28 marca 2017

Nowy blog

Kochani!

Serdecznie zapraszam na nową historię - http://thepactwiththedevil.blogspot.com/. Nie wszystko jeszcze gotowe, ale spokojnie się uzupełni braki.

Ściskam ciepło,
Lupi♥

15 lutego 2017

Koniec początku

Co dalej?

Jak wspominałam następna historia powoli się kształtuje w mojej głowie, a pierwsze rozdziały powstają. Właśnie szykuję nowy blog, a link do niego oczywiście podam od razu jak opublikuje na nim cokolwiek. :)

W najbliższym czasie, jak i później również tutaj pojawią się miniaturki. Możliwe, że powstanie krótkie opowiadanie o nowym pokoleniu naszych bohaterów. Wszystko jest jednak dopiero teoretyczne, bo tymczasowo staram się przystosować do użytkowania nowy blog. :)

Będę informować na bieżąco,

Lupi

12 lutego 2017

Epilog.

To już jest koniec, nie ma już nic, 
Jesteśmy wolni, możemy iść !

Witajcie, kochani! 

Wiem, że rzadko kiedy czytacie ten wstęp, ale to epilog i może ktoś się pokusi. :) Epilog. Wow. Jestem jednocześnie szczęśliwa oraz dumna, a jednocześnie smutna. Koniec. Naprawdę udało mi się zakończyć tą historię? Wiecie ile już minęło? Prolog został opublikowany 13.05.2014r., a dziś jest 13.02.2017r. Pomiędzy nimi jest 1006 dni, co stanowi 2 lata, 8 miesięcy i 30 dni.

Chciałam podziękować Rogaczowi, który starał się ratować Wasze oczy przed moimi błędami i wymysłami. Dziękuję, kochana! 

A również Wam. Tak, przeżyliśmy wzloty i upadki, przygody bohaterów. Ich radości i smutki. Bardzo Wam dziękuję za każde słowo, za każdy komentarz. Za rozmowy na facebooku, ciekawe spostrzeżenia w wiadomościach! Byliście dla mnie motywacją. Bardzo Wam dziękuję za poświęcony czas i mam nadzieję, że nie czujecie, że go zmarnowaliście. 

Dla ciekawskich powiem, że to nie jest ostateczny koniec. Do tego opowiadania powstanie jeszcze kilka miniaturek uzupełniających. :) 

Ja Was oczywiście zapraszam na nowy blog, który powoli tworzę. Totalnie nowa historia, ale głównym wątkiem kolejny raz będzie dramione. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym trzymała się tylko tego tematu, a poboczne pary, historie też będą.

Ściskam Was i do usłyszenia wkrótce,
Lupus Lumos









- Nie mogłem cię nigdzie znaleźć!


Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie, nie podnosząc się jednak i wciąż leżąc płasko na plecach. Usłyszała jak stare deski skrzypią, gdy niespodziewany towarzysz się do niej przysunął. Przymknęła powieki, gdy ułożył się na miękkim śpiworze tuż przy niej, również spoglądając w górę. Wiedziała dobrze, co pomyślał, gdy jego spojrzenie skupiło się na milionie świecących punkcików nad nimi. Ona też, gdy tu wspięła się po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła to oszołomienie.

- Nie byłam pewna czy przyjedziesz – powiedziała szczerze, odrywając wzrok i przesuwając go z ciekawością na leżącego obok chłopaka. Poczuła nagłą falę ciepła na widok znajomych błękitnych włosów z granatowymi końcówkami, ale jej serce zabiło mocniej, gdy spojrzał na nią soczyście zielonymi oczami.

- Przecież co roku przyjeżdżam na święta – zauważył z rozbawieniem, a nawet w ciemności dostrzegła jego szelmowski uśmiech – Czemu myślałaś, że zmienię tradycję?

- Planujecie z Victoire ślub – mruknęła, ale kąciki ust zadrżały lekko – Po prostu… mieszkacie już razem. I nie byłam pewna czy do nas przyjedziesz.

- Och, Lee, jesteście moją rodziną. Twój tata jest też moim tatą, a mama moją mamą. James to mój brat, Al. również, nie mówiąc o tym, że ty zawsze będziesz moją siostrą – splótł ich palce, dodając jej otuchy – Dla mnie to też bywa dziwne, że już z wami nie mieszkam. Że nie słyszę ciągłych przekomarzanek chłopaków, śpiewu mamy czy twojego śmiechu. Ale.. dorosłem i.. no dobra – przewrócił oczami, gdy zachichotała - Po raz pierwszy mam szansę spróbować dorosnąć. Z Vicci u boku.

- Nie podoba mi się wizja, że wszyscy stąd powyjeżdżamy – szepnęła, wskazując ręką dookoła – Kto się zajmie Dziuplą?

- Dziupla na zawsze pozostanie tutaj z nami – zaśmiał się, również rozglądając się wokół. Tata zbudował im domek na drzewie wiele lat temu. Mieli stąd idealny widok na cały ogród oraz dachy domków w Dolinie Godryka. Co więcej z pomocą babci Andromedy pozostawili część dachu bez okrycia, dzięki czemu mogli podziwiać nocami lśniące gwiazdy. Niewidzialna bariera nie przepuszczała deszczu, śniegu, a cały ich domek został zabezpieczony kilkoma czarami. Jako dzieci spędzali tu długie godziny.

- Więc.. jak ci się żyje na Grimmauld Place? – zapytała, opierając policzek na ramieniu Teddy’ego, który ją  przygarnął.

- Jest super – stwierdził, uśmiechając mimowolnie – Mieszkanie z Vickey, Dominique, Hope i Tinem to istne szaleństwo. Ale szczerze mówiąc nie mogę się doczekać aż w końcu się przeniosą gdzieś. I oczywiście moje drzwi stoją otworem dla ciebie, Lee.

- Oj, na pewno skorzystam w najbliższym czasie – burknęła, mrużąc powieki z niezadowoleniem – Tata wciąż przeżywa, że wybieram się do szkoły aurorskiej.

- Dziwisz się? Najbardziej obawiał się, że to padnie na Jamesa bądź Ally’ego – parsknął, czochrając  jej włosy złośliwie – Ale oczywiście, to ty musiałaś się postawić, co?

- Chcę spróbować – powtórzyła po raz enty te słowa w ostatnim czasie – A on się obraża.

- Może daj mu trochę czasu do przemyślenia – poradził jej rozsądnie, wskazując na klapę do zejścia na dół – Chodź, zaraz kolacja.

- Dać mu czas, dać mu czas – mamrotała, posłusznie schodząc drabinką na ziemię. Zadrżała, gdyż tu już zaklęcia nie chroniły przed mrozem oraz śniegiem, który tańczył radośnie na wietrze. Uśmiechnęła się na widok licznych lampek na zaśnieżonych choinkach, które James tak krzywo porozwieszał. Przebiegli kawałek przez ogród, wbiegając do przytulnego domu. Lily nie pamiętała czasów innych niż te spędzone tutaj. Cóż, prawdzie powiedziawszy, to rodzice przeprowadzili się tu trochę po urodzeniu Jamesa. Tata wraz z małą pomocą swoich przyjaciół postawił rodzinny dom Potterów z powrotem na nogi. Ogród pod troskliwą ręką mamy rozkwitł, a atmosfera w ich ciepłym i otwartym domu zawsze była pełna radości.

- W samą porę – stwierdziła zielonooka kobieta, przechodząc z salonu do jadalni i nawołując pozostałych domowników – Miałeś ją tylko zawołać, Teddy, a nie przytrzymywać.

- Ale przecież jesteśmy idealnie – parsknął, wyciągając chłodne dłonie w jej kierunku. Mama skrzywiła się, odsuwając na bezpieczną odległość oraz zaplatając ramiona na piersi – Co tak pięknie pachnie?

- Zrobiłam makowce – powiedziała zadowolona, a Lily przyglądała się jak z chęcią prowadzi ich do jadalni. Astoria jeszcze raz zawołała synów, którzy minutę później już posłusznie dołączyli. W końcu dołączył do nich i ojciec, spoglądając z zaskoczeniem na wiele kartonów przygotowanych już do zabrania. 

- Myślałem, że wczoraj już wszystko tam zanieśliśmy – stwierdził, wrzucając pod ostrym spojrzeniem żony wszystkie pudła do torby, na którą rzucił wcześniej specjalne zaklęcie. Podniósł bagaż, zarzucając na plecy i wyciągając z szuflady proszek Fiuu. Po kolei wchodzili, szepcząc dobrze znany adres i znikali. Kiedy Lily otworzyła powieki, skrzywiła się lekko na ciągłe uczucie oszołomienia, ale wyszła z kominka. Teddy i James już przeszli do jadalni, więc potulnie podreptała za nimi. Uwielbiała to miejsce. Już na korytarzu słyszała tupot małych stóp oraz śmiech dzieci.

- Jutro macie być gotowi już przed piątą, zrozumiano? – pani Potter, zmierzyła ich czułym spojrzeniem zielonych oczu – Teddy, twój garnitur już odświeżyłam i wisi w łazience. James, chciałabym się dowiedzieć czemu twoja ostatnia para eleganckich butów jest cała w błocie. A ty, mój drogi – wskazała palcem na Albusa, który akurat wziął duży kawałek makowca i musiał popić ciepłym mlekiem – Powiesz mi, proszę, gdzie i kiedy zrobiłeś dziurę w marynarce?

- Może później? – zaproponował Albus, podając gotowym już skrzatom kolejną tacę z makowcami. Astoria zmrużyła podejrzliwie oczy, ale kiedy ich tata przechodząc obok musnął wargami jej policzek, na nowo się rozpogodziła. Lubiła widzieć tą miłość między rodzicami. Jakby nigdy przez te lata się nie zmieniła. A może jedynie wzmocniła?

 – Lily, sprawdzisz czy się szykują?

- Jasne – zgodziła się z chęcią, pozostawiając całą rodzinę w jadalni i ruszając w dobrze znanym kierunku. Z wielu opowiadań oraz zdjęć wiedziała, że kiedyś posiadłość wyglądała zupełnie inaczej. Jednak mama z pomocą taty i Ministra, zatrudniła wielu architektów, którzy pozmieniali wiele rzeczy, przystosowując je do dzieci. Teraz ściany miały przyjemny morelowy odcień, a na nich wisiały pracę małych mieszkańców. Minęła główny gabinet mamy oraz kilka pokoi zatrudnionych opiekunek. Główny salon składał się z ogromnego kominka oraz wielu pudeł z zabawkami, poukładanymi dokładnie w różnych miejscach. Miękkie fotele oraz kanapy zachęcały do leniwego spędzania czasu. Sypialnie dzieci umieszczono po wschodniej części willi, gdzie każde z nich spało w dwuosobowych pokojach. Do każdego pokoju przystosowano jedną łazienkę, więc nikt nie miał problemu ze staniem w kolejce pod prysznic. Korytarz zaczarowano w taki sposób, że wydawało się, że wchodzi się do tunelu pod oceanem. Lily jako mała dziewczynka lubiła po prostu stać tutaj i przyglądać się kolorowym rybkom przepływającym obok. Na drzwiach poprzyczepiano tabliczki z imionami dzieci, ale każde wejście i tak było pomalowane przez mieszkańców. Był to pomysł babci Zabini, która dobierała kolory ścian oraz namawiała dzieci by same z siebie coś włożyły w swój nowy dom.

- Kolacja za dwadzieścia minut – krzyczała, uderzając w każde drzwi, witając się z każdym dzieckiem, które wystawiło głowę. Zatrzymała się na samym końcu, przyglądając się wyrytym literom – Ben?

- Możesz wejść – usłyszała zza drewnianych drzwi, więc bez zastanowienia pociągnęła za klamkę, wsuwając się do pokoju. Tu cztery ściany miały różne odcienie zieleni, a jedną zaczarowano tak, że wydawało się, że stoi się przy krawędzi lasu. Przesunęła spojrzeniem po jednym pustym łóżku oraz części schludnej nim dotarła do łóżka zarzuconego niedbale pościelą oraz licznym książkom oraz zabawką leżącym wokół. Na podłodze wpatrując się w las siedział chłopczyk około ośmioletni, którego włosy barwą przypominały promienie słoneczne. Brązowe spojrzenie skupiło się na niej, a pełne wargi delikatnie uśmiechnęły.

- Benjaminie, zaraz kolacja, a ty wciąż się nie przebrałeś – pokręciła głową, wyciągając z dużej szafy czystą białą koszulę oraz wyprasowane spodnie – Czemu dziś jesteś markotny jak gnom?

- To będą pierwsze święta bez.. Diego – mruknął, przyciągając z powrotem jej uwagę. Lily zagryzła wargę, obserwując jak jego plecy lekko się garbią – Lily, czemu go zabrali?

- Och, kochanie, bądź ze mną szczery – westchnęła siadając naprzeciw niego by móc spojrzeć w smutne oczy – Złościsz się, bo Diego został adoptowany czy dlatego, że to nie ty?

- Może to i.. to – przyznał niechętnie, zasłaniając ramieniem oczy – Mnie nikt nie chce. Nawet rodzice nie chcieli po.. tym. To dlatego, że… wiesz?

- Uważasz, że się ciebie boją? – pokręciła głową, łapiąc go za chłodne dłonie i lekko ściskając – Uważasz, Ben, że jesteś potworem?

- Może troszkę…

- Posłuchaj mnie, Benjaminie, bo nie zamierzam się powtarzać – zastrzegła, mocniej go chwytając i wbijając stanowcze oraz pewne spojrzenie w chłopca – Jesteś jednym z najcudowniejszych dzieci jakie spotkałam. Jesteś mądry, zabawny oraz kochany. Tak, Ben, ja ciebie kocham, Astoria cię kocha oraz chłopcy. A twoi rodzice byli głupcami i nie zasługiwali na ciebie – uśmiechnęła się uspokajająco, przytulając go mocno – Masz rodzinę, Ben. Jestem twoją siostrą, a inne dzieciaki to twoje rodzeństwo. Czy któreś z nich boi się z tobą bawić?

- Nie, ale..

- A czy mają problem siedzieć obok ciebie? Spać w dniu wspólnego nocowania? Boją się podejść, rozmawiać, jeść? Oczywiście, że nie – parsknęła, układając policzek na czubku jego głowy – Czy gdybym się ciebie bała, to bym cię tak przytulała?

- Nie..?

- Nie – potwierdziła, odsuwając się oraz pstrykając go w nos – Jesteś kochany i masz rodzinę. Więc, wampirku, głowa do góry i przebierz się, bo chyba nie chcesz się spóźnić.

Przytaknął, podnosząc oraz biorąc ubrania oraz znikając w łazience. Lily wyszła bez pośpiechu z sypialni Bena, obrzucając ostatni raz łóżko Diego smutnym spojrzeniem. Ben w trafił do nich jako roczny brzdąc, gdy z cudem przeżył atak wampira. Wujek Draco wspominał, że gdy przywieźli dzieciaka na oddział było bardzo, bardzo źle. I uratowali malca, jednak jad wampirzy rozszedł się już po krwiobiegu, zmieniając chłopca w wampira. Przerażeni rodzice już w szpitalu zdecydowali, że Ben nie wróci z nimi. W ten oto sposób do Domu Dziecka matki w trafił kolejny mały członek ich familii. Lily od małego spędzała tu dużo czasu. Bawiła się z dziećmi, obserwowała jak niektórzy dołączają do innych rodzin, a pozostali dorastali pod czujnym okiem jej rodziców. Każde z nich otrzymywało porządną edukację, opiekę zdrowotną oraz mnóstwo miłości. A tego potrzebowały ich małe serca najbardziej. Kochała przyglądać się ich sukcesom, ich radości, gdy dostawały listy z Hogwartu. Niczego im nie brakowało, bo jej rodzina nie pozwalała na to. Oczywiście, nie obyło się bez problemów. Niektórzy w ich magicznym społeczeństwie wciąż burzyli się, że dzieci czarodziejów współegzystują z wampirami, wilkołakami czy chociażby elfami. Lily czytała wiele artykułów, gdzie oczerniano jej matkę i wyzywano. Jednak ona tego nie rozumiała. Patrzyła chociażby teraz, jak dzieci powoli wchodzą do dużej jadalni oraz wesoło zajmują swoje miejsca. Widziała dzieci czarodziei, dzieci ugryzione przez wilkołaki, Eloise porzuconą przez elfią rodzinę czy chociażby Bena, którego kły pojawiały się za każdym razem, gdy wybuchał śmiechem. Odświętnie ubrane dzieci od szóstego do piętnastego roku życia wybierały sobie miejsca, machając do niej oraz jej rodzeństwa. W końcu wszystkich dwudziestu sześciu mieszkańców znalazło się w jadalni. Jej mama stanęła w drzwiach wraz z ojcem, a rozmowy ucichły. Podnieśli się z szacunkiem, czekając aż kobieta machnie ręką by usiedli. Zwyczajowo Astoria wygłosiła krótką, zabawną mowę składając podopiecznym najlepsze życzenia. Wspomniała o sukcesach kilku dzieciaków, sprawiając, że wszystkim zrobiło się o wiele milej. A na koniec życzyła smacznego, chichocząc, gdy na stołach pojawiły się potrawy, a oczy maluchów pojaśniały. Stół sprytnie ustawiono w literę U, więc każdy z każdym radośnie rozmawiał. Lily usiadła wśród dzieci, jak jej bracia, opowiadając anegdotki dzieciakom obok. Uwielbiała święta. Uwielbiała patrzeć jak dzieciaki ekscytują się na otwieranie prezentów, które ona sama pomagała pakować.

Zazdrościła mamie, że stworzyła dom dla tych dzieci. I podziwiała ją za to.

Zazwyczaj Wigilię spędzali właśnie w Domu Dziecka z dziećmi. Śpiewali kolędy, grali w różne gry oraz cieszyli podniebienie posiłkiem. Jej mama rozmawiała z każdym dzieckiem, a oni lgnęli do niej jak do prawdziwego rodzica. Harry również był uwielbiany przez dzieciaki, które w Hogwarcie nie były traktowane gorzej, a nawet zyskiwały od razu przychylność innych uczniów, gdyż należeli do znakomitej rodziny Potterów i innych bohaterów.

- Wesołych świąt, Lily – Benjamin usiadł obok niej, uśmiechając szeroko, co rozczuliło jej serce.

- Wesołych świąt, Ben. Wesołych świąt.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.

- Na którą jutro mamy być u Hermiony?

- Wydaje mi się, że jak co roku – odpowiedział rozbawiony, przenosząc wzrok znad papierów na siadającego właśnie niedbale na fotelu chłopaka. Chociaż poprawniej byłoby już powiedzieć mężczyznę. Ciemne włosy przyciął niedawno, ale jak zwykle było trochę rozczochrane. Wysokie kości policzkowe pokrywał jeszcze zarost, jednak dodawało mu to drapieżnego uroku. czasem naprawdę nie mógł uwierzyć, że jeszcze nie tak dawno nosił bez problemu go na barana, a teraz ten sam dzieciak ma już trzydzieści cztery lata.

- Co roku to przychodzę spóźniony – burknął, przyglądając się z ciekawością klatce, w której leżało duże jajko – Trochę konkretniej?

- Chcesz mi powiedzieć, Nate, że nie wiesz na którą mamy być, tak? – parsknął śmiechem, odkładając biuro i rozpierając na własnym siedzeniu – A Herm nie spytasz, bo..?

- Bo znów zacznie marudzić jaki jestem rozpuszczony – jęknął, co bardziej pasowało do jego ośmioletniego wcielenia niż teraz – A sama mnie wychowywała!

- Ciesz się, że nie nauczyłeś swoich dzieci mówić do niej babciu ty dzieciaku – zaśmiał się znów, widząc jak Nathaniel się krzywi – Zjadłaby cię żywcem.

- Szczególnie, że nasze córki są w tym samym wieku – zauważył, a Charlie odruchowo spojrzał na stojące na biurku zdjęcie, gdzie byli oni wszyscy. W tym ich mały Nate ze swoją żoną oraz ośmioletnim Jonathanem oraz sześcioletnią Kateriną. Naprawdę nie wiedział, kiedy tyle lat upłynęło.

- Spytaj Teo – poradził, znów wracając spojrzeniem na towarzysza – My będziemy chwilę później, bo wcześniej mamy jeszcze tutaj zostać trochę z dziećmi, które zostają.

- Święta w Hogwarcie – Nate uśmiechnął się leciutko – Hagrid przygotował już choinki, a z tego co widziałem nawet ozdoby są wieszane.

- Daphne miała się tym zająć – przytaknął, obserwując jak młody Nott spogląda na drzemiącego Dumbledore’a – Profesor McGonagall ma też niedługo przybyć, jeśli jesteś zainteresowany.

- Tak, odbiorę ją z dworca – machnął ręką, podnosząc w końcu oraz posyłając mu krzywe spojrzenie – Szczerze mówiąc, nigdy nie sądziłem, że serio zostaniesz dyrektorem Hogwartu.

- A ja nie pomyślałbym, że ty zostaniesz profesorem od obrony – mruknął, żegnając chłopca, który zniknął za drzwiami. Oparł głowę o zagłówek, wzdychając ciężko. Pokochał swoją pracę bardziej niż ktokolwiek się spodziewał, ale nie mógł zaprzeczyć, że była to ciężka posada. Był jednym z najmłodszych dyrektorów w historii, ale z pomocą Minerwy oraz innych profesorów nauczył się niemalże wszystkiego. Uczniom również się podobało, gdy zaczął piastować to stanowisko. Daphne wspierała go w każdej chwili, a by ułatwić im sprawę, otworzyła w Hogsmeade niewielką kawiarnię, gdzie wraz z jego mamą wywołała zachwyt u uczniów przepysznymi potrawami oraz gorącą czekoladą. Po południu przychodziła do Hogwartu, gdzie wraz z nim zamieszkała w jego komnatach. Sytuacja trochę się skomplikowała, gdy zaszła w ciążę. Wtedy na nowo zamieszkali w rezydencji Greengrassów, gdzie wcześniej spędzali jedynie wakacje. Dziewczynki pojawiły się na świecie w pewien ponury listopadowy poranek, a on uciekł ze śniadania odprowadzany śmiechem rozbawionych uczniów. Kelsy Astoria oraz Nora Ophelia były ślicznymi dziewczynkami o jasnych włosach oraz brązowych oczach. Już jako dwuletnie brzdące ukazało się w nich zamiłowanie do robienia psot.

- O czym myślisz? – drobne ramiona oplotły go, gdy Daphne stanęła obok – Ostatnio wciąż jesteś taki zamyślony.

- Tyle się zmieniło..

- Och, znów przejmujesz się krzykami o tej głupiej zmianie? – przewróciła oczami, muskając wargami jego policzek – Dobrze wiesz, że postąpiłeś świetnie.

- I nie zmieniłbym zdania – przytaknął, krzywiąc. Podpisanie pierwszego przez niego dokumentu, który zapewniał edukację dzieciom ugryzionym bądź przemienionym przez magiczne stworzenia wywołało kontrowersję i omal nie stracił tytułu. Ale dostał poparcie zbyt wielu ważnych osobistości, a Hermiona z Harrym świetnie poradzili sobie z największymi protestami. I oto już zapisał się na kartach Historii Hogwartu jako ten co umożliwił edukację wszystkim magicznym dzieciom.

- To co cię trapi? – spytała Daphne, wsuwając się na jego kolana – Powinnam powiedzieć Hermionie, że się starzejesz?

- Bardzo dziękuję, ale wciąż jestem młody – prychnął, a na widok jej uniesionej brwi przerzucił ją na biurko i nachylił się nad nią – Nie wierzysz mi, Weasley?

- Możesz udowodnić, jeśli uważasz, że masz tyle wigoru – zaśmiała się, oplatając nogami jego biodra i mocno go całując.

Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają. A on nigdy nie przestał być równie zakochany w starszej Greengrass jak za czasów ich młodości.

Kiedy te lata upłynęły?

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

- Ly, Tino?

Teodor zawołał dzieciaki, gdy tylko przekroczyli próg. Nie zaskoczył go fakt, że nawet na korytarzu słyszeli jak głośno została nastawiona wieża. Spojrzał na żonę, która zrzuciła właśnie z nóg szpilki, stając boso na miękkim dywanie. Pomógł zsunąć z jej ramion granatowy płaszcz, wieszając na gustownym wieszaku tuż obok swojego. Ruszył za kobietą do salonu, gdzie oczywiście nie zastali potomków.

- Chyba nic nie zostało uszkodzone – stwierdziła Pansy, obracając się ku niemu z uśmiechem – Jednak odziedziczyli kilka moich genów.

- Och, tak, złośliwość oraz zadzieranie nosa również – przytaknął, unosząc leniwie kąciki ust i obserwując jak brązowe oczy ukochanej błyszczą. Usiadł wygodnie na sofie, rozpinając marynarkę oraz przyglądając się jak już od wielu lat pani Nott zaczyna poruszać się w rytm melodii. Musiał przyznać, że przez te dwie dekady z kawałkiem nie zmieniła się za bardzo. Codziennie mógł obserwować różnice, jednak wciąż wyglądało nadzwyczaj młodo. Oczywiście, lata u czarodziei inaczej powinno się przeliczać, bo średnia życia to sto dziesięć lat, więc oni mający trochę ponad czterdzieści lat, wciąż mogli czuć się młodo. Chociaż wojna w czasach młodości przyniosła swoje skutki, to zwalczyli przeszłość. Pansy nie budziła się z krzykiem, częściej uśmiechała oraz rzadko kiedy pogrążała w ponurach myślach. Po urodzeniu Lyry już nie wróciła do służby, zamiast tego postanowiła wydać w końcu swoje książki. Musiał przyznać, że zachwycił go pomysł młodej wtedy małżonki, która nie tylko podesłała kartki do magicznej redakcji, ale i mugolskiej. Nie przestawała go do dziś bawić mina Harry’ego, gdy usłyszał o serii na swój temat. Wiele wątków jednak Pansy pominęła, pozostawiając już je w szafce. Spisała nawet biografię Harry’ego czy Hermiony, nie mówiąc o wywiadach jakie przeprowadziła. Ich dom był zawalony w każdym kawałku książkami oraz jej zapiskami. Ale nie przeszkadzało mu to.

- Nott, czy mi się wydaje, czy przestałeś o mnie myśleć? – prychnęła jak kotka, wskakując na jego kolana oraz unosząc jedną brew. Pansy wciąż miała miękką, jedwabistą skórę. Jej oczy złagodniały, ale nie straciły hardości. Pierwsze zmarszczki dopiero pojawiły się w kącikach oczu, ale prędzej od śmiechu niż starości. Włosy wciąż były gęste i ciemne, a jeszcze ani jedno siwe pasmo ich nie przecięło.

- Zawsze o tobie myślę – mruknął, muskając wargami kącik jej ust i wciągając fiołkowy zapach. Poczuł jak Pansy rozluźnia się w jego objęciach, układając wygodniej oraz przymykając powieki. Czasem wciąż nie mógł uwierzyć, że są razem. Miłość do dziewczyny odmieniła wiele jego poglądów, a każda wspólna chwila dodawała ochoty by żyć. W końcu zrozumiał Hermionę, a gdy szybko Pans zaszła w ciążę odliczał dni do porodu. Constantine był upartym dzieckiem o czarnych włosach oraz brązowych oczach Pansy. Był ich oczkiem w głowie, a rola rodziców bardzo im przypadła do gustu. Tino szybko okazał się niezłym łobuzem, który zdzierał kolana w ogrodzie oraz podjadał ciastka z kuchni. Jako starszy brat sprawdzał się znakomicie, a mała Lyra Hermiona oplotła całą trójkę wokół małego paluszka.

- Ja też – szepnęła Pansy w jego usta, muskając je raz po raz i skubiąc zaczepnie jego dolną wargę – Wiesz o czym jeszcze myślę?

- Mhmm, możesz mi powiedzieć – uśmiechnął się, gdy poczuł jej palce na kołnierzyku koszuli – Albo pokazać.

- Oj, kochanie, nie wiem czy dotrzymasz mi kroku – zachichotała, całując go gwałtownie. Przesunął palcami po jej plecach, docierając do suwaka i zabierając się za rozpinanie sukienki. Pansy wierciła się niespokojnie, co tylko bardziej go zachęcało. Jednak w chwili, gdy mieli się już w sobie zatracić usłyszał tupot stóp na schodach. Bez zastanowienia zrzucił Pansy na dywan, która upadła na czworaka, patrząc na niego zamglonymi oczami pełnymi niezrozumienia. Sekundę później, gdy ledwo zdążył poprawić koszulę w drzwiach stanęła Lyra.

- Co wy robicie? – zapytała, marszcząc brwi ze zdumieniem – Mamo?

- Mama zgubiła kolczyk – odparł szybko, spoglądając w przenikliwie oczy dziewiętnastoletniej już córeczki – Właśnie wróciliśmy i..

- Bardzo głośno słuchasz muzyki – skarciła córkę Pansy, szybko zbierając w sobie i uśmiechając gładko – Och, żałuj, że z nami nie poszłaś! Było tak pięknie.

- Nie zaprosiliście mnie – przypomniała Lyra, zaplatając ramiona na piersiach oraz zerkając przez ramię na schodzącego ze schodów brata – Chyba przeszkodziłam rodzicom w małym co nieco.

- Oj, wierz mi, że nie musisz mi o tym mówić – mruknął Constantine rzucając rodzicom rozbawione spojrzenie – Nie wierzę, że wracam do domu na święta, a wy sobie wychodzicie!

- Nie wmawiaj mi, że się stęskniłeś i wróciłeś – zaśmiał się Teodor, odchylając lekko do tyłu – Po prostu, Vicci, Dominique i Hope wróciły i nie ma kto gotować.

- Teddy jest beznadziejnym kucharzem, a też pojechał do Potterów – przyznał, siadając na sofie obok ojca i uśmiechając do sadowiącej na fotelu siostry – Lyra rozmawiała dobrą godzinę przez telefon z chłopakiem

- On nie jest moim chłopakiem – warknęła dziewczyna, sycząc niemalże – To tylko kolega.

- Jaasne – parsknął Tino, krzywiąc na pełne litości spojrzenie matki – No co?

- Jak ty się dostałeś do Akademii Aurorskiej tego chyba nigdy nie odgadnę – powiedziała uszczypliwie Pansy, czochrając ciemną czuprynę synka – Co powiecie by za godzinę zagrać w pokera?

- Uu, świąteczny hazard? – zatarł ręce Tino, przytakując chętnie oraz od razu dogryzając siostrze, że przegra. Teodor przyglądał się rozbawionej Pansy, która poszła się przebrać i dzieciakom, które dopiero co siadały mu na kolanach i prosiły o bajkę. Teraz mieli tyle, a nawet więcej lat niż on, gdy skończyła się wojna, a on budował swoje życie od początku.

I mówiąc szczerze nic by w nim nie zmienił.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

- Wróciłam!

Uniósł wzrok znad książki, zerkając przez ramię i uśmiechając leciutko. Lustro wisiało idealnie pod kątem by mógł ją zobaczyć. Jasne włosy opadły jej na twarz, gdy schyliła się by zdjąć z nóg traperki. Przesunął wzrokiem po długich nogach okrytych grubymi szarymi rajstopami oraz ładnej sukience, która podkreślała piękno dziewczyny. Przeszła powolnym krokiem do salonu, grzebiąc w torbie i nachylając by cmoknąć go w policzek.

- Nie zgadniesz co znalazłam – mówiła dalej radosnym głosem, który pobudzał go do życia. jej szafirowe oczy zalśniły, gdy wyciągnęła średniej wielkości pudełko i położyła mu na kolanach. Zerknął kątem oka na jej zarumienione policzki, gdy spojrzeniem zachęcała go by spojrzał. W końcu chwycił za wstążkę, pociągając i rozrywając ostrożnie papier. Z prostego pudełka wyciągnął niewielki tomik, zaciskając mocniej na nim palce, gdy przeczytał tytuł.

- Tomik poezji lorda Byrona? – skrzywił się na swój zachrypnięty od emocji głos, starając powstrzymać od gwałtownego zaczerpnięcia powietrza.

- Jeden z nielicznych pierwszych egzemplarzy – pochwaliła się, wyciągając go z jego zastygniętych rąk i otwierając na jednej z wielu stron – „Już koniec! - Sen mi to objawił: Nadziei los mi nie zostawił; Szczęśliwych dni nie będzie znała. Dusza, złej gwiazdy mrozem ścięta; Odbiega młodość uśmiechnięta, Pierzcha Nadzieja, Miłość, Chwała... O, czemu pamięć mi została!”

Przyglądał się jak nie odrywa wzroku od ostatnich wersów, smakując je po cichu na nowo. Dziwnie było słyszeć tak znajome słowa wypowiedziane innym głosem przez inną osobę. Mimo złudnych chwil, gdy zapominał o TYCH chwilach, nie potrafił ich w głowie nie porównywać. Miały tak samo jasne włosy, ale różnej długości. Również twarz na którą teraz patrzył była mniej okrągła, a nos bardziej garbaty niż ten co pamiętał. Kolor oczu mimo podobny był jaśniejszy, a sama postawa dziewczyny inna.

- Jej ulubiony – powiedział w końcu, gdy położyła tomik na kolanach, gładząc jego krawędzie – Często go recytowała.

- Och, nie wiedziałam – zamrugała zdumiona, przymykając powieki i obracając twarz w kierunku kominka, gdzie trzaskał wesoło ogień – Lubiła święta?

- Tak – odpowiedział zwięźle, markotniejąc odruchowo. Wiedział, że to zauważyła, ale chociaż zwyczajowo od razu zmieniała temat tym razem nie odezwała się ponownie. Zamiast tego lekko się zgarbiła, a jej usta zacisnęły. Hermiona wiele razy powtarzała mu by tego nie robił. Nie odgradzał dziewczyny od wspomnień, którymi dysponował. A jednak nie potrafił do końca się otworzyć. Wcześniej tłumaczył to młodym wiekiem dziewczynki, która przyglądała mu się podejrzliwie, a później… później z nikim już nie chciał się dzielić przeszłością.

- Pamiętam jak się obudziłeś – przerwała ciszę, nie odwracając wzroku od płomieni – Jak nagle mój cały świat się obrócił. Wszyscy się tak cieszyli i mówili, że mój tata znowu jest z nami… - uśmiechnęła się smutno – Nasłuchałam się tak wielu historii o tobie. Draco, Blaise czy Teodor uczyli mnie chodzić, latać na miotle oraz się bić, jednak wiedziałam, że to ty jesteś moim tatą. Miałam więc Teddy’ego i tylko jego, który chociaż trochę mógł mnie zrozumieć – zerknęła na niego z ciepłem – I się obudziłeś. A potem kazałeś mnie przyprowadzać codziennie.. rozmawialiśmy i rysowałam ci laurki. Twój pokój był nimi obwieszony, gdy w końcu wychodziliśmy i… zamieszkałam z tobą – zachichotała, a w jej oczach błysnęły łzy – Byłeś tak bezradny, tato… nie pamiętałeś by mnie karmić, sprawdzić czy już śpię czy wymyć. Hermiona, Pansy, Astoria wciąż przychodziły i cię uczyły jak być tatą. I wiesz co? Jesteś cudownym ojcem.

- Jestem i byłem beznadziejny – zaprzeczył, mrużąc gniewnie powieki – Nie mogłem chociażby cię podnieść do góry, uczyć latać bo… nie mogę chodzić. A ty byłaś taka żywa.. wciąż tańczyłaś i skakałaś.. bałem się, że coś ci się stanie.

- Ja też – zaśmiała się, ocierając wierzchem dłoni samotnie spływającą łzę – Nie chciałam jechać do Hogwartu byś nie został sam.

- Oj, nie dawali mi spokoju – pokręcił głową, opierając brodę na dłoni – Dziękuję za prezent, kochanie, to.. skarb.

- Wiem, że za nią tęsknisz – przytaknęła, unosząc brwi, gdy wskazał jedną z wiszących niedaleko choinki skarpet – Prezent?

- Otwórz teraz – poprosił, nakrywając lepiej nogi pledem i obserwując jej ciekawość, gdy wróciła na swoje miejsce z niewielkim pudełeczkiem – Miałem to bardzo długo, ale.. do ciebie pasuje lepiej.

Smukłymi palcami rozwiązała wstążkę, a później uchyliła aksamitne pudełko. Widział jak fascynacja pojawia się w szafirowym spojrzeniu, gdy wyciągnęła ostrożnie bransoletkę. Zamrugał, bo znów fala wspomnień zalała jego umysł.



„- Myślisz, że im się spodobają?

- Jasne, że tak – przytaknął, nie spoglądając jednak na dziewczynę, skupiając się na pisanym eseju. Poczuł jak dziewczyna się zbliża, więc przerwał na chwilę by unieść wzrok i na nią spojrzeć. Wpatrywała się w niego z rozbawieniem oraz niecierpliwością, unosząc dumnie brodę. Bawiła go ta zawziętość oraz duma w tym małym elfie, który naprawdę potrafił go ustawić do pionu.

- O czym mówiłam? – uniosła brew, zaplatając ramiona na piersiach – Marcusie?

- O prezentach – stwierdził, zamierając, gdy złapała krawędź sukienki i ściągnęła ją. Przełknął ciężko ślinę, gdy usiadła na łóżku, przechylając głowę – Co ty..

- Jakich prezentach? – zapytała, bawiąc się ramiączkiem stanika – Hmm?

- Dla dziewczyn – zamrugał, starając się oderwać spojrzenie od jej ciała i utrzymać pożądanie na wodzy. Milli jednak uśmiechnęła się słodko, zdejmując pozostałe części ubrania, które miała na sobie, a później kładąc na brzuchu na jego łóżku. Oparła brodę o dłoń, drugą ręką rozpuszczając nastroszone włosy.   

- A co jest tym prezentem? – kontynuowała, spoglądając na niego niewinnymi oczami – Mar?

- Nie.. nie pamiętam – przyznał w końcu, odkładając pióro i podchodząc do niej do łóżka. Kucnął przy krawędzi, wciągając słodki zapach skóry dziewczyny, która nachyliła się i go pocałowała. Smakowała czekoladą, którą dopiero co wcinała, a palce miała wciąż lepkie. Pogłębił pocałunek, zmieniając ich pozycje tak, że położył ją tym razem na plecach, samemu układając na niej. Całował ją mocno i namiętnie, czując coraz większe gorąco, gdy sunął dłonią po jej jędrnym ciele. Z pomocą dziewczyny zdjął koszulkę, a później spodnie wraz z bielizną. Przylgnął do niej, nie marudząc gdy popchnęła go na plecy, siadając na nim okrakiem oraz pochylając.

- Marcusie? – szepnęła, zachrypniętym głosem a w jej oczach dostrzegł błysk złośliwości – Lepiej sobie przypomnij.

- Nie.. nie wiem – wydusił, krzywiąc z niedowierzaniem, gdy zeskoczyła z łóżka, narzucając na siebie gładko sukienkę oraz zbierając bieliznę – Co ty.. MILLI.

- Jestem pewna, że Harper mi pomoże zdecydować – stwierdziła śpiewnym głosem, upinając znów włosy i zatrzymując na chwilę przy drzwiach – Widzimy się na kolacji?

- Millicenta, nie możesz teraz wyjść – jęknął, ale widział w jej uśmiechu satysfakcję. Uniosła dłoń, na której nadgarstku znajdowała się ładna bransoletka. Jednak było zapóźno, a ona i mogła, i wyszła. Nigdy więcej nie popełnił tego błędu i już zawsze uważnie jej słuchał. Zawsze.”


Teraz ta sama bransoletka błyszczała w dłoniach dziewczyny, która przesunęła palcem po wygrawerowanej literce M oraz przywieszce z niewielkim aparatem. Spojrzała na niego oszołomiona, wyciągając nadgarstek, na który pomógł jej nałożyć błyskotkę. Przysunęła ją znów do oczu, muskając opuszkami palców.

- Wesołych świąt, kochanie – wyszeptał, rzucając okiem na schowane za kominkiem pudełko, gdzie trzymał stare rzeczy Millicenty. Aparaty, dzienniki, perfumy, wycinki gazet.. wszystko. Wyciągnął z tego pudełka jedynie ową bransoletkę, obrączkę, którą nosił na sznurku na szyi oraz list. List, który leżał w jego sypialni. List, który napisała TEJ feralnej nocy. List, którego jeszcze nie otworzył.

- Wesołych świąt, tato – Millicenta Ginevra uśmiechnęła się do niego szczerze, a jemu jak zwykle w tej chwili przypomniało się czemu nie mógł dołączyć do swojej słodkiej żony. Miał dla kogo żyć. 

Musiał. Mimo tęsknoty to jej gibkiego ciała, mocnych uderzeń serca i wielu planów. Mimo tęsknoty za jej głosem, za jej uśmiechem oraz uwodzącym spojrzeniem. Mimo tęsknoty za dniami, gdy leżeli na plaży oraz marzyli o wspólnej przyszłości.

Oboje stracili pierwsze kroki ich córki. Pierwsze słowo. Pierwszy upadek, pierwszą utratę zęba i pierwszą chorobę. Stracili tak wiele.

Jednak on dostał od cholernego losu szansę na poznanie córki. Na przyglądanie się jak idzie do Hogwartu, jak się śmieje i jak buduje swoje życie na mocnych fundamentach. Mógł przyglądać się jej pierwszym zauroczeniom oraz chłopakowi. Mógł patrzeć jak tańczy oraz śpi.

Słyszeć, jak mówi do niego tato.

I cierpieć. Tęsknić. Płakać.



Czemu mi to zrobiłaś, Mills?
Wesołych świąt, mój słodki elfie…

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

Święta Bożego Narodzenia to jedno z najpiękniejszych wydarzeń roku. Jest to okres prawdziwej magii, czarów, szczęścia oraz rodziny. Śnieg prószy delikatnie, ozdabiając tym samym ogrody oraz dachy domów. śnieżynki wirują i tańczą na wietrze, igrając radośnie z mrozem by osiąść na oknie i poczuć przez chwile ciepło. Ciepło padające od kominka, gdzie wesoło skrzy się ogień oraz pomieszczeń pełnych ludzi oraz świątecznego zamieszania, które opanowuje przyozdobione domy. Właśnie jedna taka niewielka śnieżynka, wylądowała delikatnie na parapecie ślicznego, chociaż niezbyt wyróżniającego się na tle lasu domu.

- Niech to hipogryf kopnie – jęknęła kobieta w środku, otwierając szeroko okno i sprawiając, że śnieżynka spadła wraz z resztą białego puchu na taras – Weasley, do cholery, gdzie ty polazłeś?

- Co się staaAAAu, co jest! – jasnowłosy chłopak schylił się, gdy kolejny kawałek ciasta poleciał w kierunku jego głowy. Zerknął z irytacją na ramię, gdzie przylepił się pierwszy pocisk i potrząsnął ręką – To niemiłe. Chciałem spytać czy wszystko w porządku.

- Nie patrz tak – ofukała go znów, sprawiając, że tym razem kąciki ust blondyna uniosły się w delikatnym uśmiechu – Zaraz kogoś strzelę upiorograckiem, widziałeś tego rudego, siwiejącego już pajaca?

- Wujka Rona? Jest na zewnątrz z dzieciakami. – wzruszył lekko ramionami, opierając biodrem o blat i przyglądając gotowym już poszczególnym potrawom – Nie musisz się tak denerwować, mamo, już wszystko prawie gotowe.

- Prawie, Pius, a prawie mnie nie zadowala – mruknęła, przesuwając dłonią po czole i bezwiednie zostawiając na nim ślad mąki – Ronald musi skończyć robić tego przeklętego indyka, a ja zrobię to przeklęte ciasto. Tak zapisałam na kartce i tak właśnie będzie.

- Mam wydusić z wujka przepis na indyka nim go zabijesz tą niebezpieczną bronią? – parsknął, wskazując na wałek, którym wybijała niespokojny rytm – Mamo?

- Tak, skarbie – mruknęła, nachylając nad książką kucharską i przestając na niego zwracać uwagę. Scorpius spokojnie przeszedł z przestrzennej kuchni do salonu, gdzie zastał bawiącą się przed kominkiem siostrę. Duże, brązowe oczy przeniosły się na niego, a on poczuł, że mała znów oczarowała go na nowo.

- Cory, pobawisz się ze mną? – zapytała zrywając się z ziemi i w trzech susach pokonując dzielącą ich odległość. Drobne, lepkie palce zacisnęły się na jego, gdy pociągnęła go ochoczo do rozłożonych wokół lalek – Proszę, Cory, pobawimy się?

- Oczywiście, brzdącu, tylko uratuje wujka przed złością mamy – parsknął, wsuwając ręce pod pachy siostry i podnosząc ją na ręce. Oplotła go nogami niczym małpka, chwytając za szyję oraz szczebiocząc wesoło w co się będą bawić. Scorpius słuchał małej, jednocześnie przechodząc z salonu i otwierając drzwi na taras. Nie zaskoczył go widok wujka oraz ojca wraz z jego braćmi na miotłach, gdy grali rozrywkowo w Quidditcha w ogrodzie.

- Och, zapomniałem – mruknął Ronald Weasley, gdy tylko go zobaczył, a później w ekspresowym tempie zeskoczył na ziemię i potruchtał do kuchni. Pozostali również zakończyli grę, wracając do środka, gdzie ojciec pocałował córeczkę w czoło, a Nathan z Tobym ekscytowali się krótkim meczem. Cassie wyrwała mu się, woląc jednak podreptać za ojcem niż bratem, więc pozwolił dziewczynce na męczenie rodziciela. Rozsiedli się wszyscy na fotelach, grzejąc w cieple płomieni. Scorpius przymrużył z zadowoleniem powieki, ciesząc chwilą spokoju. Mimo żmudnych ostatnich dni pracy oraz przygotowań, musiał matce przyznać rację. Jeśli działali zgodnie z przygotowanym przez nią planem mogli jeszcze dzień przed Wigilią odpocząć. Choinka stała w kącie salonu za kominkiem, świecąc kolorowo oraz ciesząc oczy licznymi, barwnymi bombkami. Łańcuch zrobiony przez Cassie ładnie dopełniał całości, a on wciąż pamiętał ile radości dawało im ubieranie trzy dni temu tego drzewka. Również nad oknami wisiały lampki – sopelki – a gzyms kominka został ładnie ozdobiony gałęziami choinki. Nie było kawałka domu, gdzie nie migotałby lampki bądź inne ozdoby, zawieszone przez ich rodzinkę. Również już wszystkie kurze zostały sprzątnięte, a stół rozstawiony z czystymi talerzami poukładanymi idealnie.

- Tato? – Nathaniel przeciągnął się leniwie, uśmiechając, a jego brązowe oczy zamigotały szelmowsko. Scorpius nie mógł powstrzymać myśli, że dopiero co ten jego upierdliwy braciszek dreptał za nim oraz prosił by pokazał mu sztuczki, a teraz sam podbijał z powodzeniem korytarze Hogwartu.

- Tak, Nath? – spojrzenie ojca oderwało się od pokazującej mu swoje ulubione lalki córeczki i skupiło na Nathanielu.

- Opowiesz nam historię? – Toby podchwycił wzrok braci, szczerząc łobuzersko oraz unosząc obie brwi – Obiecałeś, że opowiesz.

- Historię? – Draco westchnął, ale gdy brązowe oczy Cassie błysnęły błagalnie, a sześciolatka wdrapała się na jego kolana, nie powstrzymał uśmiechu – Jaką historię?

- Twoją i mamy – odpowiedział Scorpius, opierając policzek o oparcie fotela oraz z ciekawością przypatrując błyszczącym oczom rodziciela. Draco Malfoy przyjrzał się im wszystkim uważnie, ale w końcu skinął głową.

- Wszystko zaczęło się w piękny dzień. Pioruny oświetlały…

- To piękny czy burza? – Cassie przechyliła głowę, kiedy wszyscy zaśmiali się, a on wciąż nie rozumiała czemu.

- Nie przerywaj, bo nie opowiem! – zrugał córkę żartobliwie, całując ją odruchowo w czoło - To był piękny, burzliwy dzień. Pioruny oświetlały zachmurzone niebo, a grzmoty echem odbijały się na korytarzach Hogwartu. Razem z wujkiem Blaisem kierowaliśmy się w stronę Wielkiej Sali, gdy usłyszeliśmy przerażający wrzask…

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

- Czemu Hope?

- Nigdy nie przestaniesz pytać, prawda? – Blaise uniósł wzrok znad ciasta, które wcinał, zerkając na żonę, która przewróciła oczami i znów nachyliła się nad kolorowym magazynem – Masz dwadzieścia cztery lata, Hope, a wciąż jesteś uparta jak dzieciak.

- Tato – jęknęła dziewczyna, opierając się o blat stołu oraz robiąc markotną minę – Powiedz coś mamie.

- Coś – posłusznie powiedział, wywołując tym samym nikły uśmiech na ustach córki – Arya, zlituj się, bo zawsze będzie tu wracać i o to pytać.

- Dzięki, tatusiu – sarknęła, kopiąc w kostkę brata, który właśnie do nich dołączył – Nicolas, zaraz się dowiem skąd jest moje imię.

- Mam pogratulować? – Kol uniósł brwi, przewracając oczami i nalewając sobie trochę soku – Czy dziadkowie będą u cioci?

- Tak – Arya zamknęła gazetę, odchylając na krześle i zerkając na córeczkę – To nie jest jakaś wymyślna historia, kochanie.

- To mi powiedz – przytaknęła radośnie Hope, siadając na krześle oraz szczerząc radośnie – Czemu Hope?

- Ostatnim bukietem jaki wręczył mi twój ojciec przed wymazaniem mi pamięci były koniczyny oraz konwalię – westchnęła jasnowłosa, splatając palce z mężem – Znaczenie koniczyny to nadzieja. A niezapominajek wiadomo… więc wciąż miałam to słowo w głowie. Nadzieja. I nie wiedziałam z czym się łączy, a gdy przyszłaś na świat… byłaś moją nadzieją, Hope.

- To w sumie jest ładna historia – stwierdził Nicolas, oblizując usta – A ja?

- Twój tata poznał przypadkowo w sklepie mugola, który wyjaśnił mu na czym polegają pralki.. – Arya zachichotała, kręcąc z rozbawieniem głową – Tak to mu zaimponowało, że nadał ci imię na jego cześć.

- No wielkie dzięki – mruknął Kol, uśmiechając jednak pod wpływem śmiechu siostry – Dobrze, że jednak nie pralka. Wtedy bym cię znielubił, tato.

- Co powiecie na partyjkę Monopolu? – Arya podniosła się, przeciągając i całując dzieci w czoła – Może dacie mi znów udowodnić, że jestem najlepsza? Przyniosę tylko swoją herbatę..

- Bynajmniej – Kol poderwał się by przynieść grę, a Hope i Blaise zostali sami w salonie. Mężczyzna przyglądał się córce, która nagle się uśmiechnęła i wskazała na radio.

- Czyż to nie twój głosik, tato? – Blaise jęknął, bo od razu rozpoznał singiel świąteczny sprzed kilku lat. Od pierwszej płyty jego kariera była spełnieniem jego marzeń. Mógł robić to co kocha i dzielić się tym z ludźmi, którzy ochoczo przyjeżdżali na koncerty. Oczywiście, gdy w końcu po kilku miesiącach odnalazł z Hermioną Aryę i Hope w USA, wszystko się zmieniło. Więcej czasu spędzał z rodziną niż na scenie, jednak nigdy nie zrezygnował. Do tej pory czasem robił koncerty, a wciąż nagrywał płyty. Dostał już wiele wyróżnień mugolskich, jak i magicznych. Jego dzieci żyły w świetle lamp nie tylko z powodu jego znajomości z Potterem czy Granger, ale i jego własnego nazwiska, które znało większość ludzi na świecie.

- Nie potrafię sobie wyobrazić jakby teraz wyglądało nasze życie, gdybyś nas nie znalazł – szepnęła, biorąc do ręki jabłko i je podrzucając.

- Znalazłbym was – zapewnił ją, wzdychając cicho – Zawsze i wszędzie. Znalazłbym was.

- Wierzę ci – przytaknęła, unosząc kąciki ust do góry – Kocham cię, tato.

- Ja ciebie też, brzdącu – odpowiedział szczerze i stanowczo, uśmiechając leciutko – A co słychać u Caleba?

- Tatooo, mówiłam byś nie próbował bawić się w swatkę – parsknęła, poprawiając rozczochrane włosy oraz rumieniąc – Wystarczy mi Teddy, który również nie rozumie słowa NIE. Jesteście naprawdę identyczni.  

- Od zawsze miałaś słabość do Teddy’ego – zauważył łobuzersko, w ostatniej chwili unikając jabłka, którym w niego rzuciła – Ale rozumiem, że się przestraszył tej agresji!

- Tato, miałam słabość, gdy miałam trzy latka, a jego włosy mogły być różowe! – jęknęła, uderzając teatralnie dłonią w czoło – Naprawdę od kiedy skończyłam siedem lat to się skończyło!

- No a Caleb…

- TATO, rozumiem, że oczekujesz wnuków, ale może zwróć się z tym do Kola? – zaproponowała ironicznie, prychając, gdy brat akurat wszedł do pokoju – Jemu prędzej uda się dostarczyć ci bobaska niż mi.

- Nicolas, czy ty..

- Och, błagam, pogawędki o seksie mieliśmy już jakiś czas temu – chłopak zaśmiał się, wyciągając plansze – Kwiatki i pszczółki, tak wiem, ciocia Herm z nami to przerabiała, gdy byliśmy mali.

- I strach Jamesa przed pszczołami potem – zachichotała Hope, wybierając swój ulubiony pionek i ustawiając na starcie – Przygotowałeś kolędy?

- Oczywiście, nie możemy popsuć tradycji – przytaknął, odsuwając krzesło żonie, która dołączyła – Kto przegra ten..?

- Robi rano śniadanie – dokończyła Arya, uśmiechając do dzieci – Gotowi na porażkę?

- Nigdy – odparli jednocześnie.

Blaise wybrał sobie pionek, pozwalając dzieciakom porozkładać wszystko. Co by było gdyby nie znalazł Aryi? Nie zobaczył obok niej malutkiej dziewczynki? Gdyby nie wróciły do niej wspomnienia? Nie miał pojęcia. Oni byli jego życiem. Całym. O tym kiedyś marzył z Hermioną, siadając rano w bibliotece i sącząc gorącą czekoladę. O tym marzył w czasie wojny, gdy walczyli o swoją przyszłość. To obiecał Ginny, której ostatnim nakazem było odnalezienie swojej miłości. Znalazł ją. Musiał.

- Wesołych świąt – mruknął do białego kocura Hope, który wskoczył mu na kolana – Wesołych świąt.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

Scorpius uwielbiał fakt, że święta od kiedy pamiętał wyprawiane były u nich w domu. Z opowiadań mamy wiedział, że kiedyś ten zaszczyt przypadał babci Molly, która de facto nie była ich prawdziwą babcią, ale kto dba o takie szczegóły? Jednak od wielu, wielu lat nie spędzali Bożego Narodzenia inaczej niż u nich. Kochał zapachy pysznych dań już z rana dobiegających z kuchni oraz niecierpliwe poganianie przez mamę by pomagali skrzatom przygotowywać stół. Dopiero dwie godziny przed przybyciem gości mieli czas dla siebie. Nie, nie był to moment na odpoczynek, a na właściwe przygotowanie. Tu Nathaniel zapomniał, gdzie zostawił marynarkę, a Toby szukał wszędzie ulubionej muchy. Cassie biegała w kółko, nie pozwalając im się ani ubrać, ani uczesać.

A jednak. Za każdym razem, gdy tata wołał ich na dół, schodzili ubrani oraz gotowi. Nathaniel w odnalezionej i wyprasowanej marynarce, Toby kończący poprawiać muchę pod szyją oraz Cassie prezentująca z dumą swoją kreację. Na koniec pojawiała się ich mama, wyglądając olśniewająco. Scorpius nie umiał zrozumieć jak jego rodzicielka zdołała utrzymać dobrą kondycję po czterech ciążach, a co dopiero przy tylu nerwach wyglądać tak młodo. Nie mogła się powstrzymać również przed poprawkami. Tu tacie wyprostowała krawat, jemu poły marynarki, Nathanielowi włosy, Toby’emu kołnierzyk, a Cassie rajstopki. Dopiero wtedy wchodzili do gotowego salonu, gdzie wcześniej przygotowany stół został ułożony w duże U.

Pierwsi od zawsze byli Weasley’owie. Babcia Molly ściskała ich, a później wraz z mamą uciekały do kuchni by upewnić się czy wszystko gotowe. Dziadek Arthur zagadywał chłopców i z chęcią przechodził do jadalni. Wraz z nimi przybywał wujek Bill z ciotką Fleur oraz trójką kuzynów, którzy oczywiście nie byli ich prawdziwą rodziną. Dwudziestotrzyletnia Victorie z ochotą łapała za lepką dłoń Cassiopeią i pozwoliła się zaciągnąć do pokoju i oglądać nowe miśki. Dominique z Louisem siadali z nim na sofie, prowadząc zwyczajną luźną pogawędkę. Rzadko kiedy zdarzało się by tuż za nimi nie pojawił się wujek Charlie z żoną Daphne oraz zakręconymi bliźniaczkami, które niczym kiedyś bracia Weasley’owie, słynęły z wielu psikusów. Wujek Percy z ciotką Audrey wraz z Molly i Lucy przychodzili spóźnieni pięć minut. Dziewczyny wpychały się na fotele z nimi, przynosząc nowe plotki. Ulubiony Nathaniela wujek Zabini zwykle głośną kolędą dawał znać o swojej obecności. Hope i Nicolas dołączali do nich przed kominkiem, a rodzice przechadzali się z kuchni do salonu. Nottowie przybywali równie hucznie, a Constantine z czapką Mikołaja przybijał wszystkim piątki. Młodsza Lyra wywracała oczami i wzdychała nad nieudanym bratem. Nathaniel Nott ze swoją ukochaną oraz dziećmi spóźniali się od ośmiu do dziesięciu minut, a maluchy biegły od razu do pokoju Cassie. Teddy najczęściej przychodził z Potterami, a James oraz Albus zdążyli się pokłócić w hollu czy lepsza jest herbata z imbirem czy z miodem. Dopiero babcia i dziadek Granger ich uspakajali, chociaż obaj zapominali o wszystkim, gdy tuż za nimi pojawiał się wujek George z Angeliną oraz Fredem i Roxy. Nikt nie zapomniał też o babci Zabini oraz Hutzach, którzy od niepamiętnych czasach spędzali z nimi święta. Prababcia Granger przyjeżdżała z wujkiem Ronem oraz ciotką Evelyn oraz Rosie i Hugonem. Luna oraz Neville mieli problem by zdążyć na czas przypomnieć zdjąć kurtki bliźniakom nim obaj wbiegali do salonu. Najwięcej chaosu robili wujkowie na przybycie wujka Marcusa oraz Milli, która ostrożnie ustawiała wózek mężczyzny przy stole, a później pomagała mu zdjąć płaszcz. Podobno wybudzenie wujka Flinta ze śpiączki odbyło się, gdy Milka miała niecałe cztery latka, a mężczyzna miał nie lada problem z pogodzeniem się i swojego stanu, i śmiercią żony. Na koniec gdzieś w tłumie łapała go babcia Narcyza, chociaż nigdy nie umiał stwierdzić, kiedy ona się pojawia ze zwykle towarzyszącą mu babcią Andromedą.

I tak jego uwagę od swojego przybycia pochłaniała tylko jedna osoba.

Lily.

Witała się z nim radośnie, ustawiając braci do pionu, a później ściskając biegnącą już do niej Cassie. Pozostałe maluchy skakały wokół dziewczyny, chcąc przyciągnąć jej uwagę chociaż na chwilę. Nie minęła minuta, a Teddy ją zagadywał, a Victoire omawiała z pozostałymi dziewczynami plany na ślub z Lupinem.

Było ich dużo. Bardzo. Zwykle około pięćdziesięciu siedmiu osób. Jego najbliższa rodzina. Nie licząc często dołączających rodziców cioci Aryi, Kingsleya czy chociażby rodziny Fleur.

Uwielbiał ten chaos, siadanie wspólne do stołu, składanie życzeń oraz w końcu kosztowanie pysznych potraw. Nie wiedział czy jeszcze lepsze jest późniejsze kolędowanie, gdy wujek Zabini zarządzał co śpiewają oraz brał gitarę, a często ciotka Astoria siadała do fortepianu. Śpiewali wszyscy radośnie, głośno oraz ochoczo. Często potem wchodzili na górę i zależnie od wieku zajmowali ich pokoje. Cieszyło go za każdym razem, gdy Lily na chwilę uwalniała się od maluchów i do nich dołączała, gdzie grali świątecznie w pokera bądź inną grę. Na dół zbiegali, gdy dorośli wołali, że pora deserów. Zwykle w ich czasie z komina wyskakiwał wujek Blaise w stroju Mikołaja, a najmłodsze dzieci z dużymi oczami przyrzekały, że są grzeczne. Rozdawanie prezentów trwało ciut powyżej godziny, nie mówiąc już o rozpakowywaniu oraz bieganiu by pokazać wszystkim upominki.

- Czy to pierwsze wydanie? – uniósł wzrok, łapiąc błyszczące szczęściem oczy Milki, która stała nad ciocią Pansy i podskakiwała – Naprawdę? Twój rękopis?

- Każda z nich – przytaknęła kobieta, podciągając do góry dużą skrzynkę z książkami – I są dla ciebie, kochanie.

- Nie mogę w to uwierzyć – piszczała dalej jasnowłosa, podbiegając do ojca by mu to pokazać, a potem do wujka Harry’ego – To pierwsze.. wszystko!

- Pokaż – Hope wyciąga ręce, łapiąc jedną z książek i przyglądając jej z ciekawością. Wszyscy wiedzieli, że od ponad dekady ciotka była uznawana za jedną z najlepszych pisarek. Podbijała serca czytelników swoją szczerością oraz pomysłami. Jednak najwięcej emocji wzbudziła publikacja tych książek, która oszołomiła czarodziei i zniewoliła mugoli.

- Naprawdę, czemu taki tytuł – jęknął najstarszy Potter, a zielone oczy zmrużył z niechęcią – Pans, co ja ci uczyniłem?

- Teraz nie tylko każdy czarodziej zna twoje imię, ale i każde dziecko, tato – James uśmiechnął się szeroko, unosząc jeden z tomów – Harry Potter i Czara Ognia, to moja ulubiona część.

- No dziękuję, synku, że lubisz czytać o tym jak twój tato został wrobiony i omalże nie zginął przez smoka – mruknął Harry, ignorując ich śmiech – Zrobiłaś tymi książkami furorę.

- A w tym roku zrobię kolejną – Pansy podniosła się, podchodząc do siedzącej na kolanach Draco Hermiony i wręczając im średniej wielkości prezent – Otwórzcie. To od nas.. wszystkich.
Scorpius podszedł bliżej jak jego bracia i większość rodzeństwa, przyglądając jak spokojnymi ruchami mama powoli rozdziera papier. Gruba książka nie zrobiła na nich wrażenia, ale gdy ujrzał wybity złotymi literami tytuł poczuł ciepło oraz jeszcze większą miłość do cioci. Jego mama zamrugała zdumiona, zerkając to na męża, to na przyjaciół.

- Przeczytaj tytuł – poprosił wujek Marcus, podjeżdżając na swoim wózku.

- Każdy z nas ma swój udział – dorzucił dumnie Teddy, czochrając stojącego obok Toby’ego – Ale oczywiście największy wy.

- Pansy.. dziękuję. I wam, kochani – Hermiona zagryzła wargę, a duże brązowe oczy zalśniły, gdy wpatrywała się w okładkę – Nie.. wiem co powiedzieć.

- Przeczytaj tytuł – wykrzyknęło kilka osób ze śmiechem, a kobieta ocierając jedną, samotną łzę spełniła ich prośbę.

- Dramione – dziś, jutro, na zawsze.


                                                                             Koniec

29 stycznia 2017

The future starts today, not tomorrow.

This is the end, beautiful friend...

Tak. 

To już ostatni rozdział tego opowiadania, przed nami pozostał już tylko epilog. Pozwolę sobie pozostawić pożegnania oraz podziękowania na epilog, ale jeśli to czytacie, to wiedzcie, że jestem również i Wam wdzięczna. Wasze komentarze, motywacje, uwagi są bardzo cenne i pozostaną ze mną już do końca podróży z pisaniem. 

Epilog pojawi się zapewne w przyszłym tygodniu, bo przede mną ostatnie poprawki. 

Dziękuję Wam, kochani, oraz mam nadzieję, że finałowy rozdział Was zadowoli. 

Wasza, 
Lupi♥









- To ja.

Powstrzymała złośliwy komentarz, widząc jego rozszerzone źrenice oraz przerażony wzrok. Dopiero po chwili odetchnął głęboko, opadając z powrotem na poduszki i zakrywając ramionami głowę, mruczał przekleństwa. Uśmiechnęła się leciutko, zrzucając ze stóp buty i podciągając kolana pod brodę. Objęła je, przyciągając do siebie oraz opierając policzek o kolano, przymknęła powieki. Wsłuchiwała się jak oddech chłopaka nareszcie zwalnia, a lista brzydkich określeń się kończy. Siedzieli w ciszy w ciemnym pomieszczeniu, a jej spięte mięśnie w końcu się rozluźniły.

- Herbata?

- Jesteś taki.. brytyjski – mruknęła, ale bez zbędnych następnych słów zsunęła się z łóżka i przeszła do kuchni. Zapaliła światło, zajmując swoje ulubione krzesło i wygodnie rozsadzając. Obserwowała jak znajomym gestem nastawia wodę, a potem wyciąga oba kubki. Przyglądali się sobie ciekawie do momentu aż czajnik nie zaczął piszczeć, a herbata nie stanęła przed nimi.

- A więc wróciłaś – westchnął, przeczesując ręką włosy i zerkając na zegar – O piątej nad ranem.

- Nie miałam gdzie się.. podziać – wzruszyła ramionami, przymykając powieki – Pomyślałam, że może.. mogłabym się tu zatrzymać.

- Zawsze moje drzwi będą stać dla ciebie otworem – odpowiedział ciepłym głosem, unosząc brwi – Wybacz, ale nie chcę mi się wierzyć, że nie masz gdzie się podziać. Twoja siostra, przyjaciele.. Harry?

- Spotkałam ich – wyznała, zagryzając dolną wargę z namysłem – Byłam wściekła i przerażona, a Harry.. Harry, Dudley, był taki blady i wykończony. Nikomu nie powiedział, gdzie mnie ukrył oraz zapewne przyszedłby dopiero za miesiąc, gdy sytuacja się unormuje.. – zamrugała, odwracając spojrzenie – Widziałam Hermionę i Draco, Blaise’a, a nawet Pansy jak spała. Uciekłam Teodorowi, ale Harry’ego nie mogłam zignorować, a potem powiedzieli nam o Milli i.. Marcusie..

- Spokojnie – wyciągnął dłoń z chusteczką, wiedząc że nie ma zamiaru teraz dać się uspakajać – Może zacznij od początku?

- Moja najbliższa przyjaciółka wydała chłopaka, którego kocham i nas wszystkich największym łotrom. To jest początek i to jest koniec – warknęła, podnosząc się i uderzając dłońmi o blat z wściekłością – Ufałam jej! Kochałam ją! Kurwa! Opowiadałam co u nas a ona… ona wykorzystywała nas do swoich celów? Wydała nas! Na pewną śmierć! – krzyknęła, zrzucając wazon na podłogę a później nie panując już całkowicie wywróciła również stół i krzesła. Bez opamiętania zaczęła rzucać meblami oraz naczyniami o ściany i podłogi. Krzyczała, krzyczała najgłośniej jak potrafiła, zdzierając gardło i wywołując chaos w pomieszczeniu. Zawyła z bólu oraz rozpaczy, opadając po kilku szaleńczych minutach na kolana i zwijając w kulkę, zaczęła płakać. Wylewała łzy za całą tą wojnę, za ludzi których stracili, za rannych, za nich.

- To marne pocieszenie, ale wszystko się ułoży – Dudley w końcu kucnął przy niej, biorąc ją w ramiona i lekko kołysząc – Już jest dobrze, Ast, już jest dobrze.

A ona płakała. Szlochała nad tym, że miłość do Milli zmieniła się w czystą nienawiść.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

- Jak tylko stąd wyjdziesz, to pojedziemy po nią razem.

Harry stanął w cieniu, gładząc delikatny materiał Peleryny Niewidki. Wraz z aurorami i przyjaciółmi przybył do szpitala, ale później ukrył się pod peleryną by w spokoju przejść tam, gdzie chciał. Obserwował z ciekawością jak deszcz uderza o szyby, zostawiając różne smugi. W pomieszczeniu paliła się tylko jedna lampka, gdyż światło raziło zmęczone oczy dziewczyny. Obserwował z ciekawością jak mulat nachylony nad nią, gładzi bezwiednie blade ramię pacjentki i uspakaja ją tym samym.

- Weźmiemy może małą ze sobą i oczywiście Hermionę, a potem wyruszymy znaleźć jej rodziców oraz Aryę – kontynuował cierpliwie i stanowczo Blaise, snując dalej swoje plany – A jak nam się spodoba to pozwiedzamy kilka miejsc nim wrócimy, hmm?

- Co powiesz jak ją znajdziesz?

- Nie wiem czy ją znajdę – odpowiedział szczerze, spuszczając głowę – Her chce zacząć poszukiwania, gdy najgroźniejsi śmierciożercy zostaną złapani, więc minie jeszcze kilka miesięcy… ale chociaż są bezpieczni.

- Znajdziesz ją – stwierdziła pewnie, unosząc z trudem koniuszki ust – Twoje serce zawsze należało do niej. Więc ją znajdziesz… co wtedy jej powiesz?

- Że ją kocham i chcę by za mnie wyszła? – przewrócił oczami, gdy zachichotała – Co?

- Może najpierw zwrócisz jej wspomnienia? Nim padniesz z pierścionkiem do stóp – poradziła mu rozbawiona, przymykając powieki – Razem z Hermioną na pewno ich znajdziecie i.. będzie dobrze.
Harry oparł się wygodniej o ścianę, powstrzymując od westchnięcia. Tak. I Hermiona, i Blaise pragnęli odnaleźć już najbliższych. Jednak gryfonka od razu zapowiedziała, że nie zrobią tego teraz. na pewno nie, kiedy poplecznicy Czarnego Pana wciąż gdzieś się chowali. Chcieliby zranić Harry’ego i bliskie mu osoby. A oni i utrata ich bliskich byłaby ciosem wymierzonym w niego po przez nich.

Nie.

Jeszcze nie czas na szukanie rodziny. Póki co musieli być ze sobą. Byli dla siebie rodziną. Nie mógł się nacieszyć powrotem na Grimmlaud Place 12. Kiedy wszedł do swojego pokoju naprawdę poczuł się jak w domu. Jak na jego gust grasowało tam wtedy jeszcze zbyt wiele ludzi, ale przenieśli bazę Zakonu do Nory, a jego kamienicę pozostawili w spokoju. Ileż on się nasłuchał krzyków od Daphne, gdy wciąż nie zdradził miejsca obecności jej siostry. Charlie musiał ją uspakajać długie godziny nim w końcu zrozumiała, że on ją tylko chroni.

- Blaise.. – przeniósł wzrok na dziewczynę, która przerwała w pewnym momencie mulatowi – Czy mógłbyś może zdobyć dla mnie galaretkę truskawkową?

- Och, jasne – ślizgon poderwał się, bo ostatnio ciężko było w nią wmusić cokolwiek. Teraz nachylił się muskając wargami jej policzek nim niemalże biegnąc wyszedł z pomieszczenia. Brązowe oczy przesunęły się od drzwi, a blade usta wykrzywiły w grymasie.

- Wiem, że tu jesteś – szepnęła, zamykając powieki i wzdychając – Zawsze wiem, gdy jesteś blisko.

- To troszkę przerażające – powiedział z łobuzerskim uśmiechem, ściągając posłusznie Pelerynę i wsuwając ją do kieszeni. Usiadł na brzegu łóżka, wyciągając dłoń i muskając delikatnie jej rękę – Jak się czujesz?

- Jakbym miała zaraz wsiąść na miotłę i wygrać mecz – prychnął na ten komentarz, gdy leniwie się przeciągnęła, znów na niego zerkając – Co cię męczy?

- Przyszłość – przyznał, marszcząc brwi – Czyż to nie ironia? Wcześniej ścigała mnie myśl o przeszłości, a teraz lękam się o przyszłość?

- Życie to jedna wielka kpina, nie nauczyłeś się jeszcze tego? – mruknęła, biorąc głęboki wdech i poprawiając na poduszkach – Nie powinieneś się martwić o przyszłość. Wiem, że jest przerażająca bo jej  nie znasz, ale to ty też ją tworzysz.

- A co jak.. zabłądzę? Co jeśli jednak jestem podobny do… Voldemorta? – wyszeptał, a zielone oczy błysnęły strachem – Nie chcę.. nie chcę stać się chociaż w jednym procencie do niego podobnym.

- Już jesteś, Harry, do niego podobny i to bardziej niż w jednym procencie – zaśmiała się chrapliwie, posyłając mu uspakajające spojrzenie – Znam go w jakimś stopniu co ty. I przypominasz jego pod kątem potęgi, siły oraz ciekawości. Ale jesteś inny… masz przyjaciół i rodzinę. Nie zbłądzisz jak..

- Tom – podpowiedział, kiwając głową ze zrozumieniem – Przez jedną sekundę czułem to co on i.. widziałem to co on. Nasze umysły się połączyły, gdy mnie zabijał i… byłem nim. I to nie było straszne aż tak a.. smutne.

- Tom Riddle był skrzywdzonym dzieckiem – uśmiechnął się krzywo, gdy uniosła brew – No co?

- Tylko ty i ja potrafimy o tym rozmawiać, bo nikt inny go nie.. poznał jak my – pokręcił głową, wzdychając ciężko – Ty poprzez dziennik, ja przez więź. Rozumiemy go inaczej niż inni, a jednocześnie.. nie rozumiemy.

- To skomplikowane – stwierdziła, przymykając powieki – Chce mi się spać.

- Mam pójść?

- Nie, wolę byś tu został – przesunęła się kulawo, robiąc mu miejsce obok siebie – Ty też powinieneś się przespać, Harry.

- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – zażartował, kładąc ostrożnie obok niej i biorąc ją w objęcia. Ułożyła głowę na jego ramieniu, okrywając się szczelniej kołdrą – Opowiedz mi coś jeszcze o lataniu.

- Wyszlibyśmy na boisko, wsiadając na te stare i nieposłuszne miotły – wyszeptała, uśmiechając ciepło i zamykając oczy – Wiatr by szumiał w uszach, gdy lecielibyśmy w górę. Włosy wpadałyby do oczu, ale.. ta wolność i możliwość zrobienia wszystkiego.. och, Harry, chcę znów latać.

- W powietrzu wydaje się być niepokonanym i otwartym na świat. Hogwart wygląda inaczej, uczniowie na błoniach… widzisz Hermionę nad jeziorem z książką na kolanach? – snuł ich wizję, zaplątując na palce rude kosmyki – A Ron siedziałby na trybunach mecząc ze strojem obrońcy. Neville i Luna wracają od Hagrida.

- A ślizgoni grają w eksplodującego durnia – przytaknęła, biorąc chrapliwy oddech – Charlie i Bill sprzeczają się kto jest sędzią, a Percy i George nabijają z niezdarnego Rona. A my.. my lecimy? Czujesz wiatr, Harry? Czujesz się.. wolny?

- Jesteś zimna – powiedział, obracając by móc na nią spojrzeć i przykładając palce do jej policzka. Zatrzepotała powiekami, odnajdując jego zaskoczone oraz niepewne oczy. Uniosła koniuszki ust, przykładając palec do warg – Ginny?

- Chcę latać.. kiedy latam mogę wszystko – szepnęła, posyłając mu niewinne spojrzenie – Harry, polataj ze mną. Proszę, lećmy wyżej i wyżej.

- Dobrze – przytaknął, wciskając alarmowy przycisk i nachylając nad półprzytomną dziewczyną – Ginny? Poczekaj na mnie, dobrze?

- Tylko jeden, Harry.. tylko jeden raz, proszę – wyszeptała, a samotna łza spłynęła po bladym policzku – Kocham cię, wiesz? Kocham cię tak bardzo.

- Gin? – zmarszczył brwi, przybliżając twarz do jej twarzy – Ginny, o co mnie prosisz? Zaraz przyjdzie uzdrowiciel i…

- Pocałuj mnie. Tylko raz – prosiła, a nieobecne spojrzenie na chwilę się wyostrzyło – Raz.

- Tylko nie odlatuj beze mnie – zażądał stanowczo, spełniając jej prośbę i łącząc ich usta w delikatnym pocałunku. Wargi Ginny były chłodne oraz smakowały eliksirami, a szczupłe palce, które wplotła w jego włosy były zdecydowanie zbyt chude. Pozwolił jej rozchylić usta, czując trzepiące w jej piersi serce. Wciąż czuł gorycz i szok, jak po wybudzeniu się, kiedy usłyszał, że najmłodsze dziecko Weasleyów leży na intensywnej opiece z nierozpoznawalną klątwą.

- Harry? – szepnęła, gdy się odsunął, a jej ręka opadła bezsilnie na materac – Miałam piękny sen, wiesz? Śniło mi się, że latamy, wiesz?

- Wiem, wiem – przytaknął, rzucając okiem na drzwi i błagając w myślach by w końcu ktoś tu przybiegł – Co jeszcze było w twoim śnie?

- Pocałowałeś mnie, wiesz? A ja cię kocham – wymamrotała, odchylając na bok głowę i uśmiechając do ściany – Och, Harry, czy to Fred z nami leci?

- Fred? – powtórzył ze zgrozą, marszcząc brwi – Nie, Gin, to nie jest Fred.

- Tak, to on – zachichotała cicho, spoglądając na niego a potem znów za jego ramię – Mówimy, że możemy latać, lecisz ze mną, Harry? Ja chce tylko latać.. polataj ze mną, proszę.

- Ginny…

- Tylko raz… jeden pocałunek.

Przyciągnął ponownie jej głowę do swojej, całując mocno. Chciał by skupiła się znów na nim, tylko na nim, a nie na lataniu. Tym razem nie zareagowała tak ochoczo, a jej ręce nie uniosły się. Czuł jak jego serce wali mocno, gdy raz po raz muskał jej usta. Wiedział, że ona lata. A on nie może już jej zawrócić.

- Panie Potter?

Kiedy usłyszał w końcu lekarzy, odsunął się. Widział policzki usiane piegami, tak jak i nos. Opuchnięte trochę wargi, wciąż blade i suche. Oraz oczy. Duże, sarnie oczy wpatrzone w sufit. Zamarły, przysłonięte mgiełką, gdy ostatni oddech opuścił jej płuca. Został odepchnięty na bok, gdy trójka lekarzy rozpoczęła reanimację. Odsunął się na klęczkach, widząc jej szczupłą dłoń zwisającą z brzegu łóżka. Widział rude pukle rozłożone na poduszce, błyski zaklęć, gdy wciąż starali się coś zrobić.

Bez potrzeby.

Podniósł się z wyczerpaniem, przechodząc przez drzwi na drżących nogach. Zatrzymał się, przyglądając zdumionym ludziom. Usłyszał wrzask Rona, który uderzył dłońmi o szybę, przez którą widział leżącą siostrę. Zobaczył jak twarz Molly robi się trupia, a Artur jęczy zbolały. Otworzył usta, gdy szczupłe ramiona owinęły się wokół niego, a brązowe włosy wpadły mu do buzi.

- Ja..

- Wiem – przerwała mu, przyciskając usta do jego własnych i całując mocno – Wiem i rozumiem.. widziałam wszystko. Tak mi przykro, Harry.

- Ona.. ja… ona nie żyje – powiedział cicho, marszcząc brwi – Nie żyje. Mała, słodka Ginny…

- Tak mi przykro.. przepraszam – mamrotała, mocno go obejmując. Zacisnął wokół niej ramiona, opierając podbródek o czubek jej głowy i łapiąc zdumione oraz smutne oczy niespodziewanej osoby. Pozwolił jednak objąć się i jemu, czerpiąc teraz siłę od bliskich. Usłyszał wcześniej niż ujrzał cichy okrzyk Hermiony, która złapała się za brzuch i upadła na kolana, gdzie zwinęła się w ramionach Blaisea, któremu wypadła z dłoni galaretka.

- Ona nawet nie lubi truskawkowej galaretki – szepnął, a zielone spojrzenie Astorii złagodniało.

- Teraz jest już szczęśliwa – zapewniła go.

- Lata.

Latasz teraz z Fredem, tak, Gin?

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

Zmieniła się.

Przyglądała się trochę ciekawie, a ciut ze smutkiem znajomej-nieznajomej w lustrze. Wciąż miała brązowe loki, nieujarzmione i dziko poskręcane, ciężko opadające na plecy. Jej twarz się stała szczuplejsza, kości ostrzej zarysowały, a ona wcale nie była pewna czy jej się to podoba. Ramiona spięte, kilka siniaków zdobiło obojczyki. Była zdumiewająco blada jak na tą porę roku. Delikatny zarys mięśni od ciągłych wędrówek, ucieczek oraz walki przypominał jedynie o ciągłym cierpieniu. Wciąż miała okropne blizny na żebrach od tortur Bellatrix, ale lekarze zapewnili ją, że w końcu nie zostanie po nich ślad.

Jednak najbardziej zmieniły się jej oczy.

Były bardziej.. chłodne, podejrzliwe oraz smutne. Dotknęła palcami chłodnej szyby, starając wyrzucić z głowy wszystkie potworności, które musiała oglądać. 

To się już skończyło. Skończyło.

Nasunęła na siebie po raz pierwszy od ostatnich tygodni zwyczajne sprane spodnie oraz bluzę, zamiast czarnych, prostych sukienek. Wczoraj odbyli ostatni pogrzeb, Lupinów. Niemalże dzień w dzień chodzili na ceremonię pochówków znajomych, jak i nieznajomych ludzi. Stali na mrozie, stali w słońcu i patrzyli na obecnych, na nagrobki.

- Zrobiłam herbatę – Astoria uśmiechnęła się do niej blado, gdy w końcu zeszła do salonu. Podziękowała cicho, przyglądając przyjaciołom.

Harry siedział na swoim ulubionym fotelu, przyglądając jednocześnie leżącemu w kojcu przy kominku Teddy’emu. Od kiedy syn Remusa został wzięty przez Pottera na ręce nie znikał z ich domu. Harry zaproponował Andromedzie by powróciła do starego pokoju, ale kobieta wolała pozostać u siebie. Jednocześnie zgodziła się by to Harry zajął się wnukiem, oczywiście, z jej pomocą. Widać również ona zauważyła to co Hermiona. Maluch od pierwszej chwili wywołał u Harry’ego uśmiech i spokój. Zielone oczy przestały błyszczeć złością, a zmieniły się w ciepłe oraz skupione. 

Teraz również Wybraniec obserwował śpiącego chłopczyka, którego włosy wciąż zmieniały kolory.

Blaise przysiadł na kanapie, wpatrując się ze smutkiem w swoje dłonie. Czarne włosy opadały mu na oczy, a ona odhaczyła w myślach by wysłać go do fryzjera. Nie ogolił się przez co przypominał niedbałego, melancholijnego muzyka, a jego palce wybijały niespokojny rytm. Wiedziała, że rozumie czemu wciąż nie pojechali po najbliższych. Ustalili, że zrobią to po Nowym Roku, gdy chociaż połowa szmalcowników, śmierciożerców i złoczyńców zostanie schwytana. Ale nie zmieniało to faktu, że tęsknota za Aryą sprawiała, że stawał się smutny oraz zagubiony.

Teodor, który właśnie zszedł ze schodów wyglądał ciut lepiej. Włosy zaczesał niechlujnie do tyłu, ale jego twarz nie była poszarzała. Oczy jaśniały, jak za każdym razem po zabawie z Nathanielem, którego powrót do zdrowia był ich jednym z największych sukcesów. Chłopczyk czytał teraz w swoim pokoju książki, pozwalając im zająć się sobą. Nott wciąż nie pogodził się ze śmiercią najbliższych, ale po kilku dniach, gdy w końcu pozwolił sobie na rozpacz i przepłakał godziny w jej ramionach.. uspokoił się.

Draco zajął miejsce za fortepianem, grając stonowaną melodię. Przypominał znów w jakimś stopniu dawnego siebie w przyciętych włosach, ogolonych policzkach i czystych, niepogniecionych ubraniach. Jak powiedział tak zrobił i zamieszkał w drugiej willi Malfoyów. Narcyza została od razu ułaskawiona przez Harry’ego i bez zbędnego procesu wyciągnęli ją z Azkabanu. Ojciec Draco czekał jednakże na posiedzenie sądu, gdyż jego win nie mogli odpuścić sami. Młody arystokrata i tak większość czasu spędzał u nich.

Astoria była nieswoja. Ostatnio wciąż nerwowo się wzdrygała, rozglądając wokół. Była wściekła na nich, gdy spotkali się w Mungo po Bitwie. Nakrzyczała oraz skomentowała ich głupotę, że jej nie wezwali. Na nic zdało się przypomnienie, że ona wciąż kuleje i nie doszła do siebie. Greengrass była zła. Bardzo. Później zniknęła, ale powróciła idealnie na najgorszy czas dla Harry’ego. Zabrała ich do domu po śmierci Ginny i już nie zniknęła. Teraz zielone oczy migotały niezadowoleniem i strachem, gdyż sama dziewczyna nie chciała spotkać się w tym celu.

Koperty.

Leżały na stole, gdzie przyniósł je Zabini. Nie otworzył żadnej, oprócz jednej kartki leżącej na wierzchu i zgiętej na pół. Nikt ich nie ruszał, ale w końcu zgromadzili się przy stole, w najbliższym gronie by wypełnić ostatnie życzenie Millicenty.

- Ta jest do Pansy – podniosła jedną z zapieczętowanych, odkładając na bok. Jak Parkinson zapowiedziała nie wróciła z nimi. Wyparowała tego samego wieczora co przybyli aurorzy by ich eskortować. Zabronili wzbudzać paniki, wiedząc, że ślizgonka sama uciekła i nikt jej nie porwał. Póki co dostali tylko jedną pocztówkę z Rzymu, gdzie zapewniała, że jest wszystko u niej w porządku.

- Draco – podniosła kolejną, podając ślizgonowi, który usiadł już na wolnej sofie i odebrał list. Rozdawała wszystkim, ale jedynie Astoria nie chciała wziąć. Nie przymusiła jej, pozwalając kopercie wrócić na stół. Zostały dwa listy.

- „Blaise, wiem, że właśnie łamię obietnicę, ale nie mogę czekać. Śmierciożercy dali mi czas do dziś, a ja nie potrafię pozwolić Marcusowi zginąć. Nie teraz, gdy właśnie na świat przyszła nasza córeczka. Proszę, zaopiekuj się nią. I proszę nie idź za mną. Bardzo Cię kocham i mam nadzieję, że wrócę szybciej niż Ty i spalę ten list. Milli.”

- Jak tępym trzeba być by pójść do obozu śmierciożerców bez wsparcia i ufać ich słowom – Astoria uniosła brwi, gdy spojrzeli na nią z żalem i złością – No co? Taka prawda. Była idiotką.

- Toria..

- I zdrajcą – dokończyła zimnym głosem zielonooka, podnosząc się i wbiegając schodami na piętro. Zapanowała cisza, przerwana jedynie cichym westchnieniem Harry’ego.

- Otwórzmy ten bez niej w takim razie – poprosił Blaise, wskazując ostatni list. Hermiona wyciągnęła rękę, chwytając list i spokojnym ruchem otwierając go. Wyciągnęła prostą kartkę, zapisaną pochyłym pismem ślizgonki – „Moi kochani, jeśli to czytacie to znaczy, że nie żyję. Widać mój plan odbicia Marcusa musiał być jednak równie kiepski jak przypuszczałam. Ale proszę zrozumcie, że nie mogłam go zostawić. Nie mogłam żyć z myślą, że każdego dnia, kiedy się nie zjawiam oni wbijają w niego sztylet, rzucają Crucio bądź oni go torturują. Musiałam to zrobić. Proszę, wybaczcie mi wszystko. I błagam pomóżcie Marcusowi zająć się naszą córeczką, a jeśli on również zginął umarł nie przeżył, to wy zaopiekujcie się nią. Kocham Was wszystkich. Wasza, Milli.” 

- Tęsknię za nią – wyszeptał w końcu Harry, gdy przestała czytać i odłożyła kartkę. Drżące dłonie wsunęła między uda, starając się uspokoić. Skinęła głową, pozwalając jednej samotnej łzie spłynąć po policzku. Ona też tęskniła za tą radosną, słodką dziewczyną.

- Co zrobimy z dzieckiem? – zapytał Blaise, chowając twarz w dłoniach – Marcus żyje..

- Ale jest w śpiączce i nie wiadomo czy się wybudzi – mruknął Draco, podnosząc i podchodząc do okna by wyjrzeć na zewnątrz – Rodzina Milli nie żyje, a Flintowie w trafili do Azkabanu.

Hermiona zagryzła wargę. Tak naprawdę wszyscy byli zbyt młodzi by zająć się dzieckiem. Ona wciąż planowała powrót do Hogwartu wraz z Astorią najprawdopodobniej. Harry przyjął propozycję Kingsleya i rozpoczynał kurs aurorski, a Draco staż w Mungo. Blaise chciał nagrać chociaż jedną płytę, szczególnie teraz, gdy po przez muzykę uczył się wyładowywać uczucia po wojnie. Pansy wyjechała, a Teodor miał na głowie młodego Nathaniela oraz zastanawiał się czy nie dołączyć do Pottera. Sam fakt, że mieszkał u nich teraz Teddy był szokujący, ale wszyscy wiedzieli, że maluch będzie również pod opieką Andromedy.

- Moja mama się nią może jeszcze zająć – szepnął w końcu Zabini, wzruszając ramionami – A potem.. się ułoży.

- Na pewno – stwierdziła Hermiona, spoglądając na siedzącego tuż obok niej Malfoya, który objął ją ramieniem. Podciągnęła nogi na sofę, układając stopy na kolanach Teodora i wygodnie sadowiąc. Blaise sięgnął po gitarę, delikatnie muskając palcami struny. Harry poszedł do kuchni przygotować posiłek dla  Teddy’ego, który wciąż słodko drzemał. Położyła głowę na torsie jasnowłosego, przysłuchując się mocnemu biciu jego serca. Czuła jak napięte mięśnie powoli się rozluźniają, a chłopak w końcu bierze spokojny wdech.

Zapomnieli.

Zapomnieli przez ostatnie miesiące jak to jest być.. bezpiecznym. Bezpiecznym, spokojnym, na widoku. Wystarczyło, że Teo zrzucił w kuchni kubek by Harry i ona ściskając różdżki wparowali do pomieszczenia gotowi na pojedynek. Wystarczyło by Draco wszedł bez zapowiedzi do domu, a oni stawali się niepewni, przyczajeni po kątach w razie ataku.

A teraz muszą sobie przypomnieć.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

- Będziemy pisać codziennie, obiecuję.

- Może jednak zostanę? – zaproponowała nieśmiało, zerkając na czekając pociąg, a później obracając w kierunku chłopaka. Nie mogła powstrzymać uśmiechu na widok jego eleganckiej, czystej szaty oraz koszuli, gdyż dzisiaj i on zaczynał swój staż. Jasne włosy odgarnął do tyłu, a jego oczy błyszczały smutkiem, ale i stanowczością.

- Nie, już postanowiliśmy, pamiętasz? – spuściła wzrok, ale nie mogła się powstrzymać bez długiego patrzenia na niego. Nie teraz, gdy znów mieli się rozdzielić. Prawdopodobnie dostrzegł jej rozterki w oczach, gdyż bez zbędnych słów wsunął palec za sprzączkę jej spodni i przyciągnął do siebie. Stanęła na palcach, oplatając ramionami jego szyję by nie dzieliły ich chociażby milimetry. Jego usta smakowały czekoladą oraz miętą, co jej bardzo odpowiadało. Ugryzła go zaczepnie w dolną wargę, wywołując cichy pomruk u ślizgona. Pragnęła go. I naprawdę wizja dokończenia nauki w Hogwarcie przestała ją już zadowalać.

- Niedługo się zobaczymy – wychrypiał jej do ucha, wtulając twarz w jej włosy – Obiecuję. Nie dam ci spokoju.

- Zero seksownych stażystek – wysyczała, robiąc krok w tył i rzucając okiem na swój kufer – Zero seksownych stażystek, sekretarek i uzdrowicielek.

- Zero przystojnych uczniów, nauczycieli czy romansów z gryfonami – uśmiechnął się, gdy pokręciła głową – Uśmiechnij się, skarbie, wracasz do swoich książek.

- Wolałabym zostać chyba z tobą – skrzywiła się cierpko, a po chwili chichocząc na jego powątpiewającą minę – No dobrze. Ja jadę ukończyć Hogwart, a ty podbijasz szpitalne korytarze.

- I piszemy codziennie – dodał, podprowadzając do wagonu i stawiając na podłodze jej kufer by nie musiała się schylać. Hermiona złapała za rączkę, pociągając bagaż za sobą, a później wchodząc do wybranego przez siebie przedziału. Przyglądała się jak jasnowłosy wsuwa kufer na półkę, a później staje przed nią z leciutkim uśmiechem. Chłodne opuszki musnęły jej policzek, kiedy pogładził kciukiem jej wargi.

- Kocham cię – wyszeptała, chwytając zębami palec arystokraty i sprawiając, że jego kąciki ust uniosły się jeszcze wyżej – Bardzo.

- Wiem. A ja kocham ciebie. Bardzo – zerknął przez okno, krzywiąc z niezadowoleniem – Muszę iść.
Podążyła za jego spojrzeniem na czekającą na blondyna obstawę. Aurorzy ustalili z nimi, że dziewczyna musi na peronie pojawić się jako pierwsza by dziennikarze oraz pozostali czarodzieje nie utrudniali wyjazdu. Zgodnie z planem była o trzy godziny wcześniej, siedząc z Draco na ławce i przyglądając podstawianemu pociągowi. A teraz chłopak musiał wracać.

- Do zobaczenia wkrótce – powiedziała w końcu, splatając ich palce ze sobą oraz całując go tym razem delikatnie oraz słodko – Pamiętaj, że jesteś najlepszy. Cokolwiek by nie mówili. Jesteś najlepszy. I jesteś mój.

- Tylko twój, Mia – potwierdził, muskając wargami jej czoło oraz wycofując. Stanęła przy oknie, obserwując jak wychodzi na peron a później ostatni raz jej macha. Uśmiechnęła się, przykładając dłoń do szyby oraz wpatrując w jego plecy póki przydzielony auror nie teleportował się z nim. Usiadła na swoim miejscu, zasłaniając jednocześnie zasłonką okno. Nie chciała zbędnych gapiów. 

Wracała do Hogwartu.

Wracała.

Nie była pewna czy się odnajdzie. Nie wspominała o tym Malfoyowi, bo nie chciała dawać mu kolejnych zmartwień. Jednak z trudem wyobrażała sobie rok bez towarzystwa Harry’ego czy Rona. Bez nich Gryffindor już nie był całkowicie ten sam. Nie był już tak dobrym dla niej domem. Nie było przecież dnia by się z nimi nie widziała. Teraz nic nie będzie takie samo.

- Nie rób takiej miny, Hermiono, bo pomyślę, że robi ci się niedobrze na myśl o szkole.

Wpatrywała się z zaskoczeniem w chłopaka, który bez słowa usiadł na miejscu naprzeciw niej, a chwilę po nim to samo zrobił drugi niezapowiedziany towarzysz. Jej serce zabiło na minutę szybciej, jednak gorycz rozczarowania je uspokoiła, gdy zauważyła, że mimo ich obecności nie mieli ze sobą bagażu.

- Boję się – przyznała w końcu, zaciskając dłonie w pięści i spuszczając wzrok – Boję się, że to będzie zbyt wiele. Te korytarze, błonia.. wielka sala. Boję się, że będzie tam za dużo osób. Wspomnień. Ludzi. Wszystkiego.

- Nie możemy uciekać od przeszłości, bo nie dogonimy przyszłości – spojrzała ze zdziwieniem na ciemnowłosego, wymieniając z rudym równie niedowierzające spojrzenia – No co? To słowa Erica, ale są.. prawdziwe.

- Już myślałem, stary, że wstąpił w ciebie duch Dumbledore’a – parsknął Ron, a jego oczy pierwszy raz od tygodni błysnęły szczerym rozbawieniem – Herm, nie bój się. Gdybyśmy my wątpili w twój wybór nie wyruszyłabyś teraz do Hogwartu. Ale nie masz się czego obawiać.

- A w razie czego możesz zawsze znaleźć w Zakazanym Lesie starego Forda i wrócić – zauważył niewinnie Harry, przewracając oczami na jej parsknięcie – Dasz radę, dziewczyno. Astoria dołączy do ciebie za kilka tygodni, jak tylko z Daphne uporządkują do końca.. sprawy.

- Rok szybko zleci, a my będziemy się widywać – dorzucił Ron, kopiąc ją delikatnie w kostkę – Wzięłaś wszystkie podręczniki?

- I ubrania?

- Mundurek?

- Szczoteczkę?

- Żebyś tylko nie pisała już w pierwszym tygodniu, że drobniaki ci się skończyły – pogroził jej Ron, unosząc obie brwi – Chociaż z tym to i tak do Malfoya, nie do nas.

- Pamiętaj kim jesteś – Harry przytulił ją mocno, opierając brodę na czubku jej głowy – Jesteś najmądrzejszą czarownicą naszego pokolenia.  

- Jesteś cholerną Hermioną Granger i  koniec – rudzielec również ją uściskał, a później ostatni raz stanęli razem w przedziale. Harry Potter, Hermiona Granger oraz Ronald Weasley. Ile to już lat minęło od kiedy po raz pierwszy się tu spotkali? Dokładnie wybrała ten sam przedział, który zajmowali od zawsze. Teraz też usiądzie na swoim stałym miejscu, wyciągnie książkę i.. przygotuje się na Hogwart.

- Naprawdę jesteś Harrym Potterem? – Ron przerwał ciszę, wsuwając dłonie do kieszeni.

- Tak – odpowiedział Harry z uśmieszkiem, unosząc dłonią ciemne pukle by pokazać pobladłą już bliznę.

- Czy ktoś nie widział ropuchy? Neville zgubił swoją – dodała od siebie, przybierając swój dawny dziecinny ton głosu – Och, robicie czary? No to popatrzymy.

- Słoneczko, masełko, stokrotki żółciutkie
Cyraneczko, żądełko, pieniążki złociutkie,
Zmieńcie szczura tego, głupiego, tłustego,
W szczura mądrego i całkiem żółtego!


Wyrecytowali wspólnie, a Hermiona kolejny raz odczuła wyjątkowość tej chwili. Ron parsknął śmiechem, a Harry uśmiechnął się jeszcze szerzej. Kiedy odtworzyli chwilę ich wspólnego pierwszego spotkania… gdyby tylko wiedziała jak to wszystko się potoczy, każdy moment doceniałaby jeszcze bardziej. Teraz nie zostało jej nic niż dziękować za te lata i modlić się do Merlina o kolejne. Chłopcy chwilę postali, ale niestety i oni musieli ją opuścić. Usiadła z powrotem na swoim miejscu, opierając głowę o zagłówek i przymykając oczy. 

Czy tak się czuł Remus, gdy wracał po raz pierwszy od dawna do Hogwartu bez swoich najbliższych przyjaciół?

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

- Daj spokój – wysyczała, gdy dziewczyna stojąca obok wyprostowała się i zmarszczyła brwi z niechęcią na widok przybyłego – Czemu się na niego wściekasz?

- Mógł mi powiedzieć. Mógł mi powiedzieć gdzie jest moja siostra, a nie milczeć z głupiego uporu – wycedziła jasnowłosa Greengrass, mrużąc powieki, gdy zielonooki na jej widok jedynie lekko się skrzywił – Potter.

- Cześć, Daph, wciąż mnie nie lubisz? – Harry zerknął na rezydencję przed którą stali, a później mniej pewnie na obie kobiety – Czy na pewno..

- Tak – Astoria zacisnęła usta, wyciągając różdżkę i stukając w bramę, która otworzyła się ze zgrzytem. Harry jedynie skinął głową, idąc za obiema dziewczynami, które pewnym krokiem przecinały podjazd. Pałacyk w stylu wiktoriańskim zadziwiająco mu się spodobał. Preferował raczej mniejsze domy, ale ta budowla miała w sobie pewien urok, któremu nawet on nie był obojętny. Stanęli przed dużymi, zdobionymi, drewnianymi drzwiami, a młodsza Greengrass zacisnęła palce na kołatce i zastukała.

- Pani z paniczem oczekują państwa w salonie – powiedziała młoda dziewczyna, która przepuściła ich w drzwiach. Harry z ciekawością przyjrzał się jej schludnemu mundurkowi oraz mdłym oczom, które wciąż trzymała spuszczone.

- Trafimy sami, Eloise – Daphne zdjęła płaszcz, podając go jednemu z czekających skrzatów – Dziękujemy.

- To.. dziewczyna? – zapytał, widząc krzywy uśmiech obu sióstr.

- Tak, Harry, to dziewczyna – Astoria zlitowała się nad nim, biorąc go pod ramię i ciągnąc jednym z korytarzy – Mówiłam ci już, kochanie, że często u arystokracji pracują podlegli im ludzie. Eloise jest charłaczką, córką stajennego, państwa Malfoy.

- I co za to dostaje?

- Pieniądze, dom, wyżywienie oraz styczność z magią – Toria ścisnęła jego palce, gdy weszli do salonu. Pomieszczenie było ogromne, a wzrok najbardziej przyciągał duży, misternie zdobiony kominek, w którym wesoło trzaskał ogień. Na ścianach ktoś ręcznie namalował wzory pnących się kwiatów, a żyrandol mienił się diamencikami. W centralnej części czekała na nich pani Malfoy, odziana w prostą błękitną szatę. Jasne włosy splotła w luźnego koka, a delikatny makijaż zdobił bladą twarz kobiety. Harry pamiętał jak młodo oraz kwitnąco wyglądała kiedyś na balu, a teraz w jej oczach odbijały się wydarzenia ostatniego roku. Zdawała się być wciąż olśniewająca, ale szczęście opuściło szafirowe spojrzenie, a usta z trudem uśmiechały.

- Czekaliśmy na was – skinęła im by usiedli na sofie, samej zajmując miejsce obok syna. Na ostatnim fotelu siedział Kingsley, a za nim stał młody urzędnik. Harry złapał zmęczony wzrok tymczasowego Ministra Magii, który ostatnio bardzo przejmował się jego zdrowiem.

- Wiecie po co się tu spotkaliśmy – chrząknął w końcu czarodziej, zaplatając dłonie i opierając o nie brodę – Na prośbę Harry’ego zrezygnowaliśmy z tradycyjnej Sali w Ministerstwie na rzecz waszej prywatnej.. rozprawy. Od kilkunastu lat.. dziesięcioleci nie przeprowadzaliśmy takiej.. sprawy – zawahał się, przyglądając z ciekawością oraz zmartwieniem im wszystkim – Dlatego nie mogę zapewnić o bezpieczeństwie oraz braku konsekwencji. Dlatego spytam po raz ostatni. Czy jesteście pewni?

- Tak – odpowiedział od razu Draco, opierając wygodniej i ignorując niepewną minę matki – Jestem pewien.

- Ja też – Astoria znów splotła ich palce, biorąc głęboki wdech – Wiemy jakie mogą nastąpić konsekwencje.

- W porządku, w takim razie rozpocznijmy – Kingsley westchnął cicho, wyciągając z aktówki kilka papierów – Mam papiery z osiemnastego grudnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku na mocy którego zawarto umowę o połączenie Rodu Starożytnego Malfoy, za pośrednictwem jedynego oraz prawowitego dziedzica i spadkobiercy Dracona Lucjusza Malfoya, i Rodu Starożytnego Greengrass, za pośrednictwem drugiej z linii dziedziczki Astorii Rozalie Greengrass. Obie rodziny zaakceptowały warunki oraz złożyły podpis pod Przysięgą Narzeczonych. Czy jesteście gotowi rozpocząć procedury anulowania umowy?

- Tak – Draco i Astoria spojrzeli na siebie, równocześnie odpowiadając.

- Czy jest z nami Najstarszy Rodu Malfoy? – Kingsley otworzył aktówkę, wyciągając kolejne papiery.

- Jestem – blondyn odpowiedział po chwili ciszy zdecydowanym głosem. Z racji tego, że jego ojciec został skazany tymczasowo do Azkanabu, wszelkie prawa, obowiązki oraz przywileje spoczęły na jego barkach. Był Najstarszym, głową rodziny.

- Czy jest z nami Najstarszy Rodu Greengrass?

- Jestem – Daphne spuściła wzrok na sygnet na swoim palcu. Wciąż nie mogła przyzwyczaić się do myśli, że ich ojciec nie żyje. I teraz to ona odpowiada za ich rodzinę.

- Kto występuję o odstąpienie od umowy?

- Ja – odpowiedzieli jednocześnie, posyłając sobie słabe uśmieszki.

- Czy Najstarsi akceptują decyzje dziedziców?

- Tak.

- Czy przyrzekacie na swoją magię o czystych intencjach waszych działań, które nie mają zaszkodzić współpartnerowi, rodzinie własnej bądź rodzinie partnera?

- Przyrzekam.

- Zgodnie z prawem danym mi przez Ministerstwo zrywam wszelkie umowy związane z małżeństwem dziedzica Dracona Lucjusza Malfoya z dziedziczką Astorią Rozalie Greengrass. Wszelkie konsekwencje oraz straty Rodów spoczywają na waszych barkach – Kingsley spojrzał na kremową kartkę, gdzie kiedyś złożyli podpisy ich ojcowie – Akt zostanie zniszczony.

Astoria wpatrywała się jak Kingsley przygotowuje wraz ze swoim asystentem dokumenty do zlikwidowania. Jednocześnie podsunął jej, jak i Draco, papierki do podpisania. Widziała ten wzór wiele razy, gdy szukali jakiejś luki w umowie. Całe ściany chłopaków w dormitorium pokrywały podobne papierki.

Czy jest Pan/Pani chora? Nie.

Czy jest Pan/Pani objęta klątwą? Nie.

I wiele innych pytań. W większości na te dwa ich poprzednicy wpisywali, że owszem. Smocza ospa, klątwa, każda możliwość, która miała im pomóc. Jednak żadne z nich nie miało tego, co oni. Żadna czarownica wnosząca o odstąpienie od małżeństwa nie miała aprobaty rodziny, w tym Najstarszych. A oni mieli. Nikt z wcześniejszych osób nie robił tego wspólnie. Jak ona i Draco. Nikt nie miał zapewnionej opieki medycznej. A oni mieli.

I nikt. Nikt z nich nie robił tego z powodu miłości tak silnej jak jej do Harry’ego, a Draco do Hermiony.

Odłożyła pióro, podając wypełniony formularz i przyglądając jak zamaszystym ruchem podpisuje swój jasnowłosy arystokrata. Złapał jej wzrok, a szare tęczówki błysnęły spokojem oraz czułością.

- Macie powiedzieć, jeśli odczujecie.. cokolwiek, jasne? Ból, nawet ułamek sekundy cierpienia, macie to nam zgłosić – Daphne złapała siostrę za rękę, a Narcyza swojego syna.

- Nic nam nie będzie – Astoria westchnęła, czując jak jej serce powoli przyspiesza. Pozwoliła drugiej dłoni wsunąć się do ciepłej, większej ręki Pottera. Zielone spojrzenie spoczęło na niej z niepewnością oraz troską, ale i nadzieją.

Wszyscy wpatrzyli się w kartkę, na którą skierował różdżkę Minister Magii i który inkantował jakąś łacińską formułkę. Papier powoli zaczął się na rogach zmieniać w popiół, mimo że nie widzieli nigdzie chociażby płomyka. Astoria starała się utrzymywać równe wdechy i wydechy, ale serce bezwiednie przyspieszyło. W końcu po kartce nie zostało śladu oprócz czarnego popiołu, który Kingsley przesypał do torebki i doczepił do innego pliczku dokumentów. Wciąż nie odrywała wzroku od miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą spoczywała jedna kartka, od której zależało wcześniej jej całe życie.

- Zostaniecie przebadani i najlepiej wzięci chociaż na chwilę na obserwację – zarządził asystent, machając ręką na czekających medyków. Kingsley podniósł się, wychodząc wraz z Daphne i swoim pomocnikiem oraz życząc im szczęścia. Daphne podniosła się, drepcząc nerwowo obok kominka.

Posłusznie wyszła za byłym już narzeczonym do pokoju obok, pozwalając zdjąć z siebie ubranie i rzucić wiele zaklęć taksujących jej stan zdrowia. Drgnęła, gdy Harry wsunął się do środka, stając w kącie i obserwując ją ze skupieniem. Po kolei wykonywała zadania, upewniając uzdrowicieli o doskonałym zdrowiu swojego ciała. Na koniec przyjęła odpowiednią ilość eliksirów oraz obiecała informować o nietypowych dolegliwościach.

Zostali sami.

- Zdejmij go – Harry patrzył na nią tymi okropnie intensywnymi oczami, które wywoływały u niej dreszcze. Uniosła do góry dłoń, zsuwając powoli sygnet, który nie opuszczał jej palca od najmłodszych lat. Z dziwną pustką położyła pierścień Rodu Malfoy na stoliku, robiąc krok do tyłu i uśmiechając leciutko.

- Czy teraz mogę się ubrać? – zapytała z łobuzerskim uśmiechem, przyglądając jak do niej podchodzi i mierzy ją pożądliwym wzrokiem – A może chcesz mnie przebadać.. dokładniej?

- Jesteś teraz już tylko moja – wyszeptał do niej, chwytając ją za nadgarstki, a jej żołądek podskoczył. Zamrugała, gdy niespodziewanie teleportował ich z rezydencji Draco, do ich pokoju na Grimmlaud Place 12. Nie zdążyła nawet zastanowić się jak naprawdę potężny jest w sobie sam Harry Potter i bez cząstki duszy Riddle’a, że zdołał przebić się przez bariery Malfoyów i te w domu Syriusza. Ale wtedy ciepłe usta zmiażdżyły jej własne w brutalnym pocałunku. Z chęcią odpowiedziała na pieszczoty, oplatając ramionami szyję gryfona i przyciągając jeszcze bliżej.

A później długo świętowali dzień, który oficjalnie pozwalał im spędzić całe życie we własnych ramionach.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

Patrzyli na nią.

Patrzyli, gdy szła korytarzem. Patrzyli, kiedy wchodziła do biblioteki. Patrzyli na nią. Na to co je. Co pije, z kim rozmawia, co czyta. 

Patrzyli.

Ale milczeli. Przerywali rozmowy, gdy ich mijała. Uciszała szepty swoją obecnością.

Słowa jednak były. Krążyły między nimi, omijając ją dokładnie. 

Ale wiedziała. Widziała. Słyszała.

- Nie zwracaj uwagi.

- Robię to od samego początku. Czasem moja cierpliwość sięga zenitu i.. – wzruszyła ramionami, podnosząc wzrok znad czytanej książki i mrużąc powieki by dojrzeć twarz towarzysza – Jest taka piękna pogoda. Nie mogliby się skupić na tym?

- Błonia nie są zbyt dobrym miejscem na ukrywanie się – przysiadł na stopniu obok niej, wyciągając długie nogi przed siebie – Ale ty już tego nie robisz. Jestem z ciebie dumny, Hermiono.

- Ja z ciebie też, Charlie – poklepała go po głowie z prowokującym uśmiechem – Nie dość, że znalazłeś kobietę marzeń, to objąłeś ciepłą posadkę nauczyciela w Hogwarcie i zaskakująco dużo nagle chętnych na twoje zajęcia.

- Opieka nad magicznymi stworzeniami to świetny przedmiot, ale trzeba tylko dobrze go prowadzić. Bez urazy oczywiście do Hagrida i poprzedników naszego przyjaciela – zaśmiał się, ale Hermiona musiała się z nim zgodzić. Mimo, że sama już sobie darowała lekcje z Weasleyem, to chętnie w czasie wolnym przechadzała się by zobaczyć jak prowadzi zajęcia. A robił to doskonale i pomysłowo, a i jego charyzma przyciągnęła nagle wielu chętnych. Charlie z typowo swoją fascynacją opowiadał o stworzeniach jakie spotkał. Z pomocą przyjaciół z Rumunii planował nawet zorganizować wycieczkę z okazją do poznania tych wzbudzających strach smoków, które tak kochał. Nie same uczennica chętnie go słuchały i nie odrywały wzroku od profesora, ale i chłopcy chętnie dołączali do zajęć.

- Jak się czujesz? – zapytała po długim milczeniu, gdy oboje wyciągnęli twarze w kierunku słońca. Weasleyowie ciężko znieśli śmierć Ginny. Szczególnie biedna Molly przeszła bardzo depresyjne tygodnie, a nagle jej rudawe pukle obsiane zostały siwymi pasmami. Kobieta zagubiła się we własnym smutku, a jej mąż stracił wszelką pogodę ducha. Bill z Fleur zaszyli się w Norze, nie chcąc porzucać rodziny w takich chwilach, a Percy nie odstępował rodzicieli na krok. George zamknął się w swoim pokoju, płacząc całymi dniami, a Ron… po wielu rozmowach zaczął w końcu podnosić się na nogi. Skupił się całkowicie na pomaganiu Harry’emu ze śmierciożercami.

- Dobrze – powiedział zaskakująco spokojnie, przechylając głowę by móc spojrzeć w jej oczy. Jego własne błyszczały smutkiem, ale i zadziwiającą akceptacją – Gin jest z Fredem. Jest już dobrze, Herm.

- Ona jest już szczęśliwa – przytaknęła, zagryzając wargę – Więc.. postanowiłeś zadowolić się posadką profesora czy to dopiero początek twojej kariery nauczycielskiej?

- Och, kiedyś zostanę i samym dyrektorem – zażartował, wskazując coś przed sobą – Czyż to nie twój luby?

- Draco – zdziwiona podniosła się szybko, zbiegając po schodkach i zostawiając za sobą śmiejącego się pod nosem Weasleya. Zignorowała nagłe zainteresowanie wszystkich uczniów na błoniach, pędząc w kierunku drogi prowadzącej do głównej bramy Hogwartu. Wpadła w rozłożone ramiona Malfoya, który mocno ją do siebie przygarnął. Minął dopiero miesiąc, a ona czuła się jakby nie widzieli się rok a nawet dłużej. Odsunęła się w końcu trochę, dostrzegając ten złośliwy grymas na jego twarzy, ale bardzo zadowolone z jej reakcji oczy.

- Cześć, Granger – przywitał się, muskając wargami jej usta – Powiedz, że znudziła ci się już nauka i postanowiłaś rzucić szkołę.

- Nie, Malfoy, nie rzucę dla ciebie Hogwartu – parsknęła, unosząc brwi, gdy pociągnął ją w kierunku jeziora. Obeszli niemalże połowę, trzymając się za ręce i opowiadając mało istotne wydarzenia z ubiegłych tygodni. Kiedy w końcu zniknęli innym uczniom z oczu, usiedli na zielonym trawniku i skierowali spojrzenia na wznoszący się przed nimi do samych chmur zamek.

- Powiedz mi, że jedynie Charlie jest młodym nauczycielem – mruknął, taksując ją wzrokiem, w którym zamigotały iskierki rozbawienia – Wiedziałem, że bardzo mi się spodobasz w mundurku.

- Jestem pilną uczennicą, panie Malfoy – zagryzła wargę spoglądając na swoją wyprasowaną koszulę, spódnicę do kolan oraz nie podciągnięte podkolanówki i zwykłe trampki. Nie powstrzymała uśmiechu satysfakcji, gdy szare spojrzenie błysnęło pożądliwie, kiedy powolnym ruchem rozpięła dwa górne guziki – Ciepło dzisiaj.

- Bardzo – przytaknął, zjeżdżając wzrokiem na jej odkryte do połowy uda, kiedy równie filuternie podciągnęła to przypadkowo materiał spódnicy. Hermiona już nie ukrywając szerokiego uśmiechu, rozpięła kolejny guzik, wzbudzając tym samym pomruk u ślizgona.

- Powiedz, skarbie, jak tam seksowne sekretarki? – kolejny guzik, a stanik przykuł wzrok blondyna.

- Nie widziałem chociażby przeciętnej ładniej, a co dopiero… - oblizał wargi, wyciągając dłoń, ale odepchnęła go do tyłu, grożąc palcem.

- Nie. Nie wolno obłapiać uczennic – zsunęła koszulę z ramion, odkładając ją na swoją torbę i ściągając szybko buty oraz podkolanówki. Chwyciła za suwak spódnicy, rzucając ciekawie okiem na chłopaka – A pacjentki? Jakieś.. chętne do podziękowań?

- Nie – zaprzeczył, głodnym wzrokiem na nią patrząc – Ani jednej.

- A nowe koleżanki? – kontynuowała, pozwalając spódnicy opaść na ziemię obok jej stóp. W samej bieliźnie przysunęła się do ślizgona, który przełknął ciężko ślinę – Jakieś śliczne blondynki?

- Nie przypominam sobie – westchnął, gdy usiadła na jego kolanach, sprawnie rozplątując włosy z koka i pozwalając lokom opaść na plecy – Ja..

- Teraz, Malfoy, masz wynagrodzić mi cztery tygodnie bez ciebie – zarządziła, rozpinając jego bluzę – Bardzo tęskniłam.

- A mi się bardzo podoba, że rozłąka tak na ciebie działa – musnął palcami, ramiączko jej biustonosza – Co będzie jeśli następnym razem spotkamy się na święta? Rzucisz się na mnie na peronie?

- Oczywiście, że nie – zachichotała, całując lekko kącik jego ust – Może do tego czasu zatrudnią jakiegoś młodego nauczyciela, hmm?

- Nie mów tak – warknął, popychając na ziemie i z chęcią się na niej układając by przyszpilić ją do trawnika – Jesteś moja, Granger. Zapamiętaj to sobie.

A Hermiona miała do końca życia pamiętać już tą chwilę. Ich usta, dłonie oraz ciche jęki, gdy zatracili się w sobie nie patrząc na to, że są na dworze, na terenie szkoły. Nie liczyła się dla nich nawet myśl, że ktoś może ich znaleźć, usłyszeć bądź szukać.

Byli oni.

Pocałunki, szepty i długie chwile przyjemności.

A na koniec na palcu gryfonki pojawił się w końcu sygnet Rodu Malfoy.

Była Draco

Tylko jego.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.

Październik minął jeszcze szybciej niż się zaczął. Listopad powitała z kichającą oraz kaszlącą okropnie Astorią u boku, ale po pierwszej panice czy to nie skutki rozwiązania umowy uspokoili się. Błonia przestały być tak przyjemne, a z pierwszym mrozem przywitali grudzień. Często Toria przesiadywała z nią w Pokoju Wspólnym Gyrffindoru, na fotelu jej i Harry’ego. Co tydzień obie wyczekiwały kartki od Pansy, która zdawała się powoli godzić z przeszłością. Draco z Harrym i Blaisem często odwiedzali Hogwart bądź Hogsmeade. Powoli wszyscy ruszyli do przodu. Wybraniec z przypisanymi mu aurorami schwytał kilku śmierciożerców, a Ron zaakceptował śmierć Ginny i pomógł przejść żałobę rodzinie. Blaise z pomocą matki nagrał w końcu pierwszy singiel, a jego piosenka pobijała rekordy popularności wśród magicznej, jak i mugolskiej społeczności. Malfoy szybko udowodnił, że zasługuje na swój staż nie tylko dzięki oparciu u Złotego Chłopca. Przyszłość zaczynała się im podobać.

- Hermiona!

Nathaniel wyglądał jak okaz zdrowia. Ciemne włosy zdążyły znów odrosnąć i opadać na czoło, a oczy lśniły wesoło. Podbiegł do niej, mocno obejmując w pasie. Uścisnęła go, podnosząc trochę oraz z jękiem puszczając.

- Przytyłeś – wytknęła mu, ale w środku poczuła jedynie pewność, że mały jest już zdrowy. Rok temu bez problemu go nosiła. Teraz już nie było to takie proste.

- Byłem u babci – wzruszył ramionami, a ona poczuła kolejną falę niecierpliwości. Czekała na święta z utęsknieniem, bo nie tylko miała spotkać przyjaciół. Jej babcia, którą już poinformowała o sytuacji, bardzo dużo im pomagała. I została gościem na ich święta.

- Cześć, młody – Astoria objęła chłopca, a później ciągnąc swój bagaż udali się za nim do oczekującej ich grupki. Harry trzymał na rękach małego Teddy’ego, który gaworzył radośnie i wciąż łapał go za brodę. Draco stojący obok właśnie poprawiał dziecku czapeczkę, a Hermiona nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. I Harry, i Draco zostali największymi fanami chłopczyka.

- Wyglądacie jak urocza rodzinka – powiedziała, stając na palcach i całując blondyna w policzek, a później przyjaciela. Teddy przyjrzał się jej niepewnie, ale po chwili przywitał wesoło ukazując najpiękniejszy dziecięcy uśmiech jaki widziała. Niebieskie włosy zmieniły się na jej brązowe, a po chwili znów na rażąco zielone.

- Taki marny komitet powitalny, bo większość już w domu bądź dopiero tam zmierza.

- Chodźmy już tam – Hermiona uśmiechnęła się, splatając palce z Malfoyem i pozwalając odebrać sobie bagaż – Do domu.











Tegoroczne święte będą się różnić od każdych poprzednich. Nie było porównania z zeszłorocznymi, które spędzili na wędrówce. Teraz jednak również będzie wyjątkowo. Bez większości rodziców, a z bliskimi w innym znaczeniu. Oni wszyscy byli dla siebie rodziną. Każdy był sobie bliski.

Hermiona nie mogła powstrzymywać śmiechu, gdy Blaise przytargał choinkę, a jak się okazało Teodor z Harrym znaleźli ozdoby świąteczne w jednym ze starych pokoi. Kolorowe ozdoby zajmowały każdą wolną przestrzeń, a choinka zaczynała lśnić bogactwem. Złote, czerwone, zielone, niebieskie, pomarańczowe i wiele innych bombek zawieszali, łańcuch zrobiony przez Nathaniela i babcię Granger dopiął wszystko na ostatni guzik. Teodor zawiesił inne ozdoby nad kominkiem, a teraz walczył z lampkami do powieszenia na Przepyszne zapachy z kuchni, gdzie urzędowała babcia Hermiony z mamą Blaise’a kusiły. Draco zasiadł do fortepianu, wygrywając świąteczne melodie, a Astoria za namową wszystkich uraczyła ich swoim pięknym głosem. Harry z Blaisem wciąż wieszali ostatnie ozdoby, żartując wciąż wesoło. Dużo pierniczków zostało na talerzu, a równie dużo zjedli popijając kakao. Teddy siedział na sofie przebrany w śpioszki z reniferem, klaszcząc i przypatrując swoim opiekunom. Tuż obok posadzili Millicentę, której jasne kosmyki upięli czerwoną wstążką. Mała ściskała misia, chichocząc. Narcyza ze swoją pogodzoną od niedawna siostrą, Andromedą, sączyły ajerkoniak i rozmawiały pogodnie.

Wszystko było idealne.

Prawie, bo oczywiście, nawet święta nie zmieniają wszystkiego.

Astoria wciąż nie wzięła małej Milli na ręce. Ani razu nie zareagowała, gdy dziewczynka zaczynała płakać, chociaż wystarczył jedno piśnięcie Lupina by była tuż obok. Kiedy patrzyła na ośmiomiesięczną córeczkę ich zmarłej przyjaciółki w jej oczach odbijała się jedynie niechęć.

Nie było też Marcusa. Wciąż się nie wybudził. Nie zobaczy nigdy swojej córeczki, która podgryzała nieustannie Draco czy szarpała za rękę Harry’ego. Nie ujrzy jej uśmiechu na widok Teodora czy Hermiony, bądź nie usłyszy śmiechu niczym delikatnych dzwoneczków, gdy Blaise ją rozbawi.

Hermiona tęskniła za rodzicami. Wciąż nie rozpoczęła nawet poszukiwań, posłusznie czekając na znak od aurorów, że już nic im nie zagraża. Widziała, że tęsknota również targa Zabinim za Aryą. 

Musieli być cierpliwi.

- Chyba szczeniak jest zmęczony – Harry kucnął przy sofie, gdzie Teddy zamrugał powoli, ziewając szeroko – Chodź, Teddy, poszukamy miejsca do spania.

Chłopiec nie pisnął, gdy Harry go podniósł i zabrał na górę. Wszyscy dobrze wiedzieli, że robi to dla małego, chociaż dzieciak równie często spał w swoim kojcu, kiedy oni hałasowali. Widać mały Lupin od małego musi przyzwyczajać się do rodzinnego chaosu. Milli obróciła się za Potterem, a później jej szafirowe oczy spoczęły na Astorii. Ślizgonka odwróciła wzrok, podnosząc i idąc śladami Harry’ego.

- Potrzebuje czasu – powtórzył Blaise, obserwując jak Hermiona bierze dziewczynkę na swoje kolana i mocno przytula – Po prostu.. czasu.

- Potrzebuje przebaczyć Milli – poprawił przyjaciela Draco, siadając obok ukochanej i pstrykając 
dziewczynkę w nos – I sobie.

- Zagramy w jakąś grę? – Nathaniel w podskokach wbiegł do salonu, a ubrudzone czekoladą usta wygięły się w uśmiechu. Kiedy przytaknęli, zadowolony pobiegł do siebie po wybraną planszówkę. 

Dopiero kilka godzin później i pełen radości Nate odczuł zmęczenie. Siedzieli przy kominku, dojadając ciastka i słuchając wygrywanej na gitarze przez Blaise’a melodii. Teddy i Milli od dawna spali, a Astoria leniwie leżała na kolanach Harry’ego. Andromeda z Narcyzą wróciły do Malfoy Manor, a babcia Hermiony rozgościła się w jednej z sypialni na piętrze. Wskazówka zegara poruszała się zdecydowanie zbyt szybko.

- Chodź, pora zasnąć – Teodor podniósł już półśpiącego Nate’a, powoli wnosząc brata na górę. Gryfonka musnęła ustami policzek Draco, wysuwając z jego objęć i dołączając do Notta. Weszła do pokoju chłopca, który w wakacje odremontowali. Teraz ściany miały ładny błękitny odcień, a kilka rysunków Teodora zdobiło ściany. Żyrandol przyozdobili spadającymi śnieżynkami, a na oknach farbami namalowali bałwanki. Łóżko chłopca było duże, ale nie przytłaczało pokoiku. Dużo książek i dziecięcych, i trochę bardziej dojrzałych poukładali na szafeczce, a zabawki – w tym najwięcej puzzli oraz planszówek – leżały w każdym kącie. W końcu Nathaniel miał pokój jak każdy dzieciak, gdzie porządki bywały rzadkością, a nie jak kiedyś sterylnie czyste pomieszczenie.

- Dobranoc, Natie – szepnęła, ściągając mu ze stóp skarpetki oraz bluzę, pozostawiając w luźnych dresach oraz koszulce ze smokami. Pocałowała chłopca w czoło, okrywając kołdrą i zostawiając zapaloną jedną lampkę. Od wojny Nathaniel ciężko znosił całkowitą ciemność, chociaż koszmary powoli zostawiał za sobą. Wraz Teo wyszli, domykając drzwi i ruszając ku salonowi.

- Cieszę się, że Harry pozwolił nam zostać – mruknął ciemnooki, gładząc jej plecy przez co odruchowo ich magia zawrzała – Nate jest teraz.. innym dzieckiem.

- Jesteśmy wszyscy rodziną, Teo, to normalne, że dom Harry’ego jest naszą bezpieczną przystanią – przytaknęła, wzruszając ramionami. Fakt, Nathaniel bardziej przypominał teraz dziecko, niż starca w młodym ciele. Wciąż jego oczy były nadzwyczaj dojrzałe i poważne, a słowa, które padały dziecinnym głosikiem, nie powinny nigdy móc zostać wypowiedziane przez dziecko, ale stawał się szybciej weselszy. Jego śmiech codziennie rozbrzmiewał na korytarzu. Uwielbiał zabawy z chłopakami oraz naukę latania, uwielbiał dyskusje z Draco, żarty z Harrym i lekcje gitary z Blaisem. Odzyskał bowiem dzieciństwo.

- Boję się jutra – powiedziała Astoria, gdy dołączyli. Znów ułożyła się między nogami Draco, pozwalając mocno objąć. Siedzieli przed kominkiem, ramię przy ramieniu, wpatrując w tańczące płomyki.

- Nasze pierwsze wspólne święta – westchnęła, uśmiechając, gdy Malfoy splótł ich palce – I oby co roku były takie. Wesołe.

- I w takim gronie – dorzucił Harry, uśmiechając do nich łobuzersko – No albo plus jakieś dzieci.

- Myślicie, że Pansy przyjdzie?








Przyszła.

Kiedy Teodor się obudził zobaczył wpatrzone w niego ciemne tęczówki. Zamrugał zaskoczony, ale nie przerwał ciszy. Przyglądał się ciemnym włosom wciąż długim i lekko pofalowanym. Przyglądał się szczupłym dłoniom, o które opierała brodę, zapatrzona w niego. Spojrzał na pełne, zaciśnięte usta oraz duże, zamyślone oczy.

Pansy siedziała na materacu, ubrana w zwyczajne spodnie oraz koszulkę, jakby to była całkowicie normalna sytuacja. Zauważył walizkę porzuconą przy drzwiach i płaszcz przewieszony na fotelu.

Pansy nie zmieniła się za bardzo. Wciąż była blada, smukła, piękna. Jej oczy wciąż były ciemne, smutne oraz wydawać by się mogło puste. Ale on widział w nich przeszłość. Mroczną, przerażającą. 

Pełną sekretów. 

Lubił to właśnie w dziewczynie. Lubił jej mroczną naturę, chociaż nie była nawet porównywalna z chwilą, gdy jej twarz jaśniała w uśmiechu. Lubił przenikliwy umysł oraz bystre odpowiedzi. I jej głos.

- Znalazłam rodzinę tamtego śmierciożercy z Włoch i przekazałam rodzinie kopertę z paroma.. tysiącami – powiedziała spokojnie, przechylając lekko głowę na bok – Później byłam w Polsce. Znów w górach. A na koniec przesiedziałam długie godziny u Chrisa.

- Zajęło ci to wszystko ponad pół roku – podsumował, unosząc obie brwi – Co jeszcze robiłaś?

- Skończyłam książki – uśmiechnęła się ze smutkiem – Całą historię. Skończyłam.

- Jak?

- Myślę, że nie do końca źle – wzruszyła ramionami, wskazując ręką walizkę – Możesz potem sam ocenić. Miałam problem tylko z jednym wątkiem. W tym wszystkim jeden jedyny element mi nie pasował.

- Jaki?

- Miłość – zagryzła wargę, krzywiąc cierpko – Pisałam tyle o niej, a nie byłam pewna czym jest. A teraz.. teraz chyba wiem. Przez te pół roku zrozumiałam, ale potrzebuje twojej pomocy.

- Co mam zrobić? – zapytał bardziej zaskoczony jej szczerością oraz prośbą o pomoc. Pansy nigdy nie prosiła. A już na pewno nie o pomoc. I nie jego.

- Pocałuj mnie – zażądała, wbijając w niego intensywne brązowe tęczówki – Pocałuj mnie, proszę.

Nie musiała więcej powtarzać. Powoli, samemu przeciągając ten moment i ciesząc się nim, przysunął się do niej. Ich oddechy się zmieszały, a zapach bzu dostał do jego nozdrzy. Był spragniony jej. Tak bardzo. Kiedy w końcu ją pocałował odczuł to w każdym kawałku swojego ciała. Iskierki przeszyły jego kręgosłup, serce przyspieszyło, a oddech stał się urywany. Kiedy chciał się odsunąć niepewny jej bierności, Pansy popchnęła go do tyłu, samej nasuwając na niego. Poczuł słodki ciężar kobiecego ciała, a jej włosy zasłoniły pokój. Całowała go gwałtownie, równie spragniona co on. Przesunął palcami po jej plecach, czując jak drży od czułego dotyku. Gdy się sturlała, czuł niedosyt.

- I co? – wychrypiał, obracając na bok by na nią spojrzeć.

- Dlaczego? – jęknęła, zaciskając powieki i uderzając dłonią w czoło – Czemu, na Salazara, to ciebie musiałam pokochać?

- I na uświadomienie sobie tej przerażającej wizji potrzebowałaś ponad sześciu miesięcy? – parsknął, nieruchomiejąc, gdy na niego znów spojrzała przeszywająco – Czemu wróciłaś?

- Nie na uświadomienie sobie miłości do ciebie – zaprzeczyła, posyłając mu smutny uśmiech – Musiałam odczekać żałobę po Raphaelu. Musiałam sobie samej uzmysłowić, że mimo wszystko ja też na to zasługuje. I na ciebie. I przez napisanie wszystkiego.. pogodziłam się, Teodorze. W końcu, po raz pierwszy raz w życiu przeszłość nie jest moim wrogiem. I mogę ruszyć do przodu. Z tobą.

- Czyli zostaniesz?

- Do samego końca, Teo – przyznała, przysuwając i chwytając jego dłoń – A teraz powiedz mi, co się działo przez ostatnie miesiące i jak bardzo są na mnie wściekli.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

Święta przebiegły w przyjemnej atmosferze. Jedzenie było wyborne, kolędowanie wesołe, a kilka godzin pełne zabawy i czerpania radości z własnego towarzystwa. Blaise pojawił się w kominku przebrany za świętego Mikołaja, co wzbudziło na początku płacz maluchów, ale po chwili Teddy poraczkował ze szczęściem do Zabiniego. Narcyza oraz Andromeda złapały świetny kontakt z babcią Hermiony oraz matką Blaise’a, która przybyła na Wigilię. Nikogo nie zdumiała obecność również Erika Hutza z jego uroczą małżonką, który jako jeden z niewielu potrafił ustawić chłopca z zielonymi oczami do pionu. Cóż, auror Hutz był dla nich jak opiekun, więc spokojnie zaliczali go do swojej dość dziwnej acz kochającej się rodziny. Największym zaskoczeniem była obecność jednak kuzyna Harry’ego, którego Astoria przywitała z szerokim uśmiechem. Wszyscy starali się nastawić przyjaźnie, mimo wiedzy, jak bardzo kuzyn ranił ich przyjaciela. Ale gdy spojrzenie Wybrańca błysnęło radością podczas rozmowy z Dudleyem, a każdy zrozumiał, że ta dwójka rozpoczęła relację na nowo.

- Rozumiem, że z prezentem nie w trafiłam.

Astoria obróciła się zdumiona, wpatrując w stojącą tuż za nią Pansy. Uniosła obie brwi, wycierając wilgotne dłonie w puchowy ręcznik.

- Do łazienki wchodzić bez pukania? To szczyt bezczelności – mruknęła, zakładając ciemny pukiel za ucho – Dlaczego?

- Wydawało mi się, że to idealne posunięcie – Pansy wzruszyła ramionami, uśmiechając ze zrozumieniem – Nie spodziewałam się tak beznamiętnego uśmiechu, gdy otworzysz prezent.

- Aparat Millicenty Flint nie należy do moich… upatrzonych chociażby rzeczy – wyjaśniła, biorąc głęboki wdech – O czym doskonale wiesz.

- Wiem. Minęło osiem miesięcy, Toria, osiem miesięcy nienawidzenia Milli. Nie możesz już jej wybaczyć? – Pansy zamknęła drzwi szybko, gdy tylko zauważyła spojrzenie przyjaciółki na klamkę  – Jeśli byłabyś na jej miejscu z dzieckiem Harry’ego pod sercem… co byś zrobiła?

- Powiedziała wam! Jej! – krzyknęła, opierając dłonie o blat umywalki i zaciskając mocno palce – Komuś kto mógłby mi pomóc… miała tam Zabiniego! Czemu.. czemu..

- Bo to Milli i nie chciała nas w to wciągać. Chciała nas chronić, Astoria, i dobrze o tym wiesz – Pansy pokazała rękę, w której trzymała ulubiony aparat Bulstrode – Nie chcesz zobaczyć jej ostatnich zdjęć? Ja je widziałam.

- Nie chcę – zaprzeczyła ślizgonka, ale Parkinson stała już przy niej, wciskając przycisk oraz przeglądając ostatnie fotografię jasnowłosej. Astoria niechętnie spojrzała na wyświetlacz, gdzie akurat ukazała się uśmiechnięta twarz Blaise’a, który czochrał Hermionę. Następnie dużo Marcusa, kilka z zamyślonym Harrym oraz cała sesja piszącej Pansy. Wciągnęła z sykiem powietrze, kiedy spojrzały na nią jej własne oczy. Uczesana w warkocza z czerwoną szminką, uśmiechała się radośnie. Jednak to obejmująca ją dziewczyna sprawiła, że jej serce zadrżało. Milli. Jasne włosy rozpuszczone, różowe usta wygięte w szeroki uśmiech oraz błyszczące szczęściem oczy. Lazurowe spojrzenie śmiało się, jak one dwie.

- To jest moje ulubione – pokazała kilka, gdzie znów Milli była i z nią, i z Pansy, i z Hermionę, i z każdym z nich. Ostatnie, ten faworyt, był ciut inny. Millicenta siedziała obok niej z nogami zarzuconymi na jej uda. Ona sama opierała się o drzewo na błoniach, mrużąc powieki przez słońce. Milli zaplotła wtedy wianek i włożyła go na głowę, a dzięki jasnemu jeziorowi za nią zdawała się być nimfą. Machała do aparatu, który zabrał jej Draco, potrząsając jasną grzywą. Chwilę później Astoria popychała ją, a zaskoczona jasnowłosa wpadała do wody. Astoria zamrugała, gdy zdjęcie straciło ostrość i dopiero przez chusteczkę podsuniętą przez przyjaciółkę zrozumiała, że płacze. Po raz pierwszy płakała tak ciężko przez Milli. Osunęła się na podłogę, ściskając dłonie w pięści i uderzając o podłogę. Milli już nigdy więcej się nie odpłaci za ten psikus, mimo, że obiecała nie raz. Nigdy więcej nie skrytykuje jej zachowania, nie udzieli porady. Nie wsunie się do jej łóżka by wyszeptać sekrety do ucha i nie nakrzyczy na nią. Nie zabierze na zakupy, nie zje deseru, nie będzie cieszyć z powodu bycia druhną. Milli nie żyła. Jej słodka, dobra i tak niewinna przyjaciółka zginęła przez własne serce, które im oddała. Nie chciała ich narażać? Milczała i cierpiała samotnie. Nie zdradziła ich do końca. Chroniła. Była. A już jej nie ma. I Astoria nigdy więcej nie przytuli jej, nie uczesze, nie uśmiechnie do aparatu dziewczyny.

- Nie nienawidzę cię, Milli – wyszeptała, opierając głowę na ramieniu siedzącej spokojnie obok niej Pansy – Ja cię kochałam. Wciąż kocham.

- Wysmarkaj nosa, bo wyglądasz strasznie – Pansy podniosła ją, zwilżając chusteczki i pomagając doprowadzić do względnego porządku. Poprawiły jej makijaż oraz fryzurę, a prostym zaklęciem i czerwone oczy zniknęły. Ostatni raz spojrzała na aparat, biorąc go w końcu do ręki.

- Dziękuję – szczerze wyszeptała, spoglądając na leciutko uśmiechniętą Parkinson – Byłaby na mnie zła, że tak się.. załamałam.

- Nigdy nie była zła – Pansy przewróciła oczami, rozkładając ręce – Chyba, że ruszyło się bez pytania jeden z jej skarbów.

- Urwałaby nam głowy – przytaknęła, unosząc aparat – Tęsknię za nią.

- Wiem. My też – dziewczyna wyciągnęła ją z łazienki i poprowadziła na piętro. Weszła posłusznie za przyjaciółką do pokoju, unosząc brwi na widok dwóch kojców. Teddy smacznie spał, wtulony w pluszaka w kształcie wilka. W drugim kojcu siedziała dziewczynka, przecierając piąstkami zaspane oczy. Jasne włosy miała rozczochrane troszkę, a czerwoną sukienkę wybraną wcześniej przez dziewczęta pogniecioną od drzemki. 

- Milli nie odeszła całkowicie – powiedziała Pansy, opierając o kojec i uśmiechając do dziecka – Nie widzisz jej oczu? I ten uśmiech…

- Nie mogę..

- Bo się boisz, głupia, boisz się jak bardzo przypomina twoją przyjaciółkę – prychnęła ciemnowłosa, wskazując maleńką – Jeżeli kochasz Millicentę jak twierdzisz, to jej dziecko stanie się dla ciebie własnym dzieckiem. Popatrz na jej oczy, Astoria.

Więc po raz pierwszy od ośmiu miesięcy spojrzała. Lazurowe, lśniące i całkowicie niewinne spojrzenie napotkało jej. Zadrżała widząc jaśniejsze plamki na brzegach tęczówek. Kiedy córka Bulstrode wyciągnęła do niej ręce, gaworząc wesoło, nie wytrzymała. Chwyciła niezbyt ciężkie ciałko, przyciągając do siebie. Zadziwiająco idealnie dziewczynka dopasowała swoje ciałko do jej, a malutka dłoń pogładziła ją po policzku. Milka znów zaszczebiotała dziecięcym językiem, uśmiechając do niej z zadowoleniem.

- Przepraszam cię, maleńka – wyszeptała, muskając wargami czółko dziewczynki. Z małą na rękach i Pansy u boku zeszła do salonu. Zignorowała zdumione miny pozostałych, siadając na sofie obok Wybrańca, który przywitał się z trzymanym przez nią maleństwem a później ciekawie przyglądając jej zabawie z ośmiomiesięcznym niemowlakiem.

- Jest nasza – powiedziała do chłopaka, a później łapiąc spojrzenia reszty uśmiechnęła się do nich – Jest nasza. To my zaopiekujemy się nią. Wszyscy razem.

- W porządku – Harry przytulił ją, a jego zielone soczewki błysnęły dumą – Jest naszą córką.

- Każdego z nas – przytaknął Blaise, a święta nagle stały się prawdziwym cudem.

Żadne z nas nawet nie spodziewało się jak bardzo dziewczynka zawróci im w głowach. Nikt nie pomyślał, że za paręnaście lat będzie jedną z najbardziej wesołych dziewczyn w Hogwarcie. Jej nazwisko będzie zawsze łączone z ich, a jej historię będą do końca śledzić wszyscy z zapartym tchem. 

Tak o to Millicenta Ginevra II stała się jednocześnie Potter-Malfoy-Zabini-Flint. 

I nigdy z żadnego członu tego nazwiska nie zrezygnowała.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.

Powrót Pansy wiele zmienił. Dziewczyna bez problemu dołączyła do Harry’ego, Rona i Teodora by złapać śmierciożerców. Z jej umiejętnościami oraz entuzjazmem liczba złapanych skazańców znacznie wzrosła. W wolnych chwilach dziewczyna zaczęła spotykać się z Nottem, co zaskoczyło przyjaciół, ale i wzbudziło ich radość. Pansy porozstawiała ze swoją brawurą i temperamentem wszystkich po kątach, a Harry – niechętny oraz obrażony – zgodził się uczęszczać na regularne spotkania z wybranym przez Pansy i Erika psychologiem. Nathaniel bez problemu zaakceptował ukochaną brata, która z niebywałą czułością chętnie spędzała czas i z chłopcem. Draco, który jej zdaniem zbytnio skupił się na karierze, dostał okropnego wyjca, ale skutki były satysfakcjonujące. 

Pansy była ich nowym początkiem.

Hermionę po tak wielu nagłych zmianach nie zaskoczyła wręcz Astoria, która pewnego styczniowego dnia w Hogwarcie pojawiła się przy niej z walizką oraz swoją sową zamkniętą już w klatce. Ślizgonka postanowiła zrezygnować z dalszej nauki, a powrócić do domu oraz zająć tym, co jej zdaniem powinni zrobić już dawniej. Zaopiekować się Milli. Minął tydzień od Nowego Roku, a przyszła pani Potter obudziła się pewna swoich racji. Hermiona nie protestowała więc pozwalając przyjaciółce na obranie swojej ścieżki. Nic jednak nie poradziła na ukłucie smutku na myśl o samotności, która na nią czekała w szkolnych murach.

Jak zawsze skupiła się na nauce. Na zmianę spędzała czas we własnym dormitorium bądź bibliotece, odcinając od dawnych znajomych. Jedynym umileniem każdego dnia były listy od przyjaciół. Tak mijały kolejne tygodnie. Żmudne, pełne nostalgii oraz spokoju. Jej oceny znów ją satysfakcjonowały, a lektury pochłaniały. Pozwalała i własnym przerażającym wspomnieniom powoli blednąć, mimo że pozostały w niej wciąż dawne nerwowe nawyki. Nie lubiła, gdy ktoś ją łapał od tyłu bądź bez zapowiedzi krzyczał. Wzdrygała się i sięgała po różdżkę oczekując.. walki.

- Hermiona Granger, proszona do dyrektorki – jakiś puchon, którego nie kojarzyła wszedł do sali od Zaklęć i odnalazł ją wzrokiem – Teraz.

Ignorując nową falę szeptów oraz zatroskane spojrzenia gryfonów opuściła klasę. Powoli kroczyła do gabinetu profesor McGonagall, która rzadko kiedy wzywała ją do siebie w taki sposób. Bez problemu wypowiedziała hasło i weszła do niewielkiego pokoiku, gdzie kiedyś panował istny chaos. Teraz wciąż kilka przedmiotów jej poprzednika nie zmieniło położenia, ale dokumenty oraz akta leżały poukładane. Minerwa zmieniła się. Jej srogie oblicze pokryła nowa sieć zmarszczek, a zmęczone oczy przestały być tak uważne oraz częściej stawały się zamyślone. Siwe pasma przestała zbytnio ukrywać, chociaż ściśnięty koczek pozostał na swoim miejscu.

- Coś się stało, pani profesor? – zaskoczył ją delikatny uśmiech nauczycielki, która wskazała siedzącego na fotelu aurora Hutza. Zgodnie z poleceniem dołączyła do mężczyzny, który za pomocą kominka przemieścił się do posiadłości Harry’ego. Ruszyła jego śladem z trudem utrzymując równowagę i napotykając uśmiechnięte oblicze Pottera oraz tryskająca energią Astorię, która trzymała w ramionach dwójkę maluchów.

- Hermiona – przeniosła wzrok z zaskoczeniem poznając głos mężczyzny. Otworzyła szeroko buzię zdumiona ich widokiem. Nie zmienili się aż tak bardzo, chociaż byli bardziej niż zwykle opaleni oraz rozluźnieni.

- Mama.. tata… - wyszeptała, a następnie wybuchła płaczem i wpadła w ich ciepłe objęcia.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

Nikogo nie zdziwiło, że Hermiona Granger ukończyła Hogwart z najlepszym wynikami. Przy odbiorze dyplomu jej wszyscy przyjaciele wiwatowali oraz krzyczeli, a ona z rumieńcami uścisnęła dłonie nauczycielom, a wśród nich Charliego, który tryskał dumą. Po uroczystości i bankiecie, zanieśli wszystkie bagaże byłej już gryfonki do kamienicy, a na obiad udali się do jednej ze swoich ulubionych restauracji mugolskich. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że w niemagicznym Londynie było im łatwiej się rozluźnić i cieszyć, bo nikt nie rozpoznawał żadnego z nich.

- Co teraz, pani mądra? – zapytał Ron, gdy kelnerka przyjęła już ich zamówienia. Hermiona uśmiechnęła się krzywo na to określenie, ale darowała sobie złośliwy przytyk.

- Jeszcze nie wiem – przyznała w końcu, obserwując kelnera, który nalewał im wina, wybranego swoim zwyczajem przez Dracona. Malfoy ścisnął jej dłoń pod stołem, a szare spojrzenie lśniło radością.

- Dziękuję – Pansy odsunęła kieliszek, kładąc odruchowo dłoń na brzuchu i zerkając z uśmiechem na zajmującego krzesło obok Teodora, który posłał jej pełne aprobaty spojrzenie.

- Zazdroszczę ci, Toria, że ty już wiesz – Hermiona oderwała wzrok od Pansy, która ciężko znosiła poranne mdłości, a jeszcze szybciej irytowała się, gdy wszyscy skupiali na niej zbytnią uwagę pełną troski o samopoczucie.

- Moja inspiracja jest tutaj – Toria wskazała roczną Milli, która bawiła się z Teddym niedaleko przy stoliku dla dzieci. Astoria wróciła z Hogwartu, a miesiąc później obróciła ich magiczne społeczeństwo o sto osiemdziesiąt stopni. Gdy zorientowała się, że Millicentra Ginevra nie jest jedyną osieroconą małą osóbką przez wojnę w jej głowie powstał projekt. Tak o to przy ich stole siedziała główna dyrektorka oraz sponsorka Londyńskiego Domu Dziecka Małego Czarodzieja imienia Millicenty Flint. Wiele emocji wywołały kontrowersyjne decyzje młodej pomysłodawczyni, która przyjęła pod swoje skrzydła nie tylko dzieci czarodziei, ale również maluchy pokaleczone przez wilkołaki, ukąszone przez wampiry bądź porzucone przez dzieci lasu. Nott bez słowa oddał pod remont swoją rodzinną posiadłość, którą z pomocą najlepszych inżynierów przebudowano na sierociniec. Pansy, obecnie na zwolnieniu przez ciąże, z chęcią pomagała przyjaciółce przy organizacji. Daphne Greengrass porzuciła swoją pracę by dołączyć do siostry, poświęcając każdą minutę młodym wychowankom. Ich Dom Dziecka przyjął do tej pory ponad dwadzieścia dzieci w przedziale wiekowym od czterech do ośmiu lat. Zyskali wiele darczyńców, którzy zapewnili edukację oraz nowy sprzęt, a stroną medyczną zajął się Malfoy.

Astoria Greengrass została okrzyknięta już w maju czarownicą roku. I nikogo to nie dziwiło.

- Na pewno coś wymyślisz – zapewnił ją Blaise, unosząc w górę kieliszek z winem – Jesteś bohaterką wojenną oraz najmądrzejszą czarownica naszych czasów. Już o ciebie walczą.

- Najpierw znajdziemy Aryę – pokręciła głową, przyglądając jak brązowe oczy lśnią niecierpliwością na myśl o ich zadaniu. Zabini nie próżnował, a jego nazwisko teraz pojawiało się w każdej gazecie magicznej, jak i mugolskiej. Przebił już rekordową sprzedaż pierwszej płyty, a jego piosenki obiegły świat. Niedawno zakończył pierwsze koncerty, na których pojawiły się tłumy. Kobietom miękły serca, gdy śpiewał o zagubionej miłości, o zaginionej dziewczynie. Każda liczyła, że uleczy złamane serce mulata.

- A później ślub – Teodor uśmiechnął się do Harry’ego, który się wesoło zaśmiał. Harry i Astoria byli ich pierwszą parą młodą. Niechętnie, ale w końcu Wybraniec uległ namowom Kingsleya oraz Astorii, a zamiast cichego wesela, stało się to wydarzeniem na które czekało magiczne społeczeństwo. Nikt nie był zaskoczony, że Hermiona miała zostać świadkową na życzenie Harry’ego, a i wybór świadka był wiadomy, bo dla Astorii pasował jedynie Teodor. Astorię do ołtarza poprowadzi Erik Hutz, a przed nią jako druhny przejdą Daphne, Pansy oraz Evelyn. Ron jak zawsze zaczerwienił się o wzmiance o swojej młodej partnerce, która skradła mu serce. Całe wesele państwa Potter miało posłużyć jako uspokojenie czarodziejów oraz ukazanie im, że teraz tworzą przyszłość. Jest już bezpiecznie.

- A wy? – Pansy wskazała na Hermionę i Draco, którzy uśmiechnęli się do siebie szeroko – Nie, ten w trakcie bitwy się nie liczy.

- Marzy mi się w grudniu – w końcu wyznała dziewczyna, zagryzając wargę – Oczywiście z myślą o tobie, Pans, byś mogła wypić nasze zdrowie.

- Och, jasne – parsknęła Parkinson, a oni wesoło się zaśmiali. Tematy przeszły na bardziej zwyczajne, chociaż serca ich wszystkich czerpały z tej chwili dużo radości. Ileż to razy marzyła im się taka zwyczajna chwila? Siedzieli przy stole, jedząc wyborne danie i planowali swoją przyszłość. 

Nie. 

Oni już ją realizowali. Powoli spełniali swoje marzenia, powoli wypełniali obietnice.

Żyli. 

Po raz pierwszy od dawna naprawdę żyli.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

- Kochanie, proszę, namów ją na tą sukienkę… dopiero co ci się podobała, a teraz marudzisz!

Mężczyzna uśmiechnął się szelmowsko słysząc głos kobiety, która od jakiegoś czasu wszystkich popędzała. Ostatni raz poprawił marynarkę oraz muchę, a później ruszył ratować sytuację. Przyczyna kolejnej katastrofy siedziała dumnie na bujanym koniu, machając z radością nóżkami. Przyglądał się jak na jej policzkach pojawiają się urocze dołeczki, gdy go zauważyła w drzwiach.

- Nie chce – powiedziała, kręcąc głową, ale wciąż wesoło pokazując szczerbate uzębienie.

- Moim zdaniem wyglądałabyś jak prawdziwa księżniczka – stwierdził spokojnie, ukrywając uśmiech, gdy jej oczy zamigotały nagle z ciekawością oraz entuzjazmem – A pomyśl jak Teddy by zareagował na twój widok.

- Teddy też być? – namyśliła się, w końcu zsuwając z zabawki i podchodząc do łóżka by przyjrzeć wybranej kreacji. Mężczyzna bez zbędnego tracenia czasu pomógł już zadowolonej dziewczynce założyć kremową sukienkę, a później grube rajstopy oraz lśniące buciki. Na prośbę dziecka, chwycił szczotkę i z wyuczoną już umiejętnością spiął jasne pasemka w dwa warkoczyki. Brązowe oczy spoczęły na nim, gdy teatralnie zaczął oceniać jej wygląd.

- Wyglądasz ślicznie – przyznał, chwytając ją pod pachy i biorąc na ręce. Zaniósł małą na dół, pomagając założyć płaszczyk oraz szalik, a chwilę później dołączyła do nich kobieta o włosach równie jasnych co małej. Nie powstrzymał westchnięcia pełnego zachwytu na widok jej gibkiego ciała odzianego w purpurową suknię sięgającą kostek. Blond włosy upięła w prostego koka, a delikatny makijaż wszystko pięknie wykańczał. 

- Tatusia to słuchasz, a mamusi nie – prychnęła, gdy zauważyła zadowoloną z siebie księżniczkę – Mała złośnica.

- Dobla – blondyneczka dumnie uniosła brodę, pozwalając się złapać za rękę i poprowadzić do samochodu. Tym razem milczała, nucąc coś cicho pod nosem co było nowością. Podczas długiej podróży w góry chętnie opowiadała im swoim uroczym głosikiem wszystkie pomysły na zabawy z Teddym, do którego to ostatnio nabyła słabości. Samochód pozostawili przed piękną willą, która poozdabiana została lampionami oraz fioletowymi kwiatami. W środku garderobiany odebrał od nich okrycia, a później pokierował do głównej sali. Nie zaskoczył go tak jak towarzyszki widok ogromnego pomieszczenia, w którym poustawiano okrągłe stoliki przykryte białymi obrusami. Krzesła przepasano srebrnymi wstęgami, a pod sufit doczepiono białe, delikatne płachty, podczepione do ścian, dzięki czemu wydawało im się, że są zamknięci w śnieżnej bańce. Jedna ściana była jedynie ogromnym oknem na szczyty zaśnieżonych wierzchołków gór, a widok zapierał dech w piersiach. Niewielka scena w jednym z kątów pomieszczenia, była zajęta przez zajmującą swoje miejsca niewielkim zespołem, a wśród nich dostrzegł dyrektorką Apolla, która swoim uczniom przypominała po raz ostatni swoje zadania.

- Jak.. magicznie – wyszeptała jasnowłosa, promieniejąc entuzjazmem i szczęściem – Och, jak tu pięknie.

- Mówiłem, że to skromne wesele nie będzie wcale skromne – mruknął, ściskając jej dłoń i prowadząc dalej do wyjścia. Stamtąd przeszli przygotowaną wcześniej dróżką do głównej drogi, gdzie czekał na nich długi samochód oraz grupka ludzi.

- W końcu! Czekamy tylko na was – witając się oraz żartując wsiedli do samochodu, który zawiózł ich krętą drogą na szczyt góry, gdzie postawiono willę. Jedynie w posiadłości pozostały kobiety, które nerwowo wróciły do środka. Znów zachwycił ich widok drewnianego kościółka, okrytego białym puchem, który przypominał bajkowy krajobraz. Mężczyzna wszedł do środka z dziewczynką, która sama z ochotą usiadła na ławce w towarzystwie pozostałych brzdąców.

- Tak, tak, będę pilnować – Neville poklepał go po ramieniu, sadzając blondynkę przy Teddym oraz Milli, która ssała kciuka. Podziękował, dołączając do grupki przyjaciół, stojących pod ołtarzem. Dopiero zauważył, że kościół był już wypełniony po brzegi, a kolejne osoby wciąż przybywały.

- Ile można czekać – warknął na przywitanie pan młody, mrużąc powieki ze złością – Doprawdy, spodziewałem się większej.. uwagi. Szczególnie, że to dzięki nam w ogóle przyszedłeś tu ze swoją córką.

- Och, widzę, że zdenerwowany jesteś – parsknął zaczepnie, przewracając oczami – Martwisz się, że ucieknie sprzed ołtarza?

- To nie jest śmieszne – Draco prychnął, poprawiając odruchowo marynarkę i rzucając okiem na spokojnego Harry’ego, który uniósł pytająco brew – Czemu Astoria nie uciekła?

- Bo mnie kocha – odpowiedział rozbawiony, cmokając z dezaprobatą – Uspokój się, Malfoy. Hermiona cię kocha. I niedługo tu przyjedzie.

- Ma jeszcze kilka minut – przytaknął, spoglądając na tłum gości – Jak się czuje, Toria?

- Pierwsze poranne mdłości – westchnął Harry, kręcąc głową – Ale jeszcze nie ma humorków.

- One są najgorsze. I zachcianki – Teodor skrzywił się na wspomnienie Pansy z brzuchem i wiecznego marudzenia – Ale nie martw się. Dziewięć miesięcy później nocki i tak zarywasz, bo dzieciak płacze.

- Wydaje się być nieszkodliwy – zauważył Harry, wpatrując w małego Constantine’a, który leżał właśnie w ramionach Erika Hutza i smacznie spał – Ale wszyscy wiemy jak mocne ma płuca.

- To po Pansy. Też potrafi krzyczeć – przyznał Blaise, machając do dziewczynki, która siedziała obok Teddy’ego – Hope, nawet teraz bywa przekorna.

Wszyscy przyglądali się ciekawie małej blondynce, która właśnie wraz z Nevillem oraz Milką i Teddym opuściła ławkę i ruszyła do drzwi. Historia odnalezienia Aryi w USA przez Blaise’a i Hermionę była jedną z najdziwniejszych. Szukali ukochanej Zabiniego wiele tygodni nim dowiedzieli się, że porzuciła studia, które jej zaoferowali i zamieszkała w małym mieszkaniu. Przeszkodą okazała się mała dziewczynka, którą zobaczyli w mieszkaniu Aryi. Dziewczyna po prostym zaklęciu odzyskała wspomnienie o Hermionie, Harrym, ale nic nie chciało przywrócić chwil spędzonych z Blaisem. Gdyby nie te same oczy oraz usta mulata, które rozpoznać można u Hope, Arya nie uwierzyłaby, że znała i kochała znanego już na całym świecie piosenkarza. Powróciła z przyjaciółmi do Anglii, a po miesiącu pewnej nocy wszystko wróciło. I miłość na nowo zawitała do serc młodych, a Blaise poznał Hope. Swoją córeczkę, którą nie wiedząc, że posiada odesłał wraz z Aryą do Stanów. Teraz jednak i Zabini, i panna Rosier z córką na powrót byli szczęśliwi. I kochali się najbardziej na świecie.

- Zaraz się zacznie – Harry poklepał Draco, który stanął w wyznaczonym miejscu. Tuż obok zajął miejsce Blaise, jako świadek, a za nim drużby. Potter, Nott oraz Weasley, który zakończył pogawędki z rodzicami Hermiony i dołączył do nich. Kapłan również zaczął się przygotowywać, a pani Zabini zasiadła do przygotowanego fortepianu.











- Czy to ostatni moment by powiedzieć do ciebie Granger? – Astoria uśmiechnęła się do niej, gdy schodziły powoli schodami. Na dole czekał na nią już ojciec, wciąż oszołomiony i jej wyglądem, i całą uroczystością.

- Tak – przyznała, stając przed drzwiami, które były ostatnią przeszkodą do rozpoczęcia życia u boku Draco. Spojrzała na swoje druhny, wszystkie piękne oraz odziane w purpurowe kreacje o różnych krojach. Wszystkie jednak oprócz koloru łączyła i długość do kostek oraz skromne, srebrne bukieciki. Arya uściskała ją delikatnie, a Pansy po raz ostatni wyprostowała długi welon. Teddy, Milli oraz Hope złapali koniec welonu, stojąc chwiejnie, ale dumnie.

- Wyglądasz pięknie – oczy Astorii lśniły, gdy się jej przyglądała. Hermiona uśmiechnęła się delikatnie, spoglądając na siebie. Dziewczyny przemieniły ją dzisiaj na boginię, a gdy ujrzała swoje odbicie w pomieszczeniu na górze oniemiała. Chwyciła w drżące dłonie bukiecik z fioletowymi i srebrnymi kwiatkami, a później wyprostowała się i wsunęła dłoń pod ramię ojca.

Coś niebieskiego – błękitna spinka pięknie zdobiona, którą dostała od Narcyzy.

Coś pożyczonego – diamenciki, które lśniły na jej uszach. Kolczyki należące do Astorii.

Coś starego – prosta, srebrna kolia idealnie wpleciona w jej misternie robioną fryzurę. Zabytkowa kolia należąca do jej mamy. 

Była gotowa.

Rozbrzmiały pierwsze nuty melodii, a goście ucichli. Dębowe drzwi otworzyły się, a do środka weszła powoli krocząc Arya. Sunęła w swojej sukni, trzymając niewielki bukiecik ze srebrnymi kwiatkami. Metr za nią pojawiła się Astoria z wyraźnie zarysowanym brzuchem oraz tajemniczym uśmiechem. Na koniec weszła Pansy, która z gracją baleriny domykała grono druhen. I w końcu weszła panna młoda.

Wszyscy wstrzymali oddech, gdy pojawiła się na widoku. Hermiona zarumieniła się uroczo, powoli stawiając kolejne kroki. Dzieci dzielnie dotrzymywały tępa, skupione na swoim zadaniu. Biała suknia była prostego kroju. Koronkowe rękawy, gładki materiał z wcięciem w talii oraz spływająca do ziemi od bioder tkanina. Welon delikatny, doczepiony do kolii, ciągnący się po ziemi i kończący w lepkich dłoniach dzieci. Była zachwycającą panną młodą, a na potwierdzenie zyskiwała oczarowane spojrzenia innych.

Z każdym pokonanym metrem odnajdywała znajome twarze w ławkach. Miało to być małe wesele, ale okazało się, że zbyt wiele bliskich mieli, których koniecznie w tak ważnym dniu chcieli mieć przy sobie. Widziała Lunę, siedzącą z kilkoma innymi koleżankami z Hogwartu, z Nevillem u boku. Widziała Thomasa i Finnigana, którzy przybyli z partnerkami. Dostrzegła profesorów, aurorów, którzy się nimi opiekowali, a nawet rodzinę Aryi. Z przodu zajmowali ławki rudzielce. Zapłakana pani Weasley, która niedawno w końcu się pozbierała. George, uśmiechający się i puszczający jej oczko. Percy ze swoją narzeczoną, a tuż obok Bill z Fleur i mała Victoire na rękach. Charlie z Daphne, która ocierała pierwsze łzy wzruszenia. Jej babcia, siedząca przy mamie i Narcyzie. Erik ze swoją małżonką oraz małym synem Teodora i Pansy na kolanach.

W końcu przesunęła wzrok dalej. Kapłan. A niedaleko Harry z rozczochraną fryzurą oraz ciepłymi oczami. Teodor wpatrujący się w nią z dumą i wzruszeniem. Ron, który udawał, że nie ma łez w oczach. Blaise z trudem powstrzymujący się od jeszcze szerszego uśmiechu.

Draco.

Szare tęczówki wpatrzone w nią intensywnie. Wąskie usta wygięte w krzywym uśmieszku, prosta postawa. Garnitur idealnie skrojony, dopasowany w najmniejszym calu. Wyglądał perfekcyjnie.

A ona kroczyła ku niemu.

- Dbaj o nią – poprosił cicho jej ojciec, gdy stanęli przed schodkiem. Draco zszedł, ściskając dłoń taty dziewczyny i delikatnie biorąc jej rękę w swoją. Odwróciła się, podając bukiet Aryi i wchodząc na schodki. Dzieci ułożyły jej welon, stając później w pierwszym rzędzie. Spojrzała znów na ukochanego, który nie odwracał od niej wzroku, ściskając na chwilę mocniej jej palce.

Nie pamiętała zbyt wiele z uroczystości. Widziała tylko szare oczy, w których odbijała się ona sama. Widziała zapewnienia o wspólnej przyszłości, o domu, który razem stworzą. Przez jej głowę przeleciały różne wspomnienia, a ona smakowała uczucie do blondyna na nowo.

Pierwszy pocałunek, chociaż nie była wtedy sobą, a Astorią…

- To chyba koniec – mruknął równie ponuro blondyn, zatrzymując pod obrazem. Spojrzał na prefekt srebrnymi oczami, które zamigotały w słabym świetle pochodni. Ślizgon patrzył na nią z powagą pomieszaną z ciekawością. Zrobił jeden powolny krok, zmniejszając i tak już niewielką odległość między nimi. Hermiona skamieniała, wdychając do płuc zapach piżmu oraz ten jedyny charakterystyczny dla tego właśnie chłopaka.

- Chyba tak – westchnęła cicho, czując dziwny skurcz w podbrzuszu. Blade palce musnęły jej zaczerwieniony policzek, a potem lekko go pogładziły – Co ty..

Nie zdążyła nic zrobić, gdy wąskie wargi złączyły się z jej. Usta Malfoya okazały się zdumiewająco miękkie i ciepłe. Na początku było to lekkie muśnięcie, ale w pewnym momencie dłonie ślizgona znalazły się na tali gryfonki, a on przyciągnął ją jeszcze bardziej do siebie.  Hermiona nie mogła powstrzymać cichego jęku owijając mu ręce na karku, a palce wplatając w jasne włosy. Nie zdawała sobie sprawy, że czekała na tą chwilę. Nie pamiętała już w którym momencie blondyn po raz pierwszy pojawił się w jej głowie jako przystojny uczeń, a nie wredny arystokrata. A teraz właśnie smakowała jego usta, oddychała tym samym powietrzem, a jego palce gładził jej plecy. Upiorny syn Lucjusza całował mugolaczkę! Nie. To nie była ona.. wciąż wyglądała jak Astoria, a to znaczy, że Malfoy całował nie ją, a tak naprawdę Greengrass, która..

- Au! – zamrugała szybko starając się powstrzymać rosnące poczucie upokorzenia oraz zranienia, obserwując zaskoczonego ślizgona. Blondyn stał teraz parę kroków dalej, gdyż zdążyła się odsunąć. Dotykał opuszkiem palca zranionej wargi, spoglądając z koncentracją na kropelkę krwi. Hermiona skrzywiła się, przypominając że nie miała innego sposobu na ucieczkę z silnych ramion węża. Nie reagował gdy go odpychała, a dopiero ugryzienie spowodowało, że ją uwolnił.

- Wiedziałem – Draco wydawał się zadowolony, a błysk złości w szarych tęczówkach zamienił się w rozbawienie – Nie ładnie gryźć, panno Greengrass, oj nie ładnie.

- Nie reagowałeś – warknęła cicho, chcąc ukryć zbierające i kotłujące się w niej emocje.

- Nie, byłaś zbyt.. absorbująca – blondyn wyszczerzył się, powoli oddalając, ale nim jego sylwetka znikła w mroku, obrócił się jeszcze na moment aby puścić oko zaskoczonej dziewczynie – Miłych snów, Granger.



Chwile, gdy szeptali jeszcze nieśmiało miłosne wyznania. Pamiętała jak drżały jej wtedy dłonie, gdy usta układały się w te dwa proste teraz słowa.



- Kocham cię – przerwała mu, przyglądając jak stalowe spojrzenie błyszczy od emocji – Kocham cię, Draco.

- Nigdy nie sądziłem, że takie dwa proste słowa mogą wywołać tyle uczuć – przyznał po chwili, przesuwając opuszkiem palca po jej policzku – Nigdy też nie wierzyłem, że je kiedyś powiesz.



Strach przed wojną. Przed nieznanym. Przyszłością.



- Po prostu mi zaufaj – poprosił, wyciągając ręce w jej stronę – Granger, obiecuję, że będzie dobrze.

- Mam dość tego zdania – odsunęła się od niego, kopiąc ze złością krzesło – Wszystko będzie dobrze. Czym jest to wszystko?

- Ty jesteś moim wszystkim – westchnął, podnosząc się i zbliżając powoli, kiedy zamarła – Jeśli bym mógł cofnąć czas, wiedząc jak wygląda dziś.. i przyszłość… nie zmieniłbym niczego. Każdy dzień wyglądałby tak samo.



Czym jest to wszystko?

Nimi. Tą chwilą.

- Tak – powiedział Draco, a do niej dopiero teraz dotarły do niej słowa kapłana – Dziś, jutro, na zawsze.

- Tak – powtórzyła słowa przysięgi zaskakująco spokojnie oraz pewnie – Dziś, jutro, na zawsze.

Oboje obrócili się ku Nathanielowi, który czekał z boku, a teraz z dumą podszedł do nich, niosąc obrączki na granatowej poduszce. Draco wziął pierścionek, który już kiedyś w Hogwarcie jej podarował. Obrączka nasunęła się na jej palec, a ona z uśmiechem to samo zrobiła z nim. Później przyglądała się jak zsuwa z jej palca sygnet zaręczynowy i wymienia go na ten z całkowitą przynależnością do swojego rodu. Dopiero wtedy, spletli palce, a młody Nott wrócił na swoje miejsce.

- Możecie się pocałować.

I zrobili to. Słodko, delikatnie i trochę gorzko.

O to początek ich nowego życia.


Przyszłość, o którą walczyli.