23 czerwca 2017

Rozdział 1, w którym wszystko się komplikuje

- Dzień dobry, panienko!

- Dzień dobry, panie Kane, widzę, że czuje się pan coraz lepiej. – Uśmiechnęła się szeroko do sześćdziesięcioletniego mężczyzny, który utykając, zatrzymał się niedaleko niej. Uniósł wyżej laskę, machając nią wesoło.

- Jeszcze parę tygodni i nie potrzebne mi będzie to cholerstwo – zawyrokował radośnie, znów opierając się ciężarem o kawałek drewna i wzdychając. – Dawno, panienki, tu nie widziałem.

- Bo dopiero wróciłam, panie Kane – przyznała, schylając się i zrywając jednego dmuchawca. – Mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy.

- Ja też mam taką nadzieję – stwierdził, odprowadzając ją wzrokiem, gdy znów wróciła na główną drogę pozostawiając główny rynek za sobą. – Panienko!

- Tak, panie Kane? – zerknęła przez ramię, przyglądając się, jak mężczyzna wyciąga różdżkę z rękawa. W pierwszym odruchu chwyciła własną różdżkę schowaną za paskiem, ale skarciła się za zły nawyk. Pan Kane podniósł różdżkę do głowy, a później zasalutował nią, jak aurorzy na wojnie. A później wielu czarodziei na widok Harry’ego.

- Jest pani bohaterką, panienko, bohaterką. Wiemy jak dzielna, panienka, była – zapewnił ją, gdy zdumiona uniosła brwi. – I panicz też wie, panienko.

- Niech Merlin ma pana w opiece, panie Kane – pożegnała czarodzieja, odwracając się i sprężystym krokiem wychodząc. Długo zastanawiała się, czy wrócić poprzez wioskę i przejść się przez rynek, między domami i karczmami, czy od razu przenieść się do dworku. Jednak nie mogła się powstrzymać. Skoro to jej ostatnia droga, do pogrzebania przeszłości, to czy nie powinna jej uhonorować? Gdy była młodsza, uwielbiała przechadzać się tutaj w czasie targu oraz okresu przejezdnych kupców. Często panowała tu radosna atmosfera, a ludzie uśmiechali się do niej. Uwielbiała, wymykać się z domu z Christopherem i biegnąc główną drogą, dobiegać do wioski. Położona była ona w jednej z dolin, a ich willa stała na pagórku. Wieś podlegała jej rodzinie od zarania dziejów, a mimo, że oficjalnie ich społeczeństwo ruszyło na przód, to wciąż mieszkańcy pamiętali o zwierzchnictwie Lorda Parkinsona. Nie zapomniała do tej pory, jak po ogłoszeniu śmierci jej brata, w wiosce zapanował smutek. Odwołano festiwal, upamiętniając jej brata, którego tutejsi mieszkańcy kochali dużo bardziej niż spodziewali się ich rodzice.

Pomachała dmuchawcem, uśmiechając się, gdy jego nasiona porwał wiatr i rozsiał  wokół. Spojrzała trochę wyżej, gdzie droga kończyła się przy dużej, ciemnej bramie. Zmrużyła powieki, bo promienie słońca odbijały się w oknach posiadłości. Zaskoczył ją wybór matki, co do zamieszkania akurat tutaj. Spodziewała się prędzej, że kobieta ucieknie do rodzinnej Francji, bądź wakacyjnego domu.
Ale wybrała Cherrytown, co ją zirytowało. Może właśnie dlatego zdecydowała się, na przyspieszenie wizyty? Ten dom był jej ulubionym, bo rzadko kiedy przyjeżdżał tu ojciec. Częściej rodzice wysyłali ją tutaj z Chrisem pod czujnym okiem, którejś
z niań.

Otworzyła furtkę, przechodząc do środka oraz przyglądając się bujnym kwiatom, które witały od progu. Kochała w tym domu wszystko. Jasne ściany, otwartą przestrzeń, każdą jabłoń na którą kiedyś się wspinała, by zerwać soczyste jabłko. Uwielbiała zapach bzu, niewielkie jeziorko oraz samotnie wiszącą huśtawkę za rogiem. To miejsce było niegdyś jej osobistym rajem. Nieskażonym obecnością potworów, za jakich uważała swoich rodziców.

- Witamy, panienko, nie spodziewaliśmy się pani tutaj! – Poczciwy, starszawy kamerdyner, otworzył jej drzwi, a jego ciepłe oczy rozbłysły radością. – Cóż za miesiąc! Najpierw Lady Parkinson, a teraz młoda dziedziczka!

- Dzień dobry, Richardzie. – Pozwoliła mu sobie pomóc ze zdjęciem płaszcza, który od razu podał czekającym już na jej odzienie skrzatom. Przyjrzała się
z ciekawością staremu mężczyźnie, którego pamiętała ze słodkich tygodni dzieciństwa. Richard, według historii jej brata, pamiętał nie tylko ich jako dzieci, ale i ich ojca i dziadka. Nie chciała nigdy w to wierzyć, ale jednak widziała tysiące sekretów w tych mądrych oraz spokojnych oczach. Kamerdyner wciąż wyglądał nienagannie w ciemnym fraku i z zaczesanymi siwymi włosami. Kiedyś jego zadaniem było doradzanie głowie rodu, później zdegradowano go do roli głównej służby, gdzie odpowiadał za ich pokojówki, lokai czy chociażby stajennych.
Ona natomiast, zawsze kojarzyła go z talerzami naleśników, które polewał syropem klonowym i pozwalał jeść palcami.

- Jak się, panienka, miewa? – To pytanie, chociaż zdawało się proste oraz banalne, wcale takie nie było. Wiedziała, że nie tylko mieszkańcy, słyszeli i uczestniczyli
w wojnie. Widocznie, plotki o jej przyjaźni z Wybrańcem, dotarły i do tego domu. Czuła, jak prześwietla ją uważnym i zatroskanym wzrokiem.

- Mówiąc szczerze, miewam się bardzo dobrze – stwierdziła w końcu, mrużąc powieki. Nie kłamała. Parę miesięcy temu, byłoby to najbardziej fałszywe
i oklepane, podsumowanie jej życia. Była załamana. ZŁAMANA. Każda cząstka jej osoby, była rozbita. Zniszczona. Wciąż, nie opuszczała jej paranoja, a ona nie ruszała się nigdzie, bez zapasowej różdżki i sztyletu. Nieustannie rozglądała się wokół, a koszmary gnębiły ją każdej nocy. Płakała po utracie przyjaciół, Raphaela oraz beztroskich dni. Płakała przez wojnę i po wojnie. Tak dobrze odnalazła swoje miejsce w jej czasie. Wiedziała, że jej zadaniem jest ochrona przyjaciół – jej rodziny – oraz zabijanie śmierciożerców. Gdy wypowiadała mordercze zaklęcia, nie czuła goryczy ani smutku. Czuła satysfakcję. Kiedy to wszystko się skończyło, gdy Voldemort upadł, ona również stoczyła się na dno. Miesiące ucieczki przed odpowiedzialnością za czyny, przed przyjaciółmi i ich osądem, były jej prywatną krucjatą. Odwiedziła rodzinę jednego ze śmierciożerców i wpłaciła anonimowo spory zasiłek. Później objechała świat, szukając ukojenia w jego pięknie. I dopiero, gdy usiadła przy biurku z pustymi kartkami obok, zrozumiała. Uwolnieniem przeszłości, było jej spisanie. Pisała ze szczegółami o każdym czynie, o każdej chwili, o smutkach czy radościach. Banalne słowa łączyły się, w przerażające wyznania, rozbitej emocjonalnie młodej kobiety, którą stała się przez ostatni rok.
A kiedy skończyła… mogła wrócić. Wchodząc ostatecznie do domu Harry’ego, porzuciła przeszłość. Wkradając się do sypialni Teodora, otwierała się na przyszłość. A całując go, potwierdzała własne przypuszczenia, że to on nią był.

- Zmieniła się, panienka – szepnął ze smutkiem, ale i dumą, kręcąc głową. – Kiedyś tą samą siłę i niezłomność, ujrzałem w innych oczach.

- Christopher wciąż jest wśród nas, Richardzie – zapewniła go, ściskając mocno jego rękę oraz czując ciepło, gdy odpowiedział uściskiem. – Czy możesz mnie zaprowadzić do matki?

- Lady jest bardzo… osłabiona – wyznał, gdy ruszyli krętymi schodami na drugie piętro. Pansy przytaknęła, słabo zainteresowana zdrowiem rodzicielki. Chętniej upajała się, widokiem morelowych ścian, kwiecistych tapet oraz wypolerowanych podłóg. Kwiaty w doniczkach, które niegdyś z chęcią pomagała podlewać, liczne obrazy, w które kiedyś kochała się wpatrywać. Przeszli do części zachodniej, mieszkalnej, gdzie jak się spodziewała spoczywała matka. Nie zaskoczyło ją,
że wybrała pokój gościnny, zamiast, przypadające Lady, osobne komnaty pani domu. Jej matka nigdy nie czuła się tu, prawdziwą gospodynią, prędzej przejezdnym gościem.   

- Proszę, odpraw wszelką służbę z tego piętra. – Spojrzała ostatni raz na mężczyznę, który przytaknął, obserwując, jak wchodzi do pokoju matki. Stanęła na progu niewielkiego saloniku, w którym, mimo ciepłego dnia, wesoło trzaskał ogień. Na jednej z kilku sof, na wpół leżała kobieta, z kieliszkiem wina w dłoni
oraz chusteczką w drugiej. Nad nią, stała jedna z tutejszych pokojówek, przykładając chłodny okład do czoła matki, a druga trzymała tacę z herbatą.

- Czy to ty, Madeline? Doprawdy, ile czasu może zająć przyniesienie lodu? – sarknęła arystokratka, unosząc trochę głowę.

- Skoro doskwiera ci upał, to po co palisz w kominku? – zapytała, machając ręką na dwie młode dziewczyny, które cofnęły się posłusznie. Violet Parkinson usiadła, odrzucając okład za siebie i spoglądając na nią z szokiem. Pansy wpatrywała się
w swoje własne oczy, które zaciekawione mierzyły ją wzrokiem.

- Moja córeczka – wyszeptała kobieta, podnosząc się szybko i podchodząc do niej z wyciągniętymi ramionami. Pansy spięła mięśnie, gdy poczuła kwiecisty zapach kobiety oraz jej szczupłe ramiona, oplatające jej własne. Nad ramieniem kobiety wskazała służkom drzwi, a one od razu posłuchały. Zostały same.

- Ostatnie dni przed procesem postanowiłaś spędzić tutaj? – zapytała chłodno, odsuwając się i podchodząc do kominka. Prostym czarem zgasiła ogień, a później zerknęła przez ramię na rodzicielkę, która przysiadła znów na sofie.

- Proces? Och, kochanie, miałam nadzieję, że postarasz się uratować swoją mamę przed niesprawiedliwym osądem – zaszczebiotała Lady Parkinson, mrugając szybko. – Czyż nie liczy się teraz i twoje zdanie?

- Niesprawiedliwym osądem? A cóż ty, matko, uczyniłaś, by uratować nas przed tyrańskimi rządami Voldemorta? – parsknęła ironicznie, przekrzywiając głowę,
by przyjrzeć się matce pod innym kątem. – Prawda jest taka, najdroższa mamo,
że twój marny żywot spoczywa teraz w moich rękach.

- Słucham, co ty…

- Tak. Słuchaj mnie uważnie, Violet, bo nie powtórzę się nigdy więcej. – Uniosła rękę, przerywając jej oburzone sarknięcie. – Za dzień, bądź dwa, przybędą tu aurorzy specjalni i bez tracenia czasu, przeniosą cię do Ministerstwa. Po paru godzinach rozpocznie się twój proces, na którym wiele równie głupich dam co ty, będzie się wzajemnie oskarżać. Większość z was, skończy w Azkabanie, niektóre usłyszą wyrok śmierci. Nazwisko Parkinson jest przez ojca skażone złem,
ale dzięki mnie nabrało nowego znaczenia. – Pansy wzruszyła lekko ramionami, unosząc kąciki ust. – Z moich źródeł wiem, że dostaniesz piętnaście lat
w Azkabanie, ale nie oszukujmy się. Najtwardsi umierają tam po dziesięciu latach,
 a ty, kochana Violet, nie wytrzymasz tam roku.

- Pansy…

- Szczerze mówiąc, długo zastanawiałam się, co z tym fantem zrobić.
Nie przeszkadza mi wyrok, jaki usłyszysz, co więcej popieram go. – Zaśmiała się sucho na widok jej szoku oraz przerażenia. – Ale dobija mnie myśl, o wypełnianiu papierków za cztery miesiące, gdy twój słaby umysł nie wytrzyma i postanowisz się zabić. Takie sprawy mogą się ciągnąć w nieskończoność, a ja nie mam teraz do tego głowy. – Sięgnęła ręką do torby, z której wyciągnęła teczkę i położyła ją na stoliku. – To jest twoja alternatywa.

Podeszła powoli do okna, wyglądając do ogrodu. Słyszała, jak matka przegląda papiery, a jej oddech przyspiesza. Położyła dłoń na chłodnej szybie, uśmiechając się, na widok starej wierzby. Siadała pod nią często, zaplatając wianki z Astorią, kiedy bawiły się  w nimfy. Niedaleko drzewa, leżał duży głaz, który służył jej, Draco i Blaise’owi za kamień tajemnic. Kiedy zdradzali sobie sekrety, układali dłonie na kamieniu i szeptali wyznania.

- Pansy, to… pomyłka. Dałaś mi właściwe dokumenty? – Matka przerwała ciszę drżącym głosem, przykuwając na nowo jej uwagę. Gdy tylko przymykała powieki, niemalże mogła usłyszeć swój śmiech, brzdąkanie na gitarze Chrisa, czy głosy przyjaciół, którzy biegali z nią po tych korytarzach. Ileż wspomnień kryły te mury.

- Jak najbardziej – przytaknęła, przyglądając się, jak rumieniec pojawia się na bladych policzkach matki, gdy ta zaczęła cicho protestować. – Obawiasz się,
że wywołasz skandal? Wierz mi, kochana mamo, że nikt nie będzie teraz na to patrzył. Chyba, że twoje przyjaciółki, z nieukrywaną zazdrością.

- To wstyd…

- Wstydem jest niszczenie własnych dzieci, matko. To jest twój jedyny ratunek przez zimną celą w Azkabanie. – Podeszła bliżej, siadając na jednym z foteli
i bębniąc opuszkami palców w oparcie. – Ale wybór należy do ciebie. Jedynie wspomnienie dobra Christophera, zachęciło mnie do pomyślenia nad alternatywą. On cię kochał, chociaż nie umiem tego zrozumieć.

- Ty mnie nie kochasz? – Spojrzała na nią, bardziej zdumiona, niż Pansy się spodziewała.

- A ty mnie kiedykolwiek kochałaś? – odparowała, nie spuszczając wzroku, jak ona. Oczywiście, że kochała tą pustą kobietę. Zawsze. Bardziej, niż na to zasługiwała. Starała się spełniać jej wszystkie wymagania. Robić to, co uważała za słuszne, według rodziców. A później zrozumiała, że dla nich i tak nie istnieje.
I zaczęła myśleć samodzielnie. Teraz przyglądała się, pięknej jak lalce kobiecie, która powinna być jej oparciem oraz wzorem do naśladowania. Jednak, była to jedynie powłoka, bo w środku, nie spodziewała się nawet bijącego serca.

- Gdzie mam podpisać?

Pansy wyprostowała się, wskazując miejsca oraz podając jej pióro. Przyglądała się, jak powoli kreśli podpis, a zawijasy stawały się jej wyrokiem. Gdy każda kartka została podpisana, Pansy poczuła po raz pierwszy gorzki żal. Odebrała dokumenty,  również się pod nimi podpisując i tym samym je pieczętując. Schowała je do teczki, podnosząc się i klaszcząc.

- Nie pakuj się. Prawdopodobnie większości rzeczy, nie będziesz mogła zachować. – Jej matka również stanęła, przyglądając się ze smutkiem pomieszczeniu. – Możemy załatwić to od razu, prawda? Później będę musiała złożyć te dokumenty
w Ministerstwie, a wciąż panuje tam straszny ruch.

Nie czekając na odpowiedź kobiety, wyszła, wzywając służbę i prosząc jednak,
o spakowanie kilku drobiazgów matki. Później, zarzucając na ramiona płaszcz, wpatrywała się w Lady Parkinson, która sztywnie oplotła szyję szalem. Prawdopodobnie powinna czuć więcej współczucia dla złamanej kobiety, jednak nie umiała jej przebaczyć bierności. Nie, gdy na szali ważyło się życie jej syna.

- Richardzie, wrócę tu za dwa tygodnie – poinformowała mężczyznę, wyciągając rękę do matki i chwytając jej walizkę w drugą dłoń. Kiedy chłodne palce oplotły jej, pozwoliła kobiecie na ostatnie spojrzenie wokół, a później zniknęły.



*-*-*


- Dostanie tu pani fachową opiekę, pani Parkinson.

Pielęgniarka skończyła ich właśnie po krótce oprowadzać po Bangour Village Hospital, które Pansy uznała za najlepsze rozwiązanie. Wróciły z powrotem do gabinetu, gdzie skończono przeszukiwać bagaż kobiety. Dziewczyna przyjrzała się kilku bluzkom oraz spódnicom, które pozwolono matce zatrzymać. Gdy pielęgniarka zaprosiła jej matkę na badanie, odebrała siatkę z odrzuconymi drobiazgami, które chciała zachować.

- Jeszcze to, panienko. – Młodsza pielęgniarka podsunęła jej kawałek drewienka, który po zastanowieniu wsunęła do swojej torby. Gdy arystokratka wróciła
z pobieżnych badań, zabrały walizkę i ruszyły do wyznaczonego dla niej pokoju. Pomieszczenie miało białe ściany oraz gładką wykładzinę. Proste łóżko, etażerka, niewielka szafka oraz stoliczek z krzesłem, składały się na całe wyposażenie. Postawiła bagaż kobiety na krześle, dotykając opuszkiem sztucznych słoneczników w wazonie i zerkając na zdezorientowaną rodzicielkę. Violet usiadła na łóżku, wpatrując się otępiale przed siebie.

- Do zobaczenia, mamusiu – szepnęła do ucha matki, gdy pochyliła się, by po raz ostatni na kilka lat, musnąć wargami jej policzek. Wyprostowała się i bez oglądania za siebie wyszła z pokoju. Towarzysząca jej pielęgniarka, uprzejmie odprowadziła ją pod gabinet dyrektora posiadłości. Bez pukania weszła do środka, gdzie jak oczekiwała, spodziewał się jej starszawy mężczyzna. Gabinet był dość przytłaczającym pomieszczeniem, z dużym, dębowym biurkiem oraz ścianami zastawionymi regałami na książki. Dyrektor tej ponurej placówki miał zmęczone oczy i surowy grymas, ale uniósł kąciki ust, gdy uścisnęła mu rękę.

- Uzgodniliśmy właśnie warunki leczenia pani matki, pani Parkinson – zapewnił ją, wskazując na siedzącego na drugim fotelu chłopaka. Pansy spojrzała na stanowczą posturę jej towarzysza, który rzucił jej pewne spojrzenie.

- Matka bywa upartą osobą, panie Glerson, szczególnie, gdy ma jeden ze swoich ataków – westchnęła, wyciągając dłoń i splatając palce z milczącym szatynem. – Cierpi na urojenia. Często mówi, że jest czarownicą, bądź innym mitycznym stworzeniem.

- Schizofrenia jest ciężką chorobą, ale mamy przeróżne metody leczenia. Proszę się nie martwić o matkę – zapewnił, uśmiechając ponuro. – Mamy tu wiele takich, co uważają się za czarownice, księżniczki, czy wróżki.

- Proszę stosować najlepsze środki, a o konsekwencje się nie martwić. – Machnęła ręką, podnosząc się i wymieniając z ciemnowłosym spojrzenia. Harry wydawał się być równie zmęczony tym miejscem co ona, więc po kilku podpisach mogli opuścić szpital psychiatryczny. Jednakże dopiero, gdy wsiedli do pozostawionego wcześniej przez Harry’ego samochodu, rozluźniła się. Przyglądała się malejącemu budynkowi w lusterku, aż w końcu zniknął z jej pola widzenia.

- Przerażasz mnie, Pansy – zawyrokował w końcu Harry, gdy docisnął gazu, a oni sunęli szybciej przez szosę. – A co bardziej przeraża mnie moja własna radość z tego co wyrabiamy.

- Uratowaliśmy jej życie – powtórzyła tysięczny raz, otwierając okno i wyciągając dłoń, by poczuć wiatr. – Ale zamknięcie w mugolskim szpitalu psychiatrycznym, jest cudownie słodką zemstą.

- Upewniłem się, że będzie się nią opiekować ta podstawiona pielęgniarka charłaczka, która w razie czego zatuszuje użycie magii. Chociaż sądzę, że te dawki leków, które będzie dostawać, wystarczająco zablokują jej siłę na czarowanie. Bez urazy, Pansy, ale nie jest zbyt potężna magicznie. – Uśmiechnął się, zerkając na przyjaciółkę, która przymknęła powieki i obserwowała mijane wzgórza. Jej palce łapały wiatr, gdy nimi poruszała.

- Jestem zmęczona, Harry, tą przeszłością – westchnęła, opierając policzek o ramię i odwracając głowę w jego stronę. – A teraz naprawdę czuję się wolna.

- Masz może ochotę na przystanek krajoznawczy? – zaproponował z przebiegłym uśmiechem jej przyjaciel, bo oczywiście już znał odpowiedź. Nim zdążyła przytaknąć, zjechał z głównej drogi, prowadząc ich do nieznanego jej miejsca. Włączyli radio, a ona nie mogła powstrzymać uśmiechu, gdy usłyszeli singiel Blaise’a, który właśnie był jednym z najpopularniejszych. Roześmiała się, kiedy Harry zaczął śpiewać głośno kolejne zwrotki i sama po chwili dołączyła. Dopiero po przeszło godzinie, zatrzymali się. Samochód stanął na brzegu wysokiego urwiska, a Potter wraz z nią wysiadł. Wspięli się na maskę czarnego camero, który Wybraniec dostał ostatnio od Kingsleya. Osobiście Pansy bawiło, to rozpieszczanie chłopaka przez Ministra. Harry chciał kurs aurorski? Harry dostał. Harry rozkazał szkolić Malfoya przez specjalistów? Harry dostał. Harry zażyczył sobie, by po opuszczeniu sześciu miesięcy ich szkolenia do nich dołączyła? Proszę bardzo, dostała prywatne treningi, nim mogła naprawdę z nimi trenować. Od najdrobniejszych życzeń Pottera, po najbardziej wymyślne.

- Rozumiem czemu Astoria się w tobie zakochała – parsknęła, gdy wyciągnął z bagażnika plecak, a z niego kilka ciasteczek czekoladowych babci Granger. Oparli się o siebie wygodnie, obserwując zachodzące powoli słońce. Z każdej strony otaczał ich las, a oni siedzieli na szczycie klifu i wpatrywali w ciemną wodę pod nimi. Harry zaśmiał się wesoło, obejmując ją po bratersku i opiekuńczo, jak lubiła.

- Jestem z ciebie dumny, Pansy – powiedział w pewnym momencie, oblizując lepkie palce i wbijając w nią ten swój przenikliwy wzrok. – Kiedy zniknęłaś, bardzo się bałem. Przyznaję bez bicia, że tęskniłem mocniej niż ktokolwiek myśli.
 I bałem się, że nie wrócisz. Aż pewnego dnia schodzę do kuchni, a ty siedzisz przy stole obok Teodora i zajadasz się tostami.

- Przepraszam, że cię zostawiłam. – Odwróciła na chwilę wzrok od pięknego widoku zachodzącego słońca by na niego spojrzeć. – To było bardzo egoistyczne.

- Ja to rozumiem, Pansy. Jestem z ciebie dumny, że udało ci się naprawdę skończyć z przeszłością. – Uśmiechnął się do niej delikatnie i troskliwie. – I Chris też jest z ciebie dumny.

- A ty? Kiedy zamierzasz z nią skończyć? – spytała, gdy odzyskała głos po chwili wzruszenia. Harry skrzywił się gorzko, czochrając i tak roztrzepane włosy.

- Moja przeszłość zaczęła się przed moimi narodzinami. Ludzie nie chcą z niej zrezygnować. Ale ja… - uciął, zagryzając wargę w namyśle i potakując sobie samemu – Moim ostatecznym końcem będzie moment, gdy Astoria powie: tak. Gdy zostanie moją żoną, a ja zacznę tworzyć przyszłość nie tylko sobie, ale i dzieciom.

- Pamiętaj, że to przeszłość nas kształtuje. Co nie równa się w definiowaniu. – Wzruszyła ramionami, gdy na nią zerknął z ciekawością. – Jeżeli nie pozostawimy przeszłość w przeszłości, wojny w przeszłości, to zniszczy to naszą przyszłość.
A wojna się nie skończy.

- Oferta dnia dzisiejszego, nie będzie obowiązywać dnia następnego – podsumował, uśmiechając się szeroko i ukazując jej ulubiony dołeczek w policzku. – Życie to suka.

- Inaczej, byłoby zbyt prosto – zaśmiała się, przypatrując, jak zsuwa się z samochodu i podchodzi bliżej krawędzi. Bez namysłu ruszyła jego śladem, ustawiając stopy na skraju urwiska tak, że jej palce wychodziły poza krawędź. Wsunęła dłoń pod jego ramię, opierając policzek o jego biceps i uśmiechając się na widok ostatnich promieni słońca.

- Dziś się już kończy, Pansy Parkinson, a wkrótce rozpoczną się kolejne dwadzieścia cztery godziny, pełne jednorazowych ofert – szepnął, nie odrywając wzroku od pomarańczowego nieba. – Czy w pełni wykorzystaliśmy dzisiejszy dzień?

- Coś sugerujesz? – zapytała, marszcząc brwi, gdy spojrzał w dół w urwisko, gdzie wiele metrów niżej fale roztrzaskiwały się o skały.

- Masz wrażenie, że wojna zapewniała ci pewną dawkę adrenaliny potrzebną, by poczuć, że żyjesz?

- A teraz tego brakuje? Mocnego bicia serca, szumiącej krwi? – przytaknęła, nieruchomiejąc, gdy posłał jej drapieżny uśmiech. – Czuję, że twój plan mi się spodoba.

- Zapieczętujmy ten dzień w należyty sposób – zaproponował, wyciągając do niej rękę i kiwając głową w bok. – Ufasz mi na tyle, by skoczyć ze mną w przepaść?

Znów się wychyliła, spoglądając w dół na ostre skały, na głośny szum fal
i niebezpiecznie strome zbocze. Nim się powstrzymała, jej twarz rozjaśnił uśmiech, a ona splotła palce z chłopakiem, zaciskając mocno palce.

- Tak.


Nie musieli odliczać. W idealnie zgranym momencie, odepchnęli się od gruntu, podskakując wysoko, nim grawitacja pociągnęła ich w dół. Wiatr szumiał głośno
w uszach, nadymał im bluzki, gdy w zadziwiająco szybkim tempie spadali w dół. Roześmiała się, kiedy Harry zaczął krzyczeć radośnie. Ich spojrzenia spotkały się na moment, pełne ekscytacji oraz szaleństwa. Oboje uzależnili się od adrenaliny. Od tej dawki grozy. Może dlatego byli najlepszym kursantami? Bo podejmowali decyzje? Znów wróciła myślami do tej chwili. Skały zbliżały się nieubłaganie, ale nie puścili się. Oczyściła umysł, wciągając słonawy zapach wody oraz ciesząc się ostatnim oporem powietrza, wobec grawitacji. A nim uderzyli o najwyższe szpiczaste skały bądź zanurzyli się w wodzie, poczuła szarpnięcie w okolicach pępka i świat zawirował. Zniknęli, wraz z ostatnim promykiem dnia.


*-*-*


Szybciej. Przyspieszyła z trudem, starając się, nie zgubić rytmu. Głęboki wdech, rwanie w płucach, palący ból mięśni. Zacisnęła zęby, nie pozwalając bólowi, przejąć kontroli. Czasem w takich chwilach, znowu miała wrażenie, że biegnie przez las, ścigana przez śmierciożerców. Nie raz, i nie dwa, miała wrażenie, że słyszy ich szyderczy śmiech, i że zaraz stoczy kolejny pojedynek na śmierć i życie. Przeskoczyła przez przewrócony konar, a później dużą kałużę, nie tracąc tempa. Nie była zdumiona, gdy linia drzew gwałtownie się skończyła, a ona wybiegła na pusty teren, przed dużym budynkiem. Zatrzymała się dopiero przed schodami, opierając dłonie o uda i wypuszczając powietrze. Pot spływał po jej twarzy, ale czuła satysfakcję. Wyprostowała się powoli, dostrzegając siedzących niedaleko chłopaków.

- Nieźle, śliczna – stwierdził Mike Pollock, gdy opadła na trawę obok nich. Uśmiechnęła się lekko, puszczając oczko zapatrzonemu w nią, najlepszemu przyjacielowi Mike’a – Travis’owi. – który zarumienił się i spojrzał w bok.

- Chociaż i tak słabo. – Harry uciekł przed jej ciosem, wybuchając śmiechem. Nie mogła się powstrzymać i dołączyła do niego, pozwalając swoim mięśniom trochę się rozluźnić. Oprócz Harry’ego, Mike’a, Travisa oraz Connora, który przyniósł im właśnie butelki z wodą, zauważyła dwóch amerykanów, których imion wciąż nie zapamiętała i jednego Irlandczyka. Zmarszczyła czoło, nie dostrzegając tego, którego szukała. Kiedy nadgoniła trochę zaległości i dostała zgodę na treningi z tą grupą (Harry znów nagiął zasady) od razu odnalazła się w ich towarzystwie. Cieszyła ją stała obecność przyjaciela u boku, który zdążył nawiązać przyjaźnie z Mikiem oraz chłopakami. W ich grupie oprócz niej była jeszcze jedna dziewczyna, Lexa, która wciąż kończyła bieg.

- Jakieś wieści od Hermiony? – zapytała zerkając, na wciąż szeroko uśmiechniętego Wybrańca. Harry zdawał się radośniejszy niż zwykle, a jego oczy błyszczały wesoło.

- Stresuje się egzaminami, chociaż są dopiero za trzy miesiące. – Przewrócił oczami, wskazując podbródkiem teren za nią. – Tam jest.

Zerknęła przez ramię, mrużąc powieki przez słońce i czując nagły skurcz żołądka. Owszem, był tam. Obserwowała ciekawie, jak mięśnie jego ramion pracują pod jasną skórą, kiedy w samym podkoszulku, kończył właśnie pojedynek z jakimś chłopakiem. Cieszyła oczy jego nagim brzuchem, gdy uniósł wysoko ręce, rozciągając się leniwie. W długich, szarych dresach nisko opadających mu na biodrach i przylegającej do mięśni koszulce. Oparła podbródek o kolano, oplatając ramionami nogę i uważnie obserwując chłopaka. Nie wiedziała, że kurs aurorski będzie tak intensywny. Mieli rygorystyczne zasady, surowych nauczycieli oraz ciężkie treningi. Musieli wzmocnić ciało, polepszyć refleks, zwiększyć zasób zaklęć i poćwiczyć planowanie strategii. Ona, Harry i Teodor, mieli trochę inną sytuację od pozostałych. Trenowali już wcześniej, bardzo podobnie jak teraz, pod czujnym okiem Erika. Jednakże najbardziej  podobały jej się momenty, gdy po treningach mogli wrócić do swoich pokoi, przejść do wspólnego salonu, bądź uciec w miasto. Szkoła Aurorska, miała miejsce na południu Anglii, niedaleko niewielkiego miasteczka, ale chętnie chadzali tam do miejscowych pubów.
Na Grimmlaud Place 12 wracali czasem w weekendy, kiedy wiedzieli, że Draco bądź Blaise będą wpadać.

- Patrzysz na niego łakomie – parsknął Harry, podając jej butelkę z wodą.

Owszem. Wiedziała, że nie umiała przestać  otwarcie się na niego patrzeć. Jednak po tak długiej rozłące czuła, że ma prawo. Na dodatek, jak tylko tu przybyła, usłyszała, że wielu dziewczętom – a było ich tu nie aż tak dużo – bardzo się podoba. Chyba miała prawo zaznaczyć swoje terytorium? Szczerze mówiąc, będzie musiała o tym porozmawiać z Astorią, bo nie znała się, aż tak, na tych damsko- męskich sprawach.

- Nawet nie wiesz, co siedzi w mojej głowie  – odpowiedziała zaczepnie, podnosząc rękę, gdy spojrzał w końcu w ich kierunku. Poczuła jak ciepło rozchodzi się po całym jej ciele, kiedy uśmiechnął się szeroko, odłączając od swojej grupy
i niespiesznie się do nich kierując.

- Cześć – przywitał się, opadając na ziemię obok niej i pochylając, by złożyć na jej ustach krótki pocałunek. Smakował jak zawsze, kawą i miętą, co działało na nią w bardzo niezdrowy sposób.

- Cześć – wymruczała, przysuwając się trochę bliżej. Całe jej ciało przeszył dreszcz, gdy splótł ich palce, a później rozpoczął pogawędki z chłopakami. Nawet z tak bliska, nie mogła oprzeć się patrzeniu. Przyglądała się jego pełnej dolnej wardze, którą często lubiła gryźć oraz trochę węższej górnej. Jego policzki pokrywał dzisiaj dwudniowy zarost, ale nie czuła się z tym źle. Nie przeszkadzało jej zbytnio, to drapanie, kiedy zaczepnie pocierał ich policzki. Ciemne włosy opadły mu na czoło, gdy pochylił się, zafascynowany rozmową z Wybrańcem o zajęciach z zaklęciami z dziedziny Czarnej Magii. Lubiła patrzeć na prosty, wyrzeźbiony nos, po którym czasem sunęła opuszkiem palca. Miał wysokie kości policzkowe, które właśnie dodawały mu drapieżnego wyglądu. Trochę krzaczaste brwi, a pod nim oczy, o kształcie migdałów, głęboko osadzone, o niesamowicie ciemnym, niebieskim odcieniu, granatowym tak bardzo, że często zdawały się czarne. Okalały je długie, podkręcone rzęsy, których zazdrościłaby mu nie jedna dziewczyna. Był przystojny, aż do bólu. Przyciągał ją do siebie. Przy tym, nie mogła oprzeć się, jego słodkiemu zapachowi oraz delikatnym, acz zaborczym muśnięciom dłoni na ramieniu.

- Sprawiasz tym spojrzeniem, że bardzo bym chciał wiedzieć, o czym teraz myślisz – wyszeptał, nachylając się jeszcze bardziej i przyciskając wargi do jej ucha. Zadrżała, obracając się tak, by ich usta dzieliły milimetry, rozkoszując tą słodką torturą.

- Bardzo, ale to bardzo, by ci się to spodobało – stwierdziła, wyciągając głowę, by go pocałować. Tym razem dłużej oraz mniej delikatnie. Teodor jak zwykle odsunął się, bo nie przepadał za takim okazywaniem sobie uczuć przed publicznością. Westchnęła, pozwalając mu na to i uśmiechając, gdy jego oczy zamigotały z pożądaniem. 

- Dzisiaj się widzimy? – zapytał, podnosząc się, bo jego grupa została wezwana przez mentora.

- Jasne – uśmiechnęła się, przyglądając, jak odchodzi do swoich towarzyszy.

- Nie patrz się na jego tyłek – mruknął Harry, podciągając się na nogi i popychając ją lekko. – Jesteś jak nabuzowana hormonami nastolatka.

- Po pierwsze, to mój facet, więc mogę się patrzeć na jego pośladki ile chcę, a po drugie, to ja wciąż jestem młoda – sarknęła, wsuwając rękę pod jego ramię i wykrzywiając usta w złośliwym grymasie. – A ty, masz może jakieś wieści w sprawie samochodu?

- A ty to wredna jesteś – prychnął, krzywiąc się niechętnie. Pansy zaśmiała się, czochrając go po ciemnej grzywie. Kiedy dwa tygodnie temu skoczyli z klifu, spodziewała się, że Harry teleportuje ich z powrotem na górę. Zamiast tego wylądowali na Grimmauld Place 12, a mina Wybrańca, gdy nie potrafili sprecyzować położenia samochodu, była bezcenna. Od tamtej pory ukrywał prawdę przed Kingsleyem, a nawet Erikiem, każdego wieczoru z chłopakami szukając zguby.

- Lepiej powiedz mi, czy pracujesz nad przysięgą na ślub – zachęciła, wiedząc jak ta sprawa męczy chłopaka. Jak się spodziewała, Harry zaczął długi wywód nad absurdalnością swojego zadania. Przytaknęła, ciesząc się, że teraz ich problemami były tak przyziemne sprawy. Może za jakiś czas przestanie, tak czujnie się rozglądać?

Skończą się koszmary?


*-*-*


- Cześć, Lexa.

Uniosła głowę, gdy usłyszała głos chłopaka, który minął w drzwiach jej współlokatorkę. Teodor przebrał się po treningu i teraz wskakiwał na łóżko Pansy, w ciemnych spodniach i bluzce z długim rękawem. Jego włosy, wciąż były wilgotne po prysznicu, a usta ciepłe, gdy musnął nimi jej policzek.

- Nie spieszyło ci się – zauważyła rozbawiona, zamykając zeszyt i odkładając go na biurko. Przesunęła się na łóżku tak, by mógł oprzeć się wygodniej o poduchy przy ścianie, a później samej układając się obok niego. Obróciła się na lewy bok, by móc na niego popatrzeć i uśmiechnęła się, gdy zrobił to samo.

- Miałaś dziś koszmar – stwierdził cicho, splatając ich palce. Przytaknęła, wiedząc że nie sensu kłamać. Zbyt dobrze ją znał, by się nabrać na doskonałe kłamstwa.
Cóż, oboje byli świetnymi manipulatorami. Może dlatego, tak podobała się jej ich relacja? Często wymieniali zgryźliwe uwagi, kpili z siebie, a jednocześnie bardzo gorąco zdradzali sekrety swoich serc.

- Śnił mi się Christopher – wyznała w końcu, ale po jej spojrzeniu poznał, że nie chcę wgłębiać się w szczegóły. Rozsiedli się wygodniej, Teodor z książką o logicznym myśleniu w rękach, a ona z kilkoma notatkami z wykładów. Niedługo ich ważne zaliczenia, a ona czuła się bardzo dobrze, jeśli chodzi o materiał. Nott pilnował jej i Harry’ego, niczym kiedyś Hermiona. Uśmiechnęła się do własnych myśli, zapominając o nauce. Nie mogła uwierzyć, że to dziwne uczucie, którym promieniała, to radość. Od dawna nie pamiętała, że to tak odprężające. Bycie szczęśliwą.

Była to zasługa jej rodziny.

Draco, z którym często rozmawiała przez kominek. Spędzała długie godziny, siedząc przed nim i słuchając jego opowiadań ze stażu. Czasem, nawet nie rozmawiali. Ona się uczyła, a on pisał sprawozdania. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Jak kiedyś.

Blaise’a, który od jej powrotu, nie dawał jej dnia wytchnienia. Musiał wiedzieć, gdzie jest, czy wszystko z nią w porządku. Pracował teraz nad piosenką Genevie, a kiedy pierwszy raz ją usłyszała, nie mogła powstrzymać wzruszenia.  Może nawet przekona się do swojego drugiego imienia?

Hermiony, która pisała jej długie listy. Lubiła wczytywać się w niemalże eseje przyjaciółki, która opowiadała o Hogwarcie. Śmiała się ze sławy przyjaciółki, a smuciła, kiedy i ona przeżywała, wciąż nie blednące wspomnienia umarłych. Lubiła jednak świeżość, którą wprowadzała gryfonka. Niezłomność.

Astorii, która porzuciła naukę w Hogwarcie i powróciła do domu. Na początku, chciała skarcić przyjaciółkę, ale gdy ta opowiedziała o pomyśle zbudowania domu dziecka… była pod wrażeniem. I ze wszystkich sił, starała się teraz pomóc z papierkową robotą.

Harry’ego, który jako jedyny, nie martwi się otwarcie mówić o piekle, jakie przeszli. Często wspomina o osobach, które zabił. O klątwach jakie rzucił. Opowiada jej o chłopcu, który marzył by dorosnąć, a teraz ten sam mężczyzna marzy o kolejnych przygodach.

Teodora. Uczyła się go powoli na pamięć. Jego gesty, kiedyś nic nie znaczące, teraz dużo mówiły o jego nastroju. Przypatrywała się mu, kiedy usypiał z głową na jej kolanach, a później budził. Widziała, jak dopiero po kilku sekundach uświadamia sobie, że nie są znów na jakiejś misji, a w Szkole Aurorskiej.
Nott przechodził własną traumę. Utracił w czasie wojny matkę, ojca i ukochanego dziadka. Został głową rodziny. Dziedzic uzyskał władzę.

- Jestem Lady – powiedziała, przykuwając jego uwagę. Nie odłożył książki, ale jego wzrok spoczął na niej z ciekawością. Wyciągnęła rękę, wyjmując z szuflady duży pierścień i unosząc go wyżej.

- Lady? – powtórzył powoli, odbierając od niej sygnet rodzinny. – Głową rodziny? A co z twoją matką?

- Podpisując papiery, że oddaje się leczeniu… ubezwłasnowolniłam ją. Lekarze potwierdzili to, gdy potwierdzili jej problemy psychiczne. – Zagryzła wargę, kiedy jego wzrok z pierścienia znów spoczął na niej. – Także, teraz to ja mam władzę. I decyduje o wszystkim.

- O ślubie z Zabinim – dodał cicho, odchylając trochę do tyłu, ale nie zmieniając poważnego wyrazu twarzy.

- Spotykam się z nim w piątek by to dokończyć oficjalnie – przytaknęła, biorąc głęboki wdech, gdy nie zaprotestował, kiedy przysunęła się bliżej. Teraz ich twarze dzieliło dziesięć centymetrów, co wciąż było znacznie za dużym odstępem. Nie spodziewała się, że to Nott będzie trzymał się, aż tak dawnych tradycji. Szczerze mówiąc, zaskoczył ją nieustępliwą cierpliwością, oczekując, że nim posuną się za daleko, ona zakończy swoje narzeczeństwo z Blaisem.

- I będziesz wtedy, już tylko moja – wymruczał, muskając ustami jej wargi. Zadrżała, gdy subtelnie przesunął opuszkami palców po jej policzku, aż po szyję
i obojczyk. Czuła jego słodki smak, zapach mydła oraz wilgotne kosmyki włosów. Teodor obrócił się gwałtownie, sprawiając, że opadła na materac plecami, a sam opierając na łokciach, ułożył się nad nią. Jego ciepłe wargi przesunęły się z ust na szyję, podgryzając ją delikatnie, przez co dostała niemalże zawrotów głowy. Na Merlina, jak jej się kręciło w głowie! Było go tak pełno… jego dłonie, jego usta, jego oczy, zapach, smak. Pragnęła go tak bardzo. A jeszcze bardziej tej miłości.

- Nie musimy czekać do ślubu, wiesz? – wychrypiała, gdy jak zawsze odsunął się od niej w pewnym momencie. Mogła teraz jedynie spleść z nim palce i obserwować, jak stara się zapanować nad oddechem. Znów leżeli ramię w ramię, wpatrując się w sufit.

- Czyżby wraz z wyrzeknięciem się rodziny utraciłaś wszelkie granice przyzwoitości, Lady Parkinson?

- Nie wyrzekłam się rodziny, Teo. Właśnie, że się ich nie wyrzekłam. – Pokręciła głową, przyglądając się, jak po krótkim namyśle skinął głową, a później delikatnie uniósł jej dłoń i nasunął na palec sygnet rodzinny. – Gdybym chciała, mogłabym się ich pozbyć. Może i sprawę z ojcem załatwiłam… brutalnie. Ale matkę oszczędziłam.

- Kłamczucha – parsknął, przekręcając się na bok w jej stronę i opierając na łokciu, zaczął się jej przyglądać z rozbawieniem. – Nieładnie tak oszukiwać.

- Skąd wiesz czy kłamię czy nie? – zapytała szczerze zaciekawiona, krzywiąc się, gdy w odpowiedzi ukazał jedynie, szereg białych zębów. – Masz rację. To nie jest ułaskawienie wobec mojej matki.

- Też. Ale to nie jest koniec twojej zemsty – dodał, wzdychając, kiedy znów przytaknęła. – Moja kochana, słodka, Pansy… kiedy zamierzasz porzucić własną ścieżkę sprawiedliwości i bycie sędzią?

- Kiedy poczuję, że winni są ukarani tak, jak powinni – skrzywiła się, gdy uniósł brew, na tą brawurową odpowiedź. – Może moim przeznaczeniem nie jest bycie aurorem, a sędzią?

- A może powinnaś jednak zacząć robić to, co kochasz? – Pochylił się, całując ostrożnie jej palce i uśmiechając się ze smutkiem. – Te dłonie mają tworzyć, a nie zabijać.

- Te dłonie są umoczone we krwi, której nie mogę zmyć. Nigdy nie będę mogła. – Przyjrzała się swoim rękom, które nie wyglądały podejrzanie. Ludzie ściskali je i potrząsali nimi, nie zastanawiając się, ileż to razy odebrała nimi życie.

- Czy wciąż obwiniasz się o śmierć tamtego mugola? A może małej puchonki? – Uśmiechnęła się ze smutkiem, unosząc wzrok z powrotem na niego i kręcąc głową.

- To nie była moja wina – powtórzyła enty raz to zdanie, które z trudem przechodziło jej przez gardło.

Nie jej wina.

Nie.

Jej.

Wina.

- Pansy, czy chcesz…

- Nie – ucięła, siadając i wyplątując się z jego uścisku. Podniosła się szybko, starając uśmiechnąć się na nowo, nim obróciła się znów w jego kierunku. – Zaraz wracam. Wezmę prysznic.

Nie odpowiedział, uważnie śledząc jej ruchy. Chwyciła czyste ubrania i ręcznik, chowając się w przylegającym pomieszczeniu. Stanęła szybko przy umywalce, zaciskając na niej palce i biorąc głęboki wdech. Wyprostowała się z trudem, pochylając, by odkręcić kurki pod prysznicem. Woda zalała jej ramię, ale bezmyślnie się nie ruszyła. Nie zdejmując ubrań, weszła do kabiny, osuwając się na kolana i płacząc cicho. Miała przed oczami tamtego mugola, pierwszą osobę jaką zabiła. Małą puchonkę, pierwszą ofiarę jaką odczuła. Ale to nie była jej wina. Nie wiedziała, czy to przez spokojne, bolesne rozmowy z Nottem, czy pełne zrozumienia wybaczenie Harry’ego, a może rozgrzeszenie Hutza, któremu opowiedziała o swojej osobistej krucjacie. Nie wiedziała, który z nich, a może czy wszyscy razem, wpłynęli na jej postrzeganie tamtych sytuacji. To nie była jej wina.

Nie. 

Nie jej.

Ale to inna osoba umarła przez nią. Przy niej. W jej ramionach.

- Raphael.

Zamrugała, kiedy woda z zimnej zrobiła się ciepła, przyjemna. Teodor wszedł, również w ubraniu do kabiny, siadając obok niej i śmiejąc cicho pod nosem.

- Raphael. Obwiniasz się o jego śmierć?

- Nie? Tak. Tak, tak. – Potrząsnęła głową, odgarniając mokre włosy do tyłu
i spoglądając w ciemne, wpatrzone w nią oczy. – Nie wiem.

- Uratował cię. Czy musisz odbierać mu nawet ostatnie poświęcenie? – drgnęła, gdy zaczął szeptać. – Byłaś jego ostatnim punktem zaczepienia wśród dobrych. Czy nie kazał ci cieszyć się życiem, o które tak się troszczył?

- Tak, kazał – przyznała, mrużąc powieki, gdy Teodor uniósł delikatnie kąciki ust. – Co?

- Chodzi o coś więcej – stwierdził, zamykając oczy i odchylając głowę. Strumienie wody spływały po jego czole i policzkach, mocząc koszulkę i spodnie. Oparła się ramieniem o ścianę, obserwując, jak kropelki uderzają o jej dłoń.

- Boję się, że cię stracę – wyznała cicho, sama zaskoczona swoim odkryciem. Kiedy jednak wypowiedziała te pięć słów, wiedziała, że to prawda. To dlatego na zmianę zbliżała się do Notta, a po chwili go odpychała. Dlatego bała się, powiedzieć wprost, co czuje. Utraciła Christophera i to zmieniło całe jej życie. Utraciła Raphaela, a również prawie Draco i Harry’ego. Utraciła Milli. Nie przeżyłaby kolejnej rany, zadanej w jej popękane, ciemne serce.

- To się nigdy nie stanie, Pansy Genevie – przyrzekł, muskając ustami jej dłonie
i nadgarstki. – Prędzej to ja, mogę obawiać się, że to ty, coś sobie zrobisz.

- Och, doprawdy? – mruknęła z bladym uśmiechem, gdy wypomniał jej liczne pojedynki, w których to on zwyciężył, a nie ona. Przysunęła się bliżej, układając głowę na ramieniu chłopaka. Woda wybijała cichy rytm, a ona przez chwilę zastanawiała się, co powie współlokatorce na tak przemoczoną łazienkę.

- Kocham cię, Pans.

- A ja kocham ciebie – szepnęła, czując ulgę.

W końcu, znów była lekka.  

Była sobą.

Poranioną, złamaną, odbudowaną z małych kawałków, ale sobą.



*-*-*


- Zabiłaś tylu ludzi, a boisz się zastukać do drzwi, głupia wariatko – wymamrotała do siebie, znowu stając przed furtką i chwytając za klamkę. Sekundę później, kolejny raz wsunęła dłoń do kieszeni, przechodząc na drugą stronę uliczki, by na nowo przyjrzeć się posiadłości. Dom był niewielki, ale do małych też nie należał. Był podobny do pozostałych na obrzeżach Londynu, ale jednak przykuwał wzrok. Za bramą widziała piękne kwiaty oraz niespotykane gatunki roślin, o które ktoś  bardzo się troszczył. Przyjrzała się oknom na piętrze, gdzie właśnie zgasło światło.

- Stoisz tu już od dwóch godzin, a moja żona straciła właśnie cierpliwość. – Obróciła się zdumiona, gdy za jej plecami niemalże znikąd pojawił się mężczyzna, obrzucając ją złym spojrzeniem. – Musiałem wyjść z pracy, bo przerażona myślała, że to śmierciożercy. Ciesz się, stuknięta wiedźmo, że nie wziąłem ze sobą całego dywizjonu.

- Nie chciałam przestraszyć pana żony – skrzywiła się, bo do tej pory nie pomyślała o ukochanej czarodzieja. No tak, widok jej niezdecydowanej, czy wejść czy nie, mógł skojarzyć się z jakimś prześladowcą.

- Wiem, ale to zrobiłaś. Zatem może ruszysz się w końcu i wejdziesz? – mruknął, przechodząc na stronę swojego domu i otwierając furtkę. – Idziesz? Nie mam dla ciebie tyle czasu, ile ci się wydaje.

- Mogę przyjść kiedy indziej – zawahała się tuż na progu drzwi, sprawiając, że mężczyzna, który odwiesił już płaszcz, wykrzywił twarz w paskudnym grymasie pełnym niezadowolenia. – Albo i nie.

- Kiedyś myślałem, że jesteś mądrzejsza – burknął, odbierając od niej kurtkę i wieszając obok swojej. – Chodź, musisz jej pokazać, że nie przyszłaś nas zabić.

- Kochanie? – kobieta siedziała w salonie przed kominkiem z książką na kolanach, ale nie wyglądała na zbyt zafascynowaną lekturą. Była równie śliczna jak na weselu Billa Weasleya, czy Wigilii, a nawet bardziej, bo zamiast w eleganckiej sukience, siedziała w podziurawionych ogrodniczkach. Odmładzało to ją jeszcze bardziej, tak samo jak zmierzwiony warkocz i delikatny makijaż.

- Isa, to tylko mój kolejny krnąbrny i niepokorny uczeń – westchnął, ale tym razem jego twarz rozjaśnił szczery, ciepły uśmiech, gdy pochylił się, by cmoknąć ją w policzek na powitanie, a później zasiadł obok na sofie. – Mów czego chcesz, Parkinson.

- Erik! – kobieta syknęła, podnosząc się z gracją i ściskając serdecznie nieprzygotowaną na takie powitanie dziewczynę. – Witaj, Pansy. Wybacz, ale nie poznałam cię na początku i... bałam się, że to ci źli.

- Przepraszam. – Naprawdę nie przemyślała sytuacji, w której wystraszy panią Hutz,  niemalże na śmierć. – Po prostu… mam problem.

- Każdy ma problemy, Parkinson, ale niektórzy starają się je rozwiązać samodzielnie, a nie nawiedzać o dziwnych porach ludzi – wymruczał Erik Hutz, tym razem obrzucając ją jednak, łagodniejszym spojrzeniem. – Usiądź, dziewczyno i powiedz mi w coś się znów wpakowała. Skoro już masz kogo nawiedzać, to nawiedzaj.

- Zrobię wam herbaty – zaoferowała się Isabelle, przechodząc szybko do kuchni
i pozostawiając ich samych. Pansy usiadła na jednym z foteli, zerkając na tańczące wesoło w kominku płomienie. Na półce powyżej umieszczono kilka fotografii,
a ona ze zdumieniem odnalazła tam, mnóstwo zdjęć z Harrym. Erik i Harry tuż po wyjściu ze szpitala, na Wigilii, na rozpoczęciu kursu oraz kilka innych, na niektórych w trójkę z Isabelle. Jednak najbardziej zaskoczyło ją zdjęcie tuż na rogu. Tam byli oni. Wszyscy. Niemalże słyszała krzyk Milli, by stanęli w końcu razem, kiedy po treningu wygłupiali się przez chwilę z aurorem. I oto ta chwila, na wieki uwieczniona. Harry na środku czochrany przez Hutza, Hermiona siedząca między Draco i Teodorem, Marcus obejmując jedną ręką Milli, a drugą Astorię. Ona śmiejąca się, gdy Blaise chwycił ją w pół.

- Bardzo lubię to zdjęcie – powiedział, gdy wciąż milczała. – Całkowita ironia. Tyle radości, tuż przed rozpoczęciem się najgorszego koszmaru.

- Czasem bym chciała wrócić, chociaż na chwilę, do tamtych dni przed – przytaknęła, spoglądając w końcu na Erika, który ze smutkiem nie odrywał wzroku od zdjęcia Milki. – Byłeś tym, który ją widział jako ostatni.

- I dzięki niech będą Bogu, bo nie chciałbym, byście i wy, mieli ten obraz przed oczami – szepnął, przymykając powieki. – Chociaż ty, Pansy, widziałaś równie wiele potworności.

- I niech tak pozostanie – odpowiedziała cicho, rozluźniając się w końcu
i wzdychając. – Koszmar nie był najgorszy. Dla mnie najbardziej bolesne, było przebudzenie. Kiedy wszystko się skończyło, tak niespodziewanie i szybko, a ja wciąż czułam… paranoje.

- To się nazywa przykra prawda. – Uśmiechnął się do niej gorzko, unosząc brwi. – Powiedz mi tylko. Czy przyszłaś tutaj, bo mam ci pomóc kogoś zabić? Schować ciało? Czy może potrzebujesz jedynie rozmowy?

- Zabiłbyś kogoś dla mnie? – prychnęła, kiedy przewrócił oczami na ten nonsens. – A dla Harry’ego?

- Nie po to, tu przyszłaś – uciął, ale i tak, wychwyciła to w jego spojrzeniu. Zabiłby. Dla Harry’ego było zapewne niewiele rzeczy, których by nie uczynił. Widziała to. Jego miłość do chłopca, którego szkolił. Którego uczył jak chronić umysł, jak sprawnie władać różdżką. Kochał go, bo Harry stał się dla niego synem.

- Nie wiem co zrobić i nim spytasz, to nie. Nie zabiłam nikogo. – Zagryzła wargę, wybijając palcami, rytm piosenki dobiegającej z kuchni. – Są takie momenty w życiu, które wszystko zmieniają, prawda? To tak, jakbyśmy pierwszy raz otworzyli oczy i dostrzegli kolory. Albo zrozumieli, o co w tym wszystkim chodzi. Dla Astorii jest to Milli, dlatego teraz chce zbudować ten dom dziecka… dla Teodora to utrata całej rodziny, a dla mnie?

- Dla mnie była to miłość do Isabelli – przytaknął, spoglądając na wyblakły znak śmierciożercy na ramieniu. – Rozumiem, o co ci chodzi.

- Myślałam, że dla mnie, będzie to śmierć Raphaela. A potem, że to odkrycie, jak bardzo kocham Teodora. – Zmarszczyła brwi, bawiąc się sygnetem na palcu. – Teraz sądziłam, że to umieszczenie mamy w szpitalu psychiatrycznym i pełna władza nad swoim życiem.

- Domyślam się, że to również nie to. – Czuła jak uważnym wzrokiem mierzy jej postać nim znów się odezwał. – A jednak. Nie zachowujesz się, jak wcześniej. Czy nadszedł ten moment?

- Do ostatniego miesiąca byłam pewna, że to oficjalne zerwanie zaręczyn z Blaisem. – Uśmiechnęła się na myśl, o tamtym dniu oraz ich świętowaniu, które później dla niej i Teodora skończyło się w niespodziewany sposób. – A nawet, że to najlepszy seks w moim życiu. Tak, z Teodorem.

- Nie chcę znać szczegółów. – Machnął ręką, przechylając głowę, gdy cicho się zaśmiała. – Więc co?

- Konsekwencje wszystkich moich wcześniejszych wyborów, każdej decyzji skumulowały się i… - Wzruszyła ramionami, układając dłonie na płaskim brzuchu. – Jestem w ciąży.


*-*-*


Kwiecień skończył się szybciej niż zaczął, a ona przywitała kolejny miesiąc, z porannymi mdłościami. Według Isabelle, to właśnie dopiero teraz, potwierdzają się jej przypuszczenia. Po około sześciu tygodniach, może pewniej zdiagnozować swój stan. Czy w ten sposób również potwierdziła swoje teorie Millicenta? Pansy stanęła przed lustrem, podciągając koszulkę, by przyjrzeć się swojemu pępkowi. Delikatnie ułożyła na nim prawą dłoń, stukając w niego bez namysłu.

- Jesteś tam, czy to tylko życie nabija się z mamusi?

Jeżeli życie jednak płatało jej figle, to miała naprawdę przechlapane. Dziewięć testów zrobiła, od kiedy spóźniła jej się przez tydzień miesiączka. Dziewięć.
I wszystkie były pozytywne. Życie naprawdę jest przekorne. Od zerwania zaręczyn z Zabinim, ona i Teodor, prowadzili bardzo żywiołowy tryb poznawania się na nowo. Ale tylko jeden, jedyny raz się nie zabezpieczyli. Raz. Ich pierwszy raz, po nocy pełnej zabawy z Blaisem i przyjaciółmi, kiedy to ich narzeczeństwo dobiegło końca. Oczywiście, nie wolno polegać na eliksirach zabezpieczających w stu procentach, ale… czy to nie za szybko?

- To jeszcze nie czas na negocjacje – westchnęła, gdy poczuła kolejny atak mdłości. Poprawiła koszulkę, rzucając ostatni raz wzrokiem na swoje odbicie
i wyszła z łazienki.

- Dobrze się czujesz? Jesteś blada. – Lexa podała jej torbę, przyglądając z troską. – Może po drodze wstąpimy do pielęgniarki?

- Daj spokój, Lexa, dziś i tak mamy samą teorię – westchnęła ze znużeniem, bo nie znosiła tych dni. Teoria. Strategie. Logika. Omawianie zaklęć. Wolała zdecydowanie praktyczniejszą część kursu aurorskiego, ale widać nawet przyspieszony, obejmował część teoretyczną.

- Jak uważasz, Pans, ale jeśli chcesz, to mam eliksir – zaoferowała dziewczyna nim wyszły, ale ciemnowłosa pokręciła przecząco głową. Nie sądziła, by to coś jej dało, a nawet jeśli, to skąd ma wiedzieć, czy nie zaszkodzi dziecku? Wolała nie ryzykować.

Kurs aurorski, jak łatwo się było domyślić, odbywał się w Szkole Aurorskiej, która słynęła na całym świecie czarodziei, jako jedna z najlepszych. Ciężko było się do niej dostać, a jeszcze trudniej utrzymać. Normalne szkolenie trwało trzy lata, ale w tych czasach i z tym zapotrzebowaniem, ukrócono czas i wzmożono wysiłki. Co więcej, osób było mniej niż na przestrzeni ostatnich lat. O wiele mniej.

Wyszły z akademika na zielony trawnik, który poprowadził ich do Gmachu Południowego, gdzie odbywały się wykłady. Przed wojną, miejscem do tego przeznaczonym, była część wschodnia, ale w czasie wojny, nie tylko Hogwart ucierpiał. Znaczną część Szkoły Aurorskiej, zniszczyły liczne ataki śmierciożerców. Jak się spodziewała, Harry, Mike i Connor, czekali na nie przed Głównym Gmachem, wszyscy zaspani i niezadowoleni z życia. Wspólnie weszli do budynku, który oszałamiał wielkością oraz starą architekturą. Była pewna, że Hermiona, byłaby zachwycona tym budynkiem i doceniłaby go bardziej, niż oni sami. Uśmiechnęła się na myśl o przyjaciółce, która jako jedyna, nie była zaskoczona jej związkiem z Nottem.

- Dobrze się czujesz? – Przewróciła oczami, kolejny raz słysząc to pytanie, ale Harry’ego nie zmyliła jej nonszalancja. Wpatrywał się w nią czujnie i z troską, kiedy zajęli już miejsca w auli. Przytaknęła, starając uśmiechnąć się szczerze. Widząc jego krytyczny wzrok, zrozumiała, że jej to nie wyszło.

- Harry, proszę – westchnęła, ale wiedziała, że odpuści. Skinął w końcu głową, opierając brodę na dłoni i zerkając na ich wykładowcę. Ona sama porzuciła nieszczęsne myśli o jej stanie zdrowotnym i jego konsekwencjach, czując ekscytację, na widok tytułu zaklęć oraz przydzielonego im dziś profesora.

- Zaklęcia Niewybaczalne. – Klasnął dłońmi by ich uciszyć porucznik Octavian Murphy, jeden z najbardziej zasłużonych dowódców aurorów. Czytała wiele artykułów na temat przeprowadzonych przez niego akcji we Francji, gdzie udało mu się ograniczyć wpływy Voldemorta.

- Imperius, Cruciatus, Avada Kedavra – wymienił, zaginając po kolei trzy palce
i uśmiechając krzywo. – Wszystkie bardzo niebezpieczne, ale tylko Avada, jest aż tak… zabójcza. Nikt ze znanych mi osób, bądź w całej magicznej historii nie przeżył tego czaru. Oprócz, oczywiście, jedynego wyjątku. – Bystre oczy porucznika zatrzymały się, na siedzącym obok niej Harrym, który nawet nie drgnął pod ostrzałem tylu spojrzeń. – Harry Potter, Chłopiec Który Przeżył.

- Dwukrotnie – dodał z rozbawieniem Mike, klepiąc Pottera po ramieniu. – Ciężko się go pozbyć.

- Nie zaprzeczę, że to dobry powód do podziwu – zgodził się wykładowca, opierając o biurko i rozglądając wokół. – Czy jest wśród was ktoś, kto użył kiedykolwiek któregoś z tych zaklęć?

Pansy rozejrzała się z ciekawością, ale poczuła ukłucie zazdrości, gdy z czterdziestu paru osób jedynie z osiem się zgłosiło. Wolałaby chyba, nie musieć teraz podnosić ręki, bo czuła się z tym nieswojo. Po kolei każdy mówił jakiego czaru użył oraz w jakich okolicznościach. Nie zdumiało ją, że większość jedynie użyła Imperio w czasie walki, bądź by rozproszyć przeciwnika.

- Panna… Parkinson? – Murphy skinął na nią, więc wyprostowała się odrobinę bardziej. – Użyła pani któregoś z tych zaklęć?

- Tak – przytaknęła spokojnie, wiedząc, że nawet jeśli się przyzna, to nic jej nie grozi. Zdawała już zeznania z wojny w obecności samego Ministra oraz Wybrańca,  każdy jej uczynek został ułaskawiony. Zamiast bycia tą złą zyskała miano bohaterki wojennej.

- Którego, jakbym mógł dopytać?

- Wszystkich trzech. – Widziała poruszenie wielu osób, bo oprócz ich małej grupki, niewielu ludzi, zdawało sobie sprawę z tego do czego była zdolna. Co robiła. A już na pewno, że wtedy naprawdę jej się to podobało. Poczuła jak Harry drgnął, gdy osoby siedzące w pierwszym rzędzie obróciły się by również na nią spojrzeć. Przez krótką chwilę sprawiło jej to satysfakcję. Ich uwaga oraz błysk niepokoju w oczach.

- Ma więc już pani doświadczenie – stwierdził, posyłając jej delikatny uśmiech. – Wojna zmusza nas do ostatecznych czynów, a ci, którzy nie poczują się gotowi sięgnąć po takie środki, nie mają czego szukać w tym miejscu. Niektórzy z was po roku aktywnej służby, postanowią schronić się za biurkiem wśród dokumentów, inni poczują rządzę przygód, a misje będą dla nich spełnieniem marzeń. Macie jeszcze trochę czasu do namysłu. Zaklęcia Niewybaczalne są groźne, ale bywają przydatne w tym zawodzie.

Reszta trzygodzinnego wykładu, przeminęła przyjemnie oraz niezbyt zaskakująco. Pansy przestała zwracać uwagę na szepty i spojrzenia, co poniektórych, woląc kolejny raz przemyśleć swoją sytuację. Czysto teoretycznie, jeśli byłaby w ciąży, to jej obowiązkiem wobec rodziny, byłoby usunięcie dziecka, bądź jak najszybszy ślub z Teodorem. Odrzuciła jednakże od razu opcję z eliksirem „pozbywającym się problemu”, bo musiała przyznać sama przed sobą, że chciała tego dziecka. Bardziej, niż ktokolwiek mógłby się tego spodziewać. Niż ona,  mogłaby się tego spodziewać! Ślub, również nie był zadowalającą ją opcją, bo mimo, że kochała Notta i nie bała się małżeństwa, to wolała, chociaż z tym jednym, się nie spieszyć. Wystarczyło, że gazety rozpisywały się na temat zaręczyn Wybrańca oraz planach Draco i Hermiony. Nie miała zamiaru dodawać nowych newsów, a tym bardziej przestrzegać dawnych reguł, narzuconych przez rodzinę. Urodzi nieślubne dziecko i będzie z tego dumna. Cóż, oczywiście, najpierw będzie musiała porozmawiać
o tym, z ukochanym. Może jej nie będzie przeszkadzać owa sensacja, ale nie mogła zapomnieć, że teraz i Teodora zdanie było ważne.

Drugą istotną kwestią, był kurs aurorski. Nie planowała z niego zrezygnować
i ukończy go, nawet z dzieckiem w brzuchu. Może jeśliby poprosiła, Erik pomógłby jej przesunąć testy praktyczne na wcześniejszy termin. Słyszała już ofertę, by w ogóle ich nie zdawać, bo jak oznajmiła Rada Biura Aurorów, to wystarczającym egzaminem było chwytanie śmierciożerców oraz pomoc w pokonaniu Voldemorta. Równie dobrze ona, Harry i Teodor, mogliby już otrzymać odznaki i rozpocząć oficjalną pracę. Jednak wspólnie ustalili, że wolą wziąć formalnie udział w szkoleniu.

- Panie Potter, czy moglibyśmy porozmawiać? – Zatrzymała się przy drzwiach, kiedy porucznik zawołał Harry’ego. Wymieniła z przyjacielem spojrzenia decydując się poczekać na niego na zewnątrz. Lexa z chłopakami ruszyła w kierunku stołówki, ale ona wolała zaczekać na Wybrańca. Usiadła na jednym ze schodków, przymykając powieki, kiedy słońce wyszło zza chmur. Zapach trawy, wiosny oraz świeżości kojarzył jej się ze słodyczą dzieciństwa. Znikały troski, a pozostawało jedynie widmo radości z beztroskich dni.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym cię teraz namalować.

Otworzyła oczy, czując nieznośne ciepło w okolicy serca, gdy zobaczyła chłopaka. Ciemne włosy zmierzwione przez wiatr, kusiły, by wpleść w nie palce. Podniosła się szybko, stając na ostatnim schodku, by ich spojrzenia były na jednej wysokości. Teodor przysunął się na tyle blisko, żeby mogła opleść wygodnie ramionami jego szyję.

- Dzień dobry – wymruczała, muskając wargami jego szorstki policzek i wciągając zapach męskich perfum. O tak, Astoria kupiła mu na święta idealne.

- Nie przyszłaś z pozostałymi – wytknął jej niemalże dziecinnie, krzywiąc się identycznie jak Nathaniel, gdy kazali mu wcześniej kłaść się spać. – Pomyślałem, że może w takim razie zmienimy trochę plany.

- Trochę? - Uniosła brew z ciekawością, przyglądając się, jak kieruje spojrzenie nad nią, a odgłos kroków Harry’ego zaczął się przybliżać. – Uwzględniamy go w planach?

- Och, tak, nie możemy go tak porzucić – parsknął, całując ją krótko w usta, a później w nos. – Może zjemy obiad na Grimmauld?

- Jasne, Nate się ucieszy – przytaknęła, obracając, kiedy Harry podszedł do nich z szerokim uśmiechem. – Czego chciał od ciebie, porucznik Murphy?

- Pytał o bzdury. Jak sobie radzę, czy mi się podoba i… czy może chciałbym przenieść się do francuskiej szkoły – skrzywił się, co już posłużyło im za jasną odpowiedź zielonookiego. – Oczywiście, Fleur byłaby tym zachwycona, ale grzecznie odmówiłem. Nie mógłbym zostawić tutaj was czy Teddy’ego. Na dodatek nie wiadomo, kiedy Marcus się obudzi, a wolałbym wtedy tu być i…

- Tęskniłbyś za nami – dokończyła gładko, zeskakując ze stopnia i splatając palce z Teodorem. – Idziemy na obiad do domu. Przyłączysz się?

- Tak – przytaknął, co jedynie dodało jej jeszcze większej ochoty by wrócić już do domu. Uwielbiała takie dni, kiedy spotykali się w domu wszyscy razem. Harry, Teodor, Astoria, Draco, Blaise, Nathaniel, ona, a czasem i Hermiona, która wymykała się z Hogwartu. Ostatnio na nowo wrócił do nich Ron, który powoli godził się z utratą siostry. Charlie i Daphne również z chęcią dołączali, a ciężarna Fleur wyjadała im wszystkie łakocie.

Dom. Nie sądziła, że kiedyś na to słowo będzie się uśmiechać.


*-*-*


Szpitalne korytarze nigdy jej nie przerażały. Słyszała wiele historii o tym, że mają specyficzny zapach, smutny nastrój oraz przygnębiającą aurę. Ludzie drżeli na samo słowo szpital, który kojarzył się z bólem, cierpieniem, chorobą. Pansy jednak nie miała żadnych problemów zdrowotnych, jak i jej najbliżsi, więc rzadko kiedy miała sposobność spędzić chociażby chwilę w tym przedziwnym miejscu.

Jedynym skojarzeniem teraz była wojna. Nawet śpiąc w oddzielnym, dobrze strzeżonym pokoju, odczuwała ból innych. Płacz, panikę, troskę lekarzy. Chwilowy pobyt tutaj trochę ją zraził, ale wciąż nie czuła potrzeby ucieczki, kiedy tylko przekroczyła próg. Jak pokierowała nią przemiła pani recepcjonistka, wjechała windą na drugie piętro, gdzie minęła kilka zestresowanych pielęgniarek i dwóch uzdrowicieli.

- Przepraszam, szukam pewnej osoby. – Zastukała w otwarte drzwi podpisane jako pokój stażystów, a w którym siedziało kilka osób, na oko w jej wieku, bądź ciut starsze. – Draco Malfoy. Wiecie gdzie jest?

- Kolejna zapatrzona praktykantka? – parsknęła śmiechem dziewczyna
o przerażająco rażących, czerwonych włosach. Wraz z nią, zachichotało dwóch chłopaków, jednocześnie uważnie jej się przyglądając.

- Przykro mi, słonko, ale Draco ma narzeczoną. Hermiona Granger, mówi ci to coś? – parsknął blondyn, podrzucając do góry jabłko. – Gazety o niej trąbią, media o niej trąbią, ludzie o niej trąbią.

- Obiło mi się o uszy. – Przewróciła oczami, opierając dłonie na biodrach
i uśmiechając lekko. – Bohaterka wojenna, co?

- Przyjaciółka Harry’ego Pottera – dodała czerwonowłosa jakby naprawdę mogła o tym nie wiedzieć. – Znamy ją.

- Doprawdy? – powstrzymała się od śmiechu, a obserwujący ją czujnie chłopak, nagle się wyprostował, a błysk w jego oczach uświadomił ją, że już domyśla się kim i ona jest. – To wiecie, gdzie mogę znaleźć Draco?

- Zawsze niedaleko ciebie – odpowiedział jej sam poszukiwany, stając nagle tuż za nią i uśmiechając się krzywo. – No proszę, kogo ja tu widzę? Pani auror? Czy przyszłaś mnie skuć i aresztować?

- Wyciągnę tylko kajdanki – przytaknęła, przyglądając jego niebieskiej szacie, która świadczyła, że jest stażystą w Mungu. – Mhm, pasuje do ciebie ten strój, panie doktorze.

- Hermionie też się podoba. – Uniósł porozumiewawczo brew, pochylając się
i cmokając ją w policzek. – Poznałaś już moich towarzyszy niedoli? Maggie, Jasper, Todd, to moja najukochańsza przyjaciółka. Pansy Genevie, to moi nieszczęśni, nowi znajomi.

- Wiedziałem, że skądś cię kojarzę – stwierdził Jasper, uśmiechając się
z rozbawieniem. – O tobie też piszą gazety. Mag, to Parkinson! Pansy Parkinson!

- Nie poznałam cię – przyznała Maggie, posyłając jej przepraszające spojrzenie. – Czasem zaglądają tu dziennikarze by dorwać Draco i…

- Rozumiem. – Wzruszyła ramionami biorąc pod ramie blondyna. – Czyżbyś właśnie kończył swój dyżur?

- Widzieliśmy się tydzień temu na obiedzie, ale rozumiem, że się stęskniłaś – parsknął, biorąc z szafki swoje ubrania i  bezwstydnie się przy nich przebierając. – Czy znów zbiorą się tłumy w domu?

- Czy ty nie powinieneś domem nazywać swojej niewielkiej willi, gdzie mieszkasz z mamą? – parsknęła śmiechem na jego niezadowolony grymas. – Dom tam, gdzie serce twoje, hm?

- Żebyś wiedziała – przyznał, machając znajomym na pożegnanie i prowadząc ją do kominka. – Gdzie idziemy?

- Potrzebuję waszej pomocy – powiedziała w końcu, spuszczając wzrok na nadgarstek, gdzie jak zawsze przypięte miała dwie bransoletki. Jedną od kochanej Milli, a drugą od Zabiniego i Malfoya.



- Tego zdążyłem się domyślić, gdy tylko cię zobaczyłem, więc po Blaise’a posłałem już Gumisia – westchnął cicho, podając jej garść proszku Fiuu. – Powiedzmy, że mam pomysł. 
























Witam, witam! 

Ale się stęskniłam za DJNZ! A jak bardzo wkręciłam w tą serię o Pansy! Wracamy już do regularności większej, bo i wakacje się zaczynają, i więcej czasu! 

W ogóle Lupi była ostatnio na koncercie Coldplay i wciąż nie może się obudzić z tego pięknego snu! Kocha ktoś tutaj Coldplay? <3

Ściskam i życzę dłuugiego wypoczynku,
Lupi♥



Za sprawdzenie, poprawienie i podgląd dziękuję kochanej Kitty!