiej strony, prychając wodą i śmiejąc głośno jednocześnie. Razem ruszyli na brzeg, krzywiąc na ostre trzciny i muliste dno. W końcu wydostali się na trawę, gdzie Hermiona od razu padła na kolana, drżąc, ale uśmiechając równie szalenie co oni.

- To było.. – Harry rozłożył ramiona, okręcając wokół – Niesamowite i..

- Głupie – dokończył za niego nowy głos, sprawiając, że zamarli i obrócili. O jedno z pobliskich drzew opierał się Malfoy, przyglądając im z niechętnym podziwem oraz zazdrością – Co wy sobie myśleliście?

- Improwizacja – wzruszyła ramionami Hermiona, drżąc tym razem nie z powodu chłodu, a przenikliwego spojrzenia, które jej posłał. Szare tęczówki skanowały ją, a sekundę później kucał już przy niej. Westchnęła, pozwalając blondynowi obejrzeć zaczerwienioną gdzieniegdzie skórę. Ślizgon wymamrotał pod nosem kilka zaklęć, które przyniosły ulgę dziewczynie. Chwilę potem przykucnął obok wciąż szczerzącym się radośnie Weasleyu i zrobił to samo.

- To było nieprzemyślane – sprostował, podchodząc w końcu do Harry’ego, który lekko się uśmiechnął widząc, że i w szarych oczach pojawiły się ogniki szczęścia – Potter, jesteś głupszy niż myślałem. Poczekaj aż Astoria się o tym dowie..

- Draconek się obraził, bo sam nie poleciał na smoczku? – sparodiował jego głos, unikając uderzenia i rozsmarowując nie poparzone już ramiona – Miło, że nas znalazłeś.

- Nie trudne to było zadanie – wzruszył ramionami, zerkając na Hermionę, która wydostała już z torby butelkę z sokiem dyniowym i popijała napój z rozmarzeniem – Zawsze bym ją znalazł.

- Następnym razem to ty się przelecisz – obiecała mu dziewczyna, rzucając przemoczonym towarzyszom nowe suche i całe ubrania. Sama bez krępacji zrzuciła przy nich koszulkę oraz spodnie, zakładając świeżo wyjęte. Posłała im pełen ciepła uśmiech, nasuwając przez głowę bluzę ukochanego i poprawiając za długie rękawy – Gdzie jest…?

- Przynajmniej to nam się udało – Draco przyjrzał się pucharowi, który Harry wyciągnął z kieszeni i położył na ziemi – Musicie mi opowiedzieć co się wydarzyło po marnym teatrzyku w Sali Głównej. Kiedy zaczęliśmy walczyć, a wy odjechaliście kolejką na górze wybuchł chaos. Z Charlim staraliśmy się odciąć im drogę do was, ale pojawili się śmierciożercy. A potem wylecieliście na smoku!

- Nie mamy miecza – dorzucił Ron na koniec ich streszczania wydarzeń po rozdzieleniu. Hermiona zmarkotniała, opierając o siedzącego obok niej chłopaka, który ze skupieniem słuchał relacji. Poszli głębiej do lasu, gdzie Draco rzucił kilka czarów kryjących. Siedzieli zbici w ciasne koło, zbierając siły na kolejną wędrówkę. Nie mogła poczuć się bardziej dziwnie niż teraz, gdy pozostała ich tylko czwórka. Teodor oraz Pansy nie odzywali się od jakiegoś czasu, Nate pozostał w Muszelce z matkującą mu Fleur i Billem, a Astoria była.. sama nie wiedziała gdzie, ale Harry był spokojny. Chociaż on jeden wydawał się kipieć energią i entuzjazmem. Przez to wszystko prawie umknęło jej, gdy na chwilę z twarzy zniknął uśmiech, a oczy pociemniały. Trwało to ułamek sekundy, ale wiedziała, że..

- Co się dzieje? – Ron również wyczulony na wizje Harry’ego wyprostował się.

- Już wie – odparł zadowolony Potter, chichocząc niemalże złowieszczo pod nosem – Och, już wie. Jest przerażony przez co mniej czujny… - zamyślił się na chwilę, rzucając okiem na nią i posyłając łagodny uśmiech – Wiem. Wiem, gdzie jest horkruks.

- Gdzie? – spytała za nich wszystkich, odruchowo unosząc dłoń do wiszącego na jej szyi wisiora Slytherina. Mimo, że został już zniszczony ona wciąż niechętnie spuszczała go z oczu. Puchar już schowany w jej torbie również był cenny.

- Wracamy do domu – odpowiedział jedwabistym głosem, przymykając powieki – Wracamy do Hogwartu.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

- Co z nią?

Uniósł wzrok na młodego chłopaka, który stanął przed nim. Młodzieniec rzucił okiem na dziewczynę, przy której właśnie kucał, a po chwili przestępując z nogi na nogę odwrócił wzrok. On również kolejny raz przyjrzał się znalezionej wśród spalonej polany młodej czarownicy. Jej twarz była nieprzyjemnie blada, zamarła w grymasie bólu oraz niezrozumienia. Kilka ran na twarzy przywodziło na myśl długie paznokcie, jedno oko było podpuchnięte. Wargi opuchnięte, lekko rozchylone wydawały się być popękane, a strużka zaschniętej już krwi wyciekała z kąciki ust. Jasne włosy kiedyś lśniące oraz przywodzące na myśl promyki słońca była skołtunione, brudne od błota i krwi. Leżała na plecach z rozłożonymi na boki ramionami, jakby uderzyła z dużej wysokości i je połamała. Poniżej głowy sytuacja robiła się nieciekawa i jedynie lata doświadczenia pozwoliły mu spuścić wzrok na nagie, poturbowane ciało dziewczyny. Siniaki zdobiły mleczną cerę w wielu miejscach, rany jedne brutalniejsze od innych zdawały się skazić niedawno doskonałą czarownicę. Krew brudziła jej uda, a ślady brutalnych dłoni odcisnęły się na brzuchu, piersiach i biodrach. Na jego oko miała połamane żebra, jedno mogło przebić nawet płuco.

- Umierała dziś wiele razy – westchnął, bezwiednie wyciągając dłoń i gładząc chłodny policzek – Wystarczy utrzymać ją na granicy śmierci i życia, uleczyć oraz bawić się dalej… teraz odpocznie.

- Znał ją pan?

- Tak – odpowiedział krótko, chwytając czarny materiał, który trzymał niepewnie chłopak i okrywając nim ciało dziewczyny. Na chwilę zamarł nim zasłonił jej twarz, przypatrując ostatni raz delikatnym rysom swojej uczennicy – Znałem ją.

- Przykro mi – wymamrotał młody chłopak, spuszczając wzrok.

- Wiesz, Matt, to była niewinna dziewczyna. Kochająca, dobra dziewczyna – parsknął, wstając i rozglądając po resztkach obozowiska śmierciożerców, który znaleźli nad ranem, kiedy Mroczny Znak pojawił się na niebie. Co go niechybnie przerażało, tym razem obozowisko była niezwykle blisko Hogwartu.

- Znaleźliście coś jeszcze? – zapytał, przyglądając jak za pomocą magii ktoś uniósł ciało jasnowłosej i zabrał ją z jego pola widzenia. Podszedł na krawędź klifu, spoglądając w dół oraz przyglądając pięknemu widokowi lasu oraz jeziora.

- Nic nowego – Matt stanął niedaleko, wsuwając dłonie do kieszeni – Ten chłopak jeszcze, ale.. nic nowego, jak mówiłem.

- Niestety – mruknął, rozwierając zaciskaną dłoń i przyglądając sygnetowi, który zsunął z palca dziewczyny – Posprzątaj tu, zaraz wrócę – mruknął, wsuwając pierścień z wyrzeźbioną literą „F” Flintów do kieszeni i teleportując na dół zbocza. Stanął obok rwącej rzeki, zastanawiając ile trzeba mieć szczęścia by z takiej wysokości nie uderzyć o ostre kamienie na dnie przepaści.

- Gdzie jesteś, Harry? – zapytał, ale odpowiedział mu jedynie szum wody oraz cisza. Gdzie jesteś?
Nie mógł ukryć, że powoli zaczynał tracić nerwy. Chłopak po zaskakującym pobycie w domu Blacków, o którym dowiedział się od Arthura, nie odzywał się. Bał się pomyśleć co mogło spotkać posiadacza zielonych tęczówek, który niczym tornado przebił się przez jego mury i ukradł cząstkę serca. Gdzie jesteś, Harry? Pytał codziennie, czekał i słuchał. A odpowiedzi nie dostawał.

Nie martwił się, że chłopak mógł zginąć i pozostawić tylko im problem z Voldemortem.

Nie martwił go brak wsparcia Złotego Chłopca, gdyby umarł.

Martwił go sam fakt, że chłopiec mógłby więcej się do niego nie uśmiechnąć, nie odpowiedzieć coś złośliwie czy chociażby po prostu stać obok.

Gdzie jesteś, Harry?

Zacisnął powieki, pozwalając na chwilę wyobrazić sobie ciemnowłosego, który stanąłby obok niego i wytknął mu jego melancholijny nastrój. „Czy ty się starzejesz, Hutz?” zapytałby z cwaniackim uśmiechem, szturchając w ramię i krzywo spoglądając na widok przed nimi. A on ten jeden raz w życiu mógłby się na to zgodzić. Mógłby się starzeć ze swoją piękną żoną u boku, byle móc obserwować jak jego uczeń dorasta. I żyje.

- Starzejesz się, oj, starzejesz – wytknął sobie, wsuwając kciuki do kieszeni i śmiejąc sucho.

- Aurorze Hutz? – zerknął za siebie, gdy na zboczu obok pojawił się mu nieznany młody auror – Mamy wezwanie…

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

- Po raz pierwszy to poczułam, wiesz? – przyglądała się ciekawie ulicy, gdzie we mgle skrywało się tyle zła. Puściła zasłonę, pozwalając jej znów opaść na okno i zasłonić otaczający ich brutalny świat. Rozluźniła się, gdy ciepłe dłonie opadły na jej biodra, zaciskając mocniej, gdy oparła się plecami o tors chłopaka – Że koniec się zbliża.

- Początek – zaprzeczył łagodnie, muskając wargami jej kark w przyjemny sposób pieszcząc zmęczoną dziewczynę – To początek się zbliża.

- Już prawie wszystko jest… proste – uśmiechnęła się, odginając głowę w bok by ułatwić mu dostęp do swojej szyi i drżąc, gdy przesunął usta na jej szczękę – Horkruksy, Hogwart już blisko, my jesteśmy wszyscy bezpieczni.

- Masz rację, to zaskakujący fart jak na nas – przytaknął, wykrzywiając usta w łobuzerskim uśmiechu, który tak lubiła, kiedy obróciła się by móc na niego spojrzeć z pobłażaniem – Chociaż bardzo podobają mi się twoje wizje przyszłości. Ty, ja i gromadka synów.

- Synów? – uniosła brwi, zupełnie nie wnikając, że temat ich wspólnego potomstwa wydawał się tak łatwy oraz wiadomy.

- U Malfoyów od wielu pokoleń nie pojawiła się córeczka – westchnął, nachylając i całując ją w słodki, delikatny sposób – Chociaż twoja mała kopia byłaby najpiękniejszą niespodzianką.

- Spróbujemy – obiecała z zadowoleniem, oplatając go ramionami w pasie i przytulając – Harry będzie ojcem chrzestnym. I Teodor. I Blaise, i…

- Och, widzę, że planujemy przejąć potęgę w świecie magii naszym potomstwem – parsknął śmiechem, a jego oczy zamigotały radośnie – Chociaż wizja posiadania własnej drużyny Quidditcha jest bardzo kusząca.

- Kusząca jest przyszłość z tobą – westchnęła, opierając policzek o jego ramię i przymykając powieki, gdy zaczął bawić się jej lokami. Stali tak przez dobrą chwilę, nim drzwi pokoju się uchyliły, a do środka wszedł zadowolony Ron. Hermiona wydostała się z silnych objęć Draco, który z leciutkim uśmiechem pozwolił pociągnąć się jej na duże łóżko. Wdrapali się, siadając obok siebie i przyglądając rudemu, który położył przed nimi na tacy duże ciasto czekoladowe.

- Mówiąc o pożywnym posiłku, miałam co innego na myśli – prychnęła, ale złapała z chęcią za łyżeczkę i spróbowała ciasta – Pyszne.

- Jak mogłem się oprzeć – przytaknął Ron, uśmiechając szeroko i również wkładając kawałek do buzi – Gdyby ktoś kiedyś mi powiedział, że będę siedział na jednym łóżku z Malfoyem i wyjadał łyżeczkami ciasto czekoladowe , to bym go wysłał do Munga.

- Na oddział psychiatryczny – dorzucił blondyn, posyłając Weasleyowi cwaniacki uśmiech. Hermiona przewróciła oczami, przysłuchując jak obaj omawiają ostatnie wydarzenia. Harry wciąż siedział w pokoju obok z Aberforthem, bratem Dumbledore’a, który ich uratował przed śmierciożercami. Mogli się spodziewać, że na Hogsmeade zostaną nałożone zaklęcia, ale nie wpadli nawet o użycie zaklęć antydeportacyjnych. Wpadli w słabą pułapkę, licząc na łut szczęścia. Ich szczęściem okazał się właśnie Aberforth, który po długiej historii jego kłótni z Albusem zamknął się z Harrym w pokoju. Nie wiedziała o czym teraz rozmawia z zielonookim, ale obaj wydawali się zafascynowani sobą nawzajem.

- Zdrzemnij się – poradził jej Draco, gdy zasłodzona już ciastem na nowo oparła się o niego. Uśmiechnęła się do obu chłopców, którzy wrócili do rozmowy, przymykając powieki. Nim zdążyła się zrelaksować i oddać w ramiona Morfeusza, drzwi się otworzyły, a do ich pokoju weszła pozostała dwójka.

- Idziemy – zakomenderował Harry, nie bacząc na ich zdumione miny – Bardzo dziękuję, Ab, za.. wszystko.

- Kiedyś jeszcze porozmawiamy – zapewnił go mężczyzna, poklepując po ramieniu i wskazując na obraz Ariany. Hermiona zaciekawiona zsunęła się z łóżka, stając obok przyjaciela, który musnął palcem jej dłoń oraz uśmiechnął pokrzepiająco. Siostra Dumbledore’a na nowo pojawiła się w ramie, ale tym razem nie sama. Nim zdążyła się zastanowić zrobiła kilka kroków w kierunku zeskakującego właśnie z obrazu chłopaka.

- Nev! – krzyknęła radośnie, pokonując ostatnie centymetry i wpadając w zaskakująco silne ramiona Longbottoma.

- Cześć, Hermiono – parsknął, odsuwając ją ostrożnie oraz krzywiąc z bólu, gdy stanął na drugiej nodze – Harry. Wiedziałem, że wrócisz!

- Co ci się stało? – Harry podszedł bliżej pozwalając uściskać i ustępując miejsce Ronowi, który poszturchał się żartobliwie z kumplem. Malfoy jedynie niedbale uścisnął dłoń, wracając szybko na swoje miejsce i obejmując w pasie Hermionę.

- Długa historia, stary, ale czasu mamy mało – gryfon wskazał na korytarz, z którego przyszedł i nakazał im do niego wejść, a później przywitał się ze starszym czarodziejem – Będzie nas więcej, Ab.

- Więcej – burknął pod nosem mężczyzna, mamrocząc pod nosem niezbyt miłe określenia na współczesną młodzież. Machnął im by poszli, po czym zniknął im z oczu. Hermiona szła tuż za Nevillem, a Harry z Malfoyem powoli za nią. Ron zabezpieczał tyły. Słuchali historii Neville’a o Carrowach oraz nowym Hogwarcie. Śmierciożercy chętnie karali nieposłusznych uczniów, skupiając szczególną uwagę na Gryffindorze. Longbottom przytoczył kilka przerażających anegdotek, w których oberwał Cruciatusem za pomoc młodszym. Doszli w końcu do kolejnych drzwi podobnych do portretu Ariany. Neville zeskoczył pierwszy, obracając i pomagając Hermionie. Dziewczyna rozejrzała się po ogromnym pomieszczeniu, unosząc brwi na wiszące wszędzie hamaki, leżące materace i porozstawiane z koców namioty. Zauważyła część przeznaczoną do gotowania, a gdzie indziej prawdopodobnie łaźnie. Na środku siedziało mnóstwo osób, rozmawiając, śpiąc bądź słuchając radia.

- Zobaczcie, kogo tu mam – zawołał gryfon, teatralnie kłaniając i wskazując ich. Nagle zapanował chaos, gdy wszyscy podnieśli się i rzucili w ich kierunku. Każdy chciał przywitać się z zaskoczonym Harrym, a mnóstwo głosów mieszało się ze sobą. Uczniowie gwizdali, krzyczeli ich imiona, szczególnie skupiając na Wybrańcu.

- No dobra, wystarczy! Spokój – krzyknął znów Neville, a tłum zaskakująco posłusznie wycofał się trochę. Hermiona znów mogła rozejrzeć się wokół, otwierając ze zdumieniem buzię na widok wiszącego na samej górze herbu Gryffindora. Tuż obok dumnie wisiały pozostałe, nawet Slytherinu. Chociaż górował nad nimi inny, większy z dużymi GD.

- Gwardia Dumbledore’a – powiedziała, uśmiechając szeroko i wyciągając dłoń do przyjaciela, który rozglądał się z ciekawością jak ona – To Pokój Życzeń!

- Tak – przytaknął Nev, opowiadając o tym jak musiał się skryć. Dodawał przy tym poszczególne osoby, które unosiły ręce i machały im z dumą i radością, że też tu są.

- Powiedz lepiej, co on tu robi – Michael Corner wskazał stojącego wciąż z boku Malfoya, który przewrócił oczami na tak nietaktowne pytanie – To śmierciożerca i…

- Tak, tak, to ten zły – parsknął złośliwie blondyn, ignorując naganne spojrzenie Hermiony – Okazuje się, Corner, że nie wszystko jest białe albo czarne.

- Co oczywiście każdy wie od kiedy i my tu jesteśmy – Hermiona uniosła gwałtownie głowę, kiedy tak boleśnie znajomy głos do nich dotarł. Uczniowie zrobili przejście, gdy grupka kilku osób przepchnęła się na przód. Krzyknęła cicho, zbiegając ze schodów przy czym prawie wywracając i wpadając w gotowe już objęcia przyjaciela.

- Blaise! – westchnęła, wdychając znajomy zapach i rozluźniając po raz pierwszy od przybycia. Mulat roześmiał się i wciąż ją trzymając podszedł do pozostałej trójki by i z nimi się przywitać. Uściskał dłużej blondyna, który wydawał się poruszony obecnością mulata równie mocno co ona.

- Jaka ty leciutka, skarbie – Zabini ją puścił, odpychając na długość ramion i taksując wzrokiem – Wyglądasz jak nieszczęście – zerknął na pozostałych – Wszyscy tak wyglądacie.

- Ciebie też miło widzieć żywego, przyjacielu – parsknął Malfoy, zerkając ponad jego ramieniem – Cześć, Harper, Goyle, Crabbe?

- Tak, jak widać nie każdy z wężem na szacie jest zły, nie? – Harper uśmiechnął się krzywo, ciekawie przyglądając koledze, który minął Granger i do nich podszedł – Blaise nas zabrał.

- Blaise, a gdzie.. Milli? I Gin? – Harry pozwolił pociągnąć się Nevillowi na materace w centrum pomieszczenia, gdzie mogli na chwilę przysiąść. Wszyscy porozkładali się wokół, a Hermiona wciąż starała się policzyć ile tu było osób.

- Ponad siedemdziesiąt – podpowiedział jej Seamus, który widział jej spojrzenie. Uśmiechnęła się ciepło do kolegi, przyglądając jak Harry siada w centrum. Swoim zwyczajem Ron opadł tuż obok niego, a ona zajęła drugą stronę przyjaciela. Draco bez namysłu wciąż rozmawiając z Zabinim, przysiadł obok niej, pozwalając sobie na krótki uśmiech.

- Tak dobrze widzieć cię całego – przyjrzała się zmęczonej twarzy mulata, który posłał jej równie czuły uśmiech – Tak się bałam.. ale co ty tu robisz?

- Nie wytrzymałem w końcu – rozłożył ramiona nieporadnie, rozglądając wokół – Kiedy Carrow.. rzuciła crucio na.. Suzan nie wytrzymałem. Miałem przed oczami ciebie na początku roku i po prostu.. ją zaatakowałem – westchnął ze znużeniem, krzywiąc – Nie. Suzan nie przeżyła, a ja niemalże za nią trafiłem do grobu. Cudem napotkałem uciekając Neville’a i Gin, a oni wciągnęli mnie do Pokoju Życzeń.

- Pominąłeś, że byłeś jednym z pierwszych, którzy reaktywowali Gwardię – Lavender Brown dorzuciła, uśmiechając ze smutkiem – Później Harper pomógł małej gryfonce, a Zabini go wciągnął. I kilka ślizgonów dołączyło.

- Nie jest nas dużo, ale wystarczająco by i wąż się pojawił – Goyle wskazał wiszące godło Slytherina, uśmiechając do Draco, który również uniósł kąciki ust. Hermiona przyjrzała się dwóm gorylom, jak kiedyś nazywała wraz z przyjaciółmi kolegów ukochanego. Gregory Goyle zawsze wydawał jej się dużym chłopakiem, ale dopiero teraz zauważyła, że tłuszcz z młodszych lat zmienił się w mięśnie. Brązowe włosy krótko obcięte dodawały mu drapieżnego wyglądu, a oczy błyszczały niepokornie. Natomiast Vincent Crabbe miał czarne włosy opadające mu na czoło i równie szerokie ramiona. Mimo wszystko po latach Quidditcha zeszczuplał, wyglądał na zwinniejszego oraz płynniej się poruszającego. Ciemne oczy wpatrywały się w nich z ciekawością oraz chłodem.

- W sumie jest nas trzynaścioro – Harper uniósł brew, gdy Hermiona bezwiednie podała blondynowi kubek z gorącą herbatą, którą przyrządził dla niej Neville. Bez zastanowienia ściągnęła z siebie ciemną bluzę ślizgona, układając ją na kolanach i pozostając w szarej bluzce, również należącej do Draco. Nie zwróciła uwagi na pełne zaskoczenia spojrzenie goryli oraz Harpera, którzy dobrze wiedzieli czyje są noszone przez nią ubrania.

- Gdzie Milli? – zapytał Draco, podając z powrotem kubek dziewczynie i uśmiechając z rozbawieniem do mulata – Czemu się nie rządzi?

- Zaginęła – powiedział w końcu Blaise, a cisza zapadła nagle w ich kryjówce. Hermiona zamarła z kubkiem przy ustach, a smaczny napar zaczął być bezsmaku. Odsunęła kubek, zaciskając dłonie i znów zerkając na mulata, który odwrócił wzrok – Ona.. wyszła. I nie wróciła.

- Gdzie wyszła? – drgnęła, gdy znajoma zimna nutka pojawiła się w głosie blondyna.

- Nie wiem – Zabini zmarszczył brwi, kręcąc głową – A gdzie.. reszta?

- Pansy i Teodor mają swoją.. misję – powiedziała, kiedy pozostała trójka wciąż milczała. Zauważyła, że ślizgoni i nie tylko oni unieśli brwi na wzmiankę o innych członkach wężowego domu – A Astoria.. cóż, o to pytaj tego kretyna – wskazała Harry’ego, który przewrócił oczami – Nathaniel jest bezpieczny.

- Toria też jest bezpieczna – przytaknął Wybraniec, szczerząc radośnie na ich złe spojrzenia – Oj, nie gniewajcie się, ale to moja słodka tajemnica.

- Czy to prawda, że byliście… okradliście Bank Gringotta? – Cho Chang przerwała chwilę ciszy, przyciągając ich uwagę.

- Tak – Ron przytaknął z uśmiechem satysfakcji – Nie dość, że okradliśmy, to uciekliśmy na smoku.

- Nie ma czym się chwalić, Weasley – prychnął wciąż mający im to za złe Draco, krzywiąc na szturchańca Hermiony – To było nieprzemyślane i całkowicie niezgodne z naszym planem!

- Wiesz co przez ciebie przemawia, kochanie? Zazdrość! – Harry wyszczerzył się radośnie, kiedy szare tęczówki spoczęły na nim ze złością – Taak, zazdrosny.

- Czego tam szukaliście? – jedynie Blaise wydawał się nie być zaskoczony ich ciepłymi relacjami, a pozostali tu zebrani wciąż starali się zrozumieć skąd wśród znanej trójcy znaleźli się ślizgoni.

- Zaraz – Harry machnął ręką, podnosząc się oraz zaskakując tym razem i Blaise'a, i znajomych przyjął znaną już im rolę lidera – Zacznijmy od początku, Zabini. Od początku. Nie zostawiłem was. Chciałbym być tu z wami od początku, ale Dumbledore pozostawił mi i.. im misję – wskazał na nią oraz Rona, który podciągnął nogi pod brodę i lekko przytaknął – W trakcie ostatniego roku dużo się zmieniło. Bardzo.. dużo – tym razem zatrzymał wzrok na Malfoyu, który leniwie uniósł brew na wskazanie w tak niekulturalny sposób jego osoby po raz drugi w tak krótkim czasie – Nic nam przy tym nie zostawił. Żadnych wskazówek, podpowiedzi, gdzie zacząć. Działaliśmy na oślep, ale do czegoś doszliśmy. Niestety to jeszcze nie koniec i nie zostaniemy tu dłużej niż to konieczne – salę wypełniły jęk rozczarowania oraz głosy protestu, ale wystarczyła uniesiona ręka Wybrańca by umilkli – Mamy wciąż dużo roboty, zrozumcie. Zostałbym gdybym mógł. Jesteście niesamowici, naprawdę! My.. musimy zrobić jeszcze kilka ważnych rzeczy i..

- Harry? – Hermiona zerwała się do góry, kiedy zamarł, a jego oczy zamgliły się. Jęknął cicho, robiąc krok do tyłu i unosząc dłonie. W sekundę doskoczyła do niego, chwytając za ręce i lekko szarpiąc – Wróć do nas, Harry.

- Ty masz na to jakiś radar – stwierdził Draco, przyglądając jak Ron wstaje i w ostatniej chwili łapie Wybrańca nim ten opadł z hukiem na ziemię. Tym razem on sam się szybko przesunął do ciemnowłosego, chwytając za różdżkę i odpychając stanowczo gryfonkę. Hermiona posłusznie odsunęła się, przyglądając jak rzuca kilka zaklęć.

- Co się dzieje? – Neville zagryzł wargę, gdy dziewczyna zamrugała zaskoczona. Wszyscy wpatrywali się w nich ze zdumieniem, a niektórzy podejrzliwie zerkali na blondyna nachylonego nad ich Ostatnią Nadzieją.

- Powiedz im nim pomyślą, że właśnie go morduję – mruknął do niej Draco, szarpnięciem przekręcając Wybrańca na bok – No, Granger.

- Harry ma połączenie z Czarnym Panem – powiedziała w końcu, zaplatając ramiona na piersi – W ten sposób on może go torturować i… krzywdzić. Harry zazwyczaj ma wystarczająco dużo siły by go blokować, ale ostatnio mało mieliśmy czasu na odpoczynek i.. cóż, Harry właśnie toczy walkę na śmierć i życie z Sami-Wiecie-Kim, a Draco stara się dodać mu sił. Harry wybudzi się niedługo z bólem głowy i złym humorem.

- Ładnie – Blaise pogratulował jej uproszczonej wersji tego co tak naprawdę działo się z chłopakiem – Połóżmy go z boku, co?

- A ty może powinnaś odpocząć? – Neville wskazał jej łazienkę, popychając łagodnie – Musicie się trochę zregenerować, a tu jesteście bezpieczni.

- Wróciliśmy do domu – przytaknęła, czując jak łzy napływają jej do oczu – Wróciliśmy.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.

- Coś ukrywasz – mruknął, gdy ułożyli już z boku Wybrańca. Przyjrzał się uważnie bladej twarzy chłopaka, którego oddech się właśnie unormował. Uśmiechnął się lekko ciesząc, że eliksir usypiający w końcu zadziałał. Poprawił mu poduszkę, a później nakrył kocem, ostrożnie starając się nie naruszyć niedawno uleczonych ran.

- Później – Blaise tym razem nie zaprzeczył, rzucając torbę Hermiony na materac za Potterem i uśmiechając krzywo – Ależ się o niego troszczysz.

- Toż to nasz Wybawiciel – mruknął, przykładając ostatni raz dłoń do ciepłego czoła zielonookiego. Usatysfakcjonowany podniósł się, zauważając wiele par oczu wpatrzonych w niego. Powstrzymał się przed niemiłym komentarzem, dobrze wiedząc, że dziwi ich i jego troska, i sama obecność u boku ich bohatera. Zrobił kilka kroków nim uniósł różdżkę by w skupieniu rzucić kilka zaklęć chroniących wokół przyjaciela. Później z Blaisem umieścili koc tak by zasłaniał odpoczywającego gryfona przed gapiami.

- Co zrobiłeś? – Harper wskazał na niewidzialną barierę, jaką umieścił metr od posłania ciemnowłosego.

- Jak ktoś przekroczy tą granicę, to dość mocno.. zostanie odrzucony – powiedział spokojnie, podkreślając ostatnie słowa by usłyszeli go wszyscy. Później lekko kiwając głową Ronowi, który rozmawiał z Longbottomem i paroma gryfonami, przeszedł do kąta, który zajmowali jego znajomi z domu. Oczywiście, nawet tutaj zostali zepchnięci w ciemny bok, gdyż mało osób ufało w tych czasach ślizgonom. Usiadł na jednym z posłań, przyglądając otaczającemu go gronowi Węży. Crabbe oraz Goyle opowiedzieli kilka rzeczy co się wydarzyło, a Harper dorzucał czasem po dwa grosze. Oprócz tej bliskiej mu trójki, nie licząc rzecz jasna Blaise’a, odnalazł wzrokiem Corbina Shadowa z piątego roku, Nayę Smallow z szóstego, kilka małych ślizgonów, których imion teraz nie pamiętał. Uniósł brwi na widok Alejandra Velle, rok młodszego od niego ucznia. Kogo jak kogo, ale niektórych z nich nie spodziewał się zastać w tym pokoju.

- Co się z tobą działo?  - zapytał Gregory, wyciągając z torby butelkę Ognistej i unosząc zabawnie brwi – Słyszeliśmy, że nie żyjesz.

- A umarłem, fakt – uśmiechnął się krzywo, opowiadając po krótce o przerażającej służbie u Czarnego Pana, a później i o ucieczce. Pominął przy tym wiele detali, nie chcąc samemu wracać do tych przerażających chwil. Dodał, że z Harrym jego relacje ociepliły się od ponad roku, a jego obecność u boku Wybrańca była dla niego już normą.

- Dlaczego? – dociekał Corbin, rozkładając ramionami – Dlaczego tak ryzykowałeś?

- Bo miałem o co walczyć... – odpowiedział szczerze, unosząc głowę i odruchowo przeszukując wzrokiem tłum – Mam. O kogo.

W końcu ją zobaczył. Wyszła dopiero co z łazienki, a mokre loki opadały na jej ramiona. Poczuł rozczarowanie, że założyła czystą koszulkę należącą do którejś z dziewcząt, a nie jego. Jednak co zauważył z zadowoleniem, jego bluzę przepasała w pasie. Szła powoli, witając z wieloma osobami, które ją zaczepiały bądź ściskały i witały. Przyglądał się jak uśmiechała się do każdego, przesuwając wciąż w kierunku środka, gdzie stał Ron z Nevillem oraz Seamusem. Kiedy do nich doszła jej uśmiech zrobił się szerszy, a potem oparła się o Weasleya o czymś mówiąc i machając zabawnie ręką. Rozśmieszyła tym całą trójkę, przyciągając wzrok kilku osób. Spoważniała jednak, gdy odnalazła wzrokiem zawieszony koc, zasłaniający Harry’ego od wszystkich. Powiedziała coś jeszcze, poklepując rudego po ramieniu i kierując tym razem szybszym krokiem do zielonookiego. Nie mógł powstrzymać prychnięcia, gdy jakaś krukonka coś powiedziała wskazując na jego barierę, jakby chcąc ostrzec Hermionę przed jej przekroczeniem. Brązowe oczy błysnęły rozbawieniem, gdy skinęła, a później zrobiła decydujący krok. Widział poruszenie wśród innych, jak i siedzących wokół niego znajomych. Hermiona zniknęła na chwilę za kocem, wyłaniając się po chwili z powrotem. Stanęła niezdecydowana, przesuwając wzrokiem po twarzach nim dotarła do niego. Wpatrywali się w siebie przez jakiś czas nim w końcu ruszyła ku nim.

- Idzie tu – szepnął Vincent, sprawiając, że pozostali się wyprostowali. Jedynie Blaise wydawał się rozluźniony oraz rozbawiony zachowaniem pozostałych.

- Jest ciepły – powiedziała na wstępie, stając nad nim i kładąc dłonie na biodrach – Nie wiem ile może mieć, ale jest ciepły.

- To dobrze, żywi ludzie zwykle są ciepli – zauważył złośliwie, sprawiając, że uniosła brwi do góry – Spokojnie, skarbie, podałem mu już eliksir. Zaraz zacznie działać.

- Zemdlał – dorzuciła, pozwalając mu chwycić się za dłoń i pociągnąć na materac obok siebie. Opadła z gracją, wciąż marszcząc brwi – Od dawna nie mdlał. Czy to przez zmęczenie? Czy użył większej siły?

- Przestań się zamartwiać na chwilę, Granger, i daj mu się przespać – polecił jej, zakładając bezwiednie jeden pukiel za jej ucho – Jak się obudzi, to nam wszystko powie. I będzie wypoczęty chociaż trochę.

- To nie jest zwyczajne, przecież wiesz – westchnęła, znów przymykając powieki – Na dodatek martwi mnie cisza ze strony Teo. Blokuje mnie! Jak on w ogóle śmie to robić.

- Och, kryzys? – Blaise wyszczerzył się do dziewczyny, sprawiając, że na chwilę się uspokoiła i lekko uśmiechnęła – Nie martw się, Herm, Teodor cię kocha.

- Właśnie to mnie martwi – odpowiedziała, rzucając mu znaczące spojrzenie zamyślonych brązowych oczu. Draco skinął, zgadzając się tym razem z nią.

- Po ostatnim.. incydencie, Teodor bardzo ją niańczy, codziennie – powiedział mulatowi, który od razu wychwycił jego wahanie. Sam przyjrzał się Hermionie, która na wzmiankę o torturach, które przeszła zadrżała. Wyciągnął dłoń, nie dziwiąc, gdy się cofnęła bezwiednie. Dopiero po sekundzie przypomniała sobie, gdzie są i że to on.

- Jakim incydencie? – zapytał cicho Zabini, zapominając, że nie siedzą tu sami. Wpatrywał się dużymi oczami w dwójkę, cichych nagle przyjaciół.

- Nieistotne teraz – machnęła ręką, uśmiechając krzywo do wpatrzonych w nią ślizgonów – Nie musicie się tak patrzeć. Nie zabiję go.

- Co nie zmienia faktu, że czasem mi grozi – Draco dorzucił, pociągając ją za jeden z włosów i wygodniej układając w swoich ramionach. Co zaskakujące pozwoliła się wciągnąć na kolana oraz objąć, ufnie do niego przylegając. Widział zdumione miny znajomych, którzy oceniali sytuację.

- Czyli.. – Vin machnął ręką na nich, szukając odpowiednich słów.

- Tak – odpowiedział bez wahania, na chwilę mocniej ją obejmując – Zakochałem się w cholernej Granger.

- To nowość – mruknęła Naya, przyglądając ciekawie dziewczynie. Hermiona mruknęła coś pod nosem, rumieniąc pod intensywnym wpatrywaniem w nią przez tak dużo osób.

- To prawda, że leciałaś na smoku? – zapytał chłopiec z drugiego roku.

- Tak – przytaknęła mu, uśmiechając łagodnie do dziecka – Leciałam na smoku i potem musiałam z niego zeskoczyć do wody.

- Nie bałaś się? – drążył malec, unosząc brwi.

- Jasne, że się bałam – zaśmiała się cicho, spuszczając na chwilę wzrok – Czasem strach jest dobry.

- Ja się cały czas boję – przyznał w końcu, zagryzając wargę – Pomogłem dziewczynce i chcieli mnie skrzywdzić.

- To dobrze, że jej pomogłeś – pocieszyła go, wzruszając ramionami – To potwory. Ale wciąż ludzie i nie są nieśmiertelni.

- Harry Potter ich pokona prawda? – dodał pewniejszym tonem, wskazując na śpiącego gdzieś tam bohatera – Wszyscy mówią, że Harry nas uratuje.

- Zrobi to – odpowiedział za nią Draco, zaskakując tym wszystkich – Harry jest niesamowitym czarodziejem. Tak naprawdę to już wygraliśmy.

- Herm! – uniosła głowę, odnajdując od razu Rona, który stał niedaleko przejścia od obrazu i ściskał w ramionach Lunę Lovegood. Tuż za jasnowłosą pojawiła się ruda Ginny oraz George, którzy właśnie dopadli brata. Poderwała się do góry, pociągając za sobą Draco, a ku jej zdumieniu Blaise sam się podniósł.

- Hermiona! – Ginny wpadła w jej ramiona, obejmując mocno. Po chwili trzymała w uścisku jej brata, a na końcu jasnowłosą. Obróciła się uśmiechając na widok markotnej miny Draco, któremu Luna zawisła na szyi. Ruda witała się ciepło z Blaisem, a potem zaczęła szukać wzrokiem brakującego chłopaka.

- Śpi teraz – uspokoiła ją, śmiejąc, gdy Lee Jordan ją mocno uściskał. George oraz Lee pociągnęli ich, pokazując radio. Lee bez problemu je uruchomił, chwytając mały mikrofon i uruchamiając sprzęt.

- Nowa prognoza pogody! Nowa prognoza pogody! – Hermiona uniosła brwi, kiedy tym razem George przejął mikrofon – GROM UDERZYŁ. GROM UDERZYŁ.

- Serio? – zaśmiał się cicho Draco, obejmując ją jedną ręką w pasie – Grom? Och, już nie mogę się doczekać by mu to powiedzieć.

- Zachowujesz się jak dzieciak – zauważyła rozbawiona, nie protestując, gdy cmoknął ją w skroń – Dobrze was widzieć.

- Nie gadaj, mądralo, was też – starszy brat Rona puścił jej oczko – Odpocznijcie może, co?

- Dobry pomysł – przytaknął Draco, pociągając gryfonkę w stronę posłania Wybrańca – Jesteś zmęczona.

- Ty też – mruknęła, ignorując ciekawskie spojrzenia innych. Przeszli przez barierę ślizgona, przyciągając jeden z materacy i siadając na nim. Hermiona położyła się, wkładając wcześniej jego bluzę i uśmiechając, kiedy ułożył się za nią, obejmując ją wciąż i tuląc. Ron zajął posłanie tuż obok, ignorując ich i okrywając się kocem.

Mieli mało czasu na odpoczynek. Mieli wszyscy dużo pytań, ale byli bezpieczni. Uśmiechnęła się na myśl, że gdzieś niedaleko Milli i Marcus oraz Pansy i Teo podążają do nich.

Znów będą wszyscy razem.

I zwyciężą.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

- Niesamowite – powtórzyła, rozglądając wokół. Opierała się o barierki, podziwiając rozpościerające się pod nią widoki. Nigdy nie spodziewała się, że góry mogą być takie piękne. Kiedy Teodor zapowiedział wędrówkę na ten szczyt marudziła oraz narzekała. Teraz było tu już niewiele osób, wszyscy bowiem spieszyli się by zejść przed zachodem słońca. Zerknęła na towarzysza, którego oczy błyszczały, gdy wpatrywał się w lasy i zbocza. Właśnie mijała ich ostatnia dwójka odważnych piechurów, a ona nie powstrzymała uśmiechu. Dwie młode dziewczyny, gawędziły radośnie oraz beztrosko, nie martwiąc zbytnio goniącym ich zachodem. Jedna z nich miała rude włosy oraz alabastrowy odcień skóry, kojarzący się Pansy z jej własną bladą karnacją. Bystre oczy patrzyły na jej przyjaciółkę zza ciemnych okularów a usta rozciągały w uśmiechu. Obok niej szła wyższa dziewczyna o brązowych kosmykach i błyszczących rozbawieniem oczami. Opowiadała coś żywo, machając przy tym rękoma i chichocząc non stop. Przez chwilę żałowała, że nie rozumie o czym tak dyskutowały, nie mogąc przestać wyobrażać sobie na ich miejscu siebie i Astorii. Zazdrościła tej dwójce czasu, który spędzały teraz i spokoju ducha, nie musiały się przecież martwić, że mogą zginąć.

- Chodź – Teodor odezwał się, gdy tamta dwójka zniknęła. Przeszedł przez barierkę, rzucając jej rozbawiony wzrok. Posłusznie zrobiła to co on, pozwalając poprowadzić się po krawędzi na skalną półkę, gdzie usiedli. Czuła jak serce jej wali i nie była pewna czy to przez bliskość chłopaka czy adrenalinę, gdy zauważyła wysokość na jakiej się znajdywali. Usiedli wygodnie, spuszczając nogi w dół i obserwując chylące się ku zachodowi słońce.

- Pięknie tutaj – mruknęła z zadowoleniem, ciesząc ciepłem ostatnich promyków słońca.

- Moje ulubione miejsce – przytaknął, uśmiechając z satysfakcją oraz rzucając na nią okiem – Czemu Harry’ego?

- Przypomina mi Chrisa – odpowiedziała szczerze, wiedząc, że pyta czemu liczy się dla niej wybaczenie akurat Pottera – Przypomina mi go czasem… i to jest Harry. Może nie jest już tak całkowicie niewinny i nieskalany, ale jest moją kotwicą.

- Jak moją Hermiona – skinął głową ze zrozumieniem, przymykając powieki i opierając głowę o ścianę – Myślałaś co będzie po tym wszystkim?

- Zapewne wsadzą nas do Azkabanu i dopiero Harry z resztą nas wyciągną – stwierdziła obojętnie, zaciskając dłonie w pięści – A może nie dożyjemy.

- Jeśli przeżyjesz.. i unikniemy Azkabanu, poważnie czy ty musisz mieć tylko czarne scenariusze? To co byś chciała zrobić? – drążył, rzucając jej zaciekawione spojrzenie.

- Nie mam bladego pojęcia – przyznała w końcu, zerkając na niego – A ty?

- Chciałbym mieć antykwariat – wzruszył ramionami, gdy zrobiła duże oczy – Coś małego, spokojnego. Gdzie mógłbym.. zapomnieć. A może zrozumieć.

- I się ukryć – dodała, kiwając głową ze zrozumieniem – Też bym chciała zniknąć na jakiś czas.

- Ale pewnie nie będzie nam to dane – westchnął, bawiąc się sygnetem na palcu – Łapanie śmierciożerców, przywrócenie spokoju i porządku.. dużo jeszcze do zrobienia przed wakacjami.

- Byłyby to jednak najpiękniejsze wakacje życia – zaśmiała się, opierając bezwiednie policzek o jego ramię i mrużąc powieki, gdy ostatnie promyki słońca zniknęły – Gdzie byśmy wyjechali?

- Dookoła świata – zaproponował, obejmując ją w pasie i lekko uśmiechając – Miesiąc po bitwie widzimy się na lotnisku i wsiadamy do pierwszego lepszego samolotu.

- Podróże sposobem mugolskim? Świetny pomysł – z entuzjazmem się zgodziła.

Omawiali swoje wymarzone wakacje, siedząc wtuleni w siebie, dodając co ciekawsze cele podróży i atrakcje. Pansy zaśmiała się pierwszy raz od dawna, pozwalając silnym ramionom Notta się obejmować. Nie zauważyła nawet momentu, kiedyś na szarym niebie pojawiło się tysiące jasnych punkcików. Oglądali gwiazdy, szepcząc dalej o ich nowym marzeniu. Podobała jej się myśl o kolejnych długich tygodniach spędzonych z Teodorem. Przestała czuć się dziwnie, gdy serce jej przyspieszało, a brzuch lekko ściskał. Teraz było to przyjemne. Lubiła te chwile, gdy się w nią wpatrywał jakby była najciekawszą osobą z jaką miał kontakt. Ale najbardziej cieszyła ją świadomość, że on naprawdę ją rozumiał. Kiedyś byli niechętni wobec siebie, bo z łatwością widzieli wspólne cechy. Później, to on pomógł pozbierać się jej po morderstwie mugola. Przeszedł z nią przez wszystkie etapy. Pozwalał jej zabijać śmierciożerców, pomagając sprzątać po każdym bałaganie jaki zrobiła.

- Ale tu też wrócimy - przerwała mu, kiedy opowiadał o słonecznej Hiszpanii - Prawda?

- Tak, Bieszczady mają w sobie pewien nieziemski urok - przytaknął, gładząc ją wciąż po ramieniu i opowiadając dalej o Barcelonie. 

A ona w jakiś sposób mu się odwdzięczyła, gdy ostatnio leżał i skręcał się w bólu. Podobało jej się, że mogła go bezgrzesznie wciąż dotykać, sprawdzać czy nie ma temperatury czy kłaść się obok spać, tłumacząc, że to w obawie o jego zdrowie. Lubiła budzić się i widzieć jak śpi.

Nie boi się jej.

Nie brzydzi.

Rozumie.

- Obiecaj mi, że tak będzie – poprosiła, obserwując jak ciemne oczy przesuwając się z nieba wprost na jej twarz.

- Obiecuję – szepnął, wyciągając dłoń i muskając jej policzek – Jeśli nie nakłonię niebios, poruszę piekło.

Uśmiechnęła się, przymykając powieki oraz pozwalając sobie na chwilę radości i poczucia bezpieczeństwa. To była ich ostatnia chwila wytchnienie.

Bo gdy jutro otworzy powieki, wszystko się skończy.

A może raczej zacznie?


Początek. 

Był już tak blisko.

11 komentarzy:

  1. A ty wiesz, że po paru pierwszych zdaniach zaczęłam obstawiać Dudley'a? A potem przeczytałam, że blond włosy, potężnie zbudowana sylwetka i prosze państwa, Dudley Dursley we własnej osobie!
    Monolog Pansy ciekawy. Tak.
    Co do Teodora, to kompletnie zapomniałam o tym, że on poprzez więź może odczuwać to co Hermiona.
    To, że ten były śmierciożerca dobrowolnie dał się zabić, wyznał co zrobił, przebaczył im w pewien sposób,to było dobre. Chociaż może nie dla ich sumienia. Bo jednak chyba lepiej żyć z tym, że zabiło się kogoś złego, niż ze świadomością, że ta osoba miała jakieś inne, lepsze życie po tym starym i w pewnym sensie się trochę zmieniła.
    Cóż... czyli... Mili naprawdę nie żyje? Marcus?
    Biedny Eric. I pomyśleć, że pewnie będzie musiał im to przekać. Dobrze, że nie traci wiary w Harry'ego. Właściwie to głupio się to potoczyło. Bo Harry i reszta jak zwykle sobie poradzili, a Mili... Sorka, że tak to roztrząsam, ale to mnie kurczę jakoś tak ruszyło...
    Genialny za to był opis przygody z Gringottem i smokiem!
    Draco i Hermiona też genialni!
    I bardzo dobrze, że inni Ślizgoni też przyłączyli się do tych z Pokoju Życzeń.
    Ugh a teraz... Pansy i Teodor. Odzielnie tak, razem jako para - nie. NIE. Kiedyś ich widziałam razem, o ironio wtedy kiedy może jeszcze nie było pokazane tego jak bardzo do siebie pasują, że się nawzajem rozumieją i potrafią pocieszyć. Ale no co ja poradze na to, że wole tego drugiego? I kurde przyznam teraz, że marnie to widzę. Mam nadzieję, że Pans nie pozwoli mu się zatracić.
    A ja się również zastanawiałam co będzie z nimi po wojnie. I też doszłam do wniosku, że w razie czego Harry ich wyciągnie z tego gówna.
    Pozdrawiam
    i chociaż jeszcze ze dwa tygodnie - życzę Wesołych Świąt, odpoczynku od nauki i masy weny na te ostatnie rozdziały!
    Kitty
    PS jeśli zastanawiasz się co to za dziwny emotikon tam pod spodem, to wiedz, że się wkleił i za Chiny nie chciał się wykleić...
    😨

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, czyli tak nie zyje.
      Haha, tak Dudley powrócił w nowej, lepszej odsłonie. Pansy przeżywa malutki kryzys, a Teodor równie pokręcony umie ją zrozumieć. Raphael... jak to Raphael. Też mi szkoda Erica, mówiąc szczerze, szkoda mi większości bohaterów.
      Harry nawet gdyby wygrał wojnę, wciąż będzie miał dużo na głowie. Bardzo :)
      Ściskam ciepło i kolejny raz dziękuję za kopa motywacji,
      Lupi♥

      Usuń
  2. Troszkę się gubię, gdyż piszesz nieco tajemniczo. Nie zmienia to faktu, iż jest cudownie. Wierzę, że wygrają :)) Boję się jednak, że Penny i Draco mogą umrzeć :(
    Czekam na następny i pozdrawiam
    KH

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niedługo wszystko stanie się jasne, przynajmniej mam nadzieję :) Mówiąc szczerze kto przeżyje wciąż jest.. modyfikowane. Zobaczymy co będzie :)
      Ściskam ciepło,
      L♥

      Usuń
  3. jeju już niedługo wojna ja nie chcę :( Szkoda mi Mili lubiłam ją :(
    Super historia i super piszesz jeszcze tego Ci chyba nie pisałam haha :D czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział z jedxnej stony nie mogę się doczekać a z drugie ja nie chcęęee bo z każdym rozdziałem przybliżamy się do końca :(
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za te miłe słowa! <3 Taak, koniec jest blisko, ale mam jeszcze kilka planów, więc nic nie jest przesądzone!
      Niedługo wszystko się wyjaśni!
      Ściskam ciepło,
      Lupi♥

      Usuń
  4. Postanowiłam jednak skomentować przed końcem.
    Nie wierzę w Milli i Marcusa... akurat oni? Millie, najjaśniejszy promyk Slytherinu? (Jak ma na imię jej córka?) Marcus, straszny, a jednocześnie najmniej uwiązany? - to się po prostu w głowie nie mieści... Rozumiem, że ktoś "musiał" zginąć. Wojna. Tak mnie jednak przez te sześćdziesiąt rozdziałów przyzwyczaiłaś do tych wszystkich bohaterów, że... no, sama wiesz.
    DUDLEY! Ze wszystkich...! Serio? :D - ale cieszę się, lubię ff-y, w których godzi się z Harrym (och, doskonale rozumiem, czemu nie chciał, żeby Astoria poszła do szpitala). ["Pierwszego września na Privet Drive cztery :P]
    Pansy i... no właśnie. Szczerze, po pytaniu "Czy zginąłby za ciebie?" kibicuję Teodorowi. Tylko co z tym Raphaelem? Oj, poplątane to. Ale, no proszę, widać czasem, że jest Nottem co najmniej zauroczona (a Harry dobrze gada, jak kocha dwóch, to znaczy że tego pierwszego niezbyt mocno).
    Przepraszam, czy ja dobrze zrozumiałam, że Marcus nie zginął? O, tu: "Stanął obok rwącej rzeki, zastanawiając ile trzeba mieć szczęścia by z takiej wysokości nie uderzyć o ostre kamienie na dnie przepaści."
    Wiesz, co lubię w tej części opowiadania? Że trzymasz się najważniejszych wydarzeń z siódmego tomu. Dzięki temu łatwiej mi uwierzyć, że to mogła być alternatywna historia (i znowu przypomniał mi się fragment, w którym Harry pyta Hermionę - co by było, gdyby nie zaprzyjaźnili się ze Ślizgonami).
    Szerzej opisujesz Hogwart i Pokój Życzeń - co jest fajne. Zaraz, czemu są tam George i Lee? Skończyli już szkołę, powinni być z Zakonem?
    Bieszczady, no tak :P

    Nie lubię zakończeń. Takich, do których nieuchronnie się zbliżam. Oczywiście, wolę czytać opowiadania zakończone, ale nie mam żalu jeśli były napisane zanim się nimi zainteresowałam. Podążanie za historią - długie podążanie - a potem usłyszenie, że koniec już blisko... Smutne to jest (wiem, takie życie).

    Hmm... czy w scenie w Rzymie nie powinno być "nipoti a casa"? Nie wiem, czy znasz włoski czy nie ;) - ale logiczniej by było chyba jeszcze coś dodać. No i przetłumaczyć tym, którzy tego języka nie znają.
    A propos jeszcze wrażeń ogólnych - wybacz, że tak obcesowo, ale przydałaby się korekta. Czytałam ostatnie 15-20(?) rozdziałów i widzę, że miewasz problemy ze składnią - czasem słowa są w nieodpowiednim miejscu zdań, co utrudnia ich zrozumienie. No i zdarza Ci się mylić znaczenie, kilka razy wyłapałam "ingrediencje" zamiast "inkantacji". Plus nagminnie stosujesz - jako wielokropek - dwie kropki zamiast trzech.

    Resztę doczytam jutro... to jest dzisiaj, ale za jakieś 20 godzin - tak więc jeszcze się odezwę.
    Pozdrawiam serdecznie,
    Merill

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam! :D
      Niestety musiałam kogoś zabić. W końcu to wojna i mieliby niebywale i zaskakująco dużo szczęścia by wszyscy ją przeżyli. A czyja śmierć jest szokiem? Najbadziej niewinnych ;<
      Och, to moje trzymanie się kanonu, to różne jest :D Czasem biega daleko hen w Zakazanym Lesie z centaurami, a czasem podąża niczym cień :>
      Niee, nie uczę się włoskiego, chociaż uważam za piękny język i na pewno poprawki naniosę :>

      Akurat właśnie mam zamiar znaleźć kogoś kto pomógłby mi poprawić całe opowiadanie :)

      Bardzo dziękuję i cieszę się, że jednak się opowiadanie podoba :>

      Pozdrawiam ciepło,
      Lupi♥

      Usuń
    2. Mówiąc o włoskim - pasowałoby Ci "Mi scusi, oggi c'E il caos perchE ci sono i nostri nipoti"? Tam, gdzie jest "E", wstaw e z akcentem w lewo skos, znajdziesz w znakach w wordzie. Chyba to trochę toporne, sama nie jestem jeszcze orłem po włosku, ale ciut sensowniej - Twoja wersja była trochę zbyt słowo-po-słowie przetłumaczona.
      Co do kanonu - no, chodziło mi o to, że fajnie wplatasz wątki z siódmej części do tego, co się dzieje u Ciebie. Jasne, że muszą być odstępstwa, ale te najważniejsze wydarzenia są zmienione w bardzo nikłym stopniu, co mi się spodobało.
      Jeżeli mowa o betunku - w sumie... znaczy, to jest taki skok na gorącą wodę, bo moje korekty zawsze były bardziej w rozmiarach miniaturek, i też nie gwarantuję, że wyłapię wszystko (ale czytając zauważałam różne drobiazgi), ale, ewentualnie, jeśli nikogo nie znajdziesz, to bym się w sumie mogła zaoferować... Znaczy, tak najwcześniej od czerwca. Ale to tak, o, jakbyś nie znalazła żadnej profesjonalnej bety.

      Usuń
  5. uwielbiam wzmiankę o Bieszczadach i aż nie mogłam powstrzymać uśmiechuXD

    OdpowiedzUsuń