31 grudnia 2015

Praw­dzi­wa miłość zaczy­na się tam, gdzie nicze­go już w za­mian nie oczekuje.

Cześć,

jak obiecałam rozdział przed Nowym Rokiem! I niestety wciąż podtrzymuje moją decyzję o rzadszym dodawaniu następnych rozdziałów. Na pewno będzie minimum jeden post na miesiąc, ale o regularności nie mogę nic powiedzieć. To już styczeń, a maj co raz bliżej. 

Mam nadzieję, że nie uciekniecie i mnie zrozumiecie.

Wybaczcie jeszcze raz tą długą rozłąkę.

Wasza,
Lupi♥

PS. Rozdział sprawdzony.




Hermiona spoglądała na śpiącego chłopaka z nikłym uśmiechem. Przypomniała sobie noc, którą spędzili ze sobą w zupełnie inny niż zwykle sposób. Zarumieniła się na samo wspomnienie jego pocałunków, czułych muśnięć dłoni i mocno splecionych ciał. Stało się. Straciła dziewictwo.

- Merlinie, która godzina?

Drgnęła, unosząc wzrok znad swoich dłoni. Draco leżał na całej szerokości, macając ręką miejsce obok siebie. Oparła się ramieniem o kolumienkę, uśmiechając szeroko, gdy zmarszczył brwi z niezadowoleniem. Uchylił powieki, odnajdując ją od razu srebrzystym spojrzeniem i wpatrując w nią intensywnie. Zagryzła wargę, wiedząc, że wyglądała niczym straszydło. A już na pewno nie przypominała tych seksownych, rozespanych wiedźm z czasopism dla facetów. Spuściła wzrok muskając odruchowo opuszkiem palca jego koszulkę, która kończyła się w połowie jej ud. Włosy bardziej niż zwykle poplątane opadały na ramiona, a czerwone usta były opuchnięte.

- Dziesiąta – zerknęła na zegarek, wzdychając cicho – Dziesiąta pięć, mówiąc dokładniej.

- Świetnie – stwierdził, wygodniej się sadowiąc i unosząc brew – Jak się czujesz?

- Trochę obolała, ale bardzo szczęśliwa – zaśmiała się, wchodząc na łóżko oraz bezwstydnie siadając na jego udach. Ślizgon zaniemówił zaskoczony jej pewnością siebie, ale jego dłonie od razu przesunęły się na biodra dziewczyny. Szare tęczówki zamigotały radośnie, gdy cmoknęła go w usta.

- Każdy poranek mógłby tak wyglądać – wymamrotał zadowolony, zaciskając mocniej ręce na swojej koszulce, która jakoś lepiej wyglądała na gryfonce – Mam ochotę zrobić z tobą wiele nieprzyzwoitych rzeczy, Granger.

- Zapomniałeś już jak mam na imię? – prychnęła, odchylając do tyłu i zaplatając ramiona na piersiach – Wydawało mi się, że w nocy je szeptałeś i wykrzykiwałeś.

- Tylko to zapamiętałaś z dzisiejszej nocy? – uśmiechnął się cwaniacko, wsuwając palce pod brzeg koszulki i przebiegając palcami po jej biodrze – Może powinienem ci przypomnieć co nieco?

- Uwierz mi, że pamiętam – mruknęła prosto w jego usta, pozwalając przyciągnąć się do pocałunku. Wsunęła dłonie w roztrzepane jasne kosmyki, uchylając wargi. Ich języki splotły się, a zęby zgrzytnęły, kiedy przesunął się tak by znów znalazła się pod nim. Hermiona objęła go nogami w pasie, wyginając w łuk, gdy jego ręce przelotnie spoczęły na jej piersiach.

- Ja też pamiętam – wymruczał, gryząc ją za uchem i uśmiechając – Zapamiętam na zawsze, Mia.

- Znów to powiedziałeś – opadła na materac, zerkając w szare, roześmiane oczy. Draco oparł łokcie po obu stronach jej głowy, wpatrując w nią z ciepłem. Jego pobudzony członek wbijał się w jej biodro, a sam ślizgon uśmiechał kpiąco – Mia?

- Mia – powtórzył, przesuwając palcem po jej policzku i stukając na koniec opuszkiem w wargi – Uwielbiam twoje imię. Hermiona. Ale Mia.. Mia też jest ładnie, prawda?

- Bardzo – przytaknęła, śmiejąc cicho i przygryzając jego palec – Podoba mi się. Jest takie..

- Moje – dokończył, przechylając głowę w zamyśleniu – Miona jest już zarezerwowane dla przyjaciół. Mia dla mnie.

- W porządku – zgodziła się, muskając wargami jego szczękę – Czy ja mam mówić do ciebie jakoś zdrobniale? Dracusiu? Draconku?

- Ale z ciebie wiedźma – warknął, gryząc ją za karę w szyję tak mocno, że aż syknęła – Jesteś bardzo niegrzeczna, Granger.

- Może chcesz mnie ukarać? – szepnęła flirciarsko, mrużąc powieki i oblizując usta, przez co tęczówki ślizgona pociemniały. Malfoy pocałował ją gwałtownie, kolejny raz dociskając swoje biodra do jej. Hermiona westchnęła, gdy przesunął językiem po jej zębach, badając nim podniebienie. Zamruczała z aprobatą, wijąc się pod nim z rozkoszy. Chciała by znów ją dotknął, ale zamiast tego ślizgon oderwał się od niej i wyskoczył z łóżka.

- Bolałoby cię – wyjaśnił, gdy popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Prefekt usiadła szybko, wzdrygając się, gdyż przy szybszym poruszaniu się czuła pieczenie. Skinęła potakująco głową, obserwując jak znika w łazience. Szum wody oznaczał, że blondyn musiał ochłodzić się pod zimnym prysznicem. Powoli by nie podrażnić bolącego miejsca bardziej, podeszła do szafy. Założyła wygodne spodnie i ciepły golf, naciągając na stopy skarpety. Machnięciem różdżki pościeliła łóżko oraz uprzątnęła na biurku notatki. Nie czekając na Draco, zeszła na dół. Już w połowie schodów wyczuła apetyczny zapach gofrów.

- Zaspałaś na śniadanie. Nie pierwszy raz, jeśli mogę zauważyć – Blaise stał w kuchni, parząc dzbanek kawy i zerkając na nią przez ramię – Ostatnio się głodzisz, Hermiono. Właśnie dlatego robię gofry. A ty je zjesz.

- Oczywiście, że je zjem – przytaknęła radośnie, podchodząc do szafki by wyciągnąć kubek. Zabini przyjrzał się jej oceniająco, marszcząc brwi – Co jest?

- Nic – odpowiedział szybko, zerkając na miskę, w której ubijał śmietanę – Dobrze się czujesz?

- Tak, a czemu pytasz? – zdziwiona nalała sobie pełen kubek czarnego płynu oraz uniosła wzrok na przyjaciela – Blaise?

- Czy ty.. wy.. – chłopak chrząknął, wbijając w nią poważny wzrok – Nie.. och nie był zbyt brutalny, prawda?

- Och, Merlinie.. – mruknęła, czerwieniejąc się od razu – Skąd wiesz?

- To.. ten sposób chodzenia – wyjaśnił, machając ręką na jej osobę – Pansy też po pierwszym razie czuła.. ból. Chcesz eliksir?

- Wzięłam już – przyznała, unosząc trzymaną w dłoni fiolkę – Nie wierzę, że o tym rozmawiamy.. czekaj! Pansy i ty..?

- Jest moją narzeczoną, prawda? – uniósł obie dłonie do góry, potrząsając głową – Byliśmy po prostu ciekawi. Kochamy się, ale nie tak.. to był.. eksperyment.

- W porządku – odkaszlnęła, uśmiechając krzywo – To chyba najdziwniejszy poranek.

- Chyba tak – zgodził się mulat, nakładając na talerz rumiany gofr i nakładając na niego bitą śmietanę oraz truskawki polane czekoladą – Chociaż dziwniej by było, gdybyś była teraz naga.

- Usłyszałem jedynie ostatnie słowo i nie wiem czy chcę wiedzieć o co chodzi – stwierdził Teodor, wchodząc do aneksu i odbierając z rąk przyjaciółki kubek – O co chodzi?

- Hermiona nie jest już dziewicą – poinformował od razu ciemnowłosy ślizgon, uśmiechając na niedowierzającą minę przyjaciółki – No co? Pewnie i tak wie.

- Nie.. nie wiedziałem – Teo wypluł czarną ciecz z powrotem do kubka, krztusząc się – Jak.. to?

- Chyba nie muszę ci tłumaczyć na czym polega sztuka seksu, prawda, Teodorze? – Hermiona skrzywiła się, sięgając drugą szklankę – Jeśli chcesz porozmawiać o kwiatkach i pszczółkach, to Blaise z chęcią to objaśni.

- Ale zabezpieczyliście się prawda? – oczy Teodora zamigotały wesoło, gdy mulat niemalże przypalił gofra – To nie byłby odpowiedni czas na ciąże i małe dzieci.

- Naprawdę musisz o to pytać? – fuknęła czarownica, wgryzając się w ciepłego gofra i brudząc brodę bitą śmietaną – No co?

- Nic, nic – ślizgoni unieśli ręce pojednawczo, wymieniając złośliwe uśmieszki. 

Dziewczyna usiadła wygodniej na blacie, kładąc talerz na udach. Lubiła przyglądać się Zabiniemu w kuchni. To z jaką łatwością odmierzał składniki albo pewnie mieszał różne smaki. Wydawało się, że muzyka jest jego największym talentem i chyba była, ale do gotowania również miał smykałkę. Zapewne zasługa w tym była jego matki, która również była lekkoduchem. Blaise nie raz opowiadał, że brała go w swoje podróże po świecie. Wspomnienia chłopca były powiązane i z kuchnią, gdzie matka z synem eksperymentowali wymyślając nowe przepisy. Coś w tej łatwości wybierania poszczególnych elementów potrawy w mulacie pozostało. Tak naprawdę wciąż była w nim ta cząstka małego chłopca. I chociaż Hermiona chciałaby ją w nim odnajdywać częściej to ku swojemu rozczarowaniu widziała zmęczonego, młodego mężczyznę. To dołujące, że najczęściej ukazywał swoje zagubienie oraz strach podczas grania. Ostatnio odrzucał wciąż gitarę na bok, bo nie potrafił wyczuć tempa. Rytmu. Słowa zmieniały się w pomruki.

- Jednak jeśli już będę w ciąży, to możesz mi wierzyć, że nie opuścisz mojej kuchni – powiedziała z rozbawieniem, posyłając przyjacielowi ciepłe spojrzenie – Przytyję wtedy okropnie.

- To będzie przyjemność utuczyć cię swoimi wypiekami – skłonił się po dżentelmeńsku Zabini, nakładając na talerz gofra dla Teodora – Twoje dzieci będą miały najfajniejszego wujka na świecie.

- Dwóch – poprawił go Teo, ścierając kciukiem czekoladę z policzka gryfonki – Kiedyś się doczekamy tych planów.

- Wszyscy razem – dodała Hermiona, machając beztrosko nogami – Blaise, rozmawiałeś ostatnio z Aryą?

- Tak – policzki ślizgona zarumieniły się, a oczy błysnęły radością – Wiecie co jest najgorsze? Że jednocześnie nie chcę tej wojny. Nie chcę by to już było teraz. A jednocześnie czekam… czekam na koniec. By było już po niej. Po tym całym bagnie.

- Rozumiem, bardzo dobrze rozumiem – przyznała gryfonka, marszcząc brwi – Marzyć by z życia zostały usunięte miesiące walki. Śmierci. I była już ta obiecana przyszłość.

- Przyszłość zaczyna się dziś, nie jutro – Draco stanął w wejściu, przeczesując palcami mokre włosy – Nie patrzcie tylko na to potem. Patrzcie na to co macie już dziś.

- Chyba to ty będziesz pisać przemówienia dla Harry’ego – stwierdziła po chwili milczenia Prefekt, obserwując jasnowłosego, który oparł się o szafkę przy niej i skrzywił na widok kawy w kubku – Takie słowa powinny być zapamiętane. Na zawsze.

- Takie słowa mamy wszyscy w serach. To jest właśnie nadzieja – Draco wydawał się nieobecny, gdy odgryzł kawałek jej gofra – Myślałem ostatnio nad tym pokojem co znaleźliśmy na początku roku…

- Pokojem Czterech Domów – przypomniała kujonka, unosząc brwi – Dumbledore mówił, że pojawia się raz na paręset lat. Wtedy gdy jest potrzebny.

- Wtedy gdy może połączyć Domy – poprawił ją Nott, przyglądając z ciekawością blondynowi – Chciałbyś znaleźć tam schronienie, gdy wpuścisz śmierciożerców?

- Dzieci byłby tam bezpieczne – przytaknął szarooki, ignorując Zabiniego, który walnął go po rękach za podbierania śniadanie przyjaciółce – Ale znajdziemy go i…

- Dyrektor mówił Harry’emu, że szanse na to są nikłe – przerwała jego plany dziewczyna, wzruszając ramionami – Staraliśmy się odnaleźć ten pokój, ale.. przepadł. Dyrektor uważa, że jego zadaniem nie jest taka ochrona.

- Popieprzony jest ten zamek – mruknął Malfoy, opuszczając ramiona – Czyli nie ma ratunku…

- Dyrektor jest mądry i silny, na pewno ma plan – Blaise poparł Hermionę, dolewając sobie kawy – Nie mamy o co się martwić..

Gryfonka skinęła, uśmiechając pokrzepiająco do całej trójki. Nie mieli się o co martwić. Hogwart był bezpieczny. Jej sen się nie ziści. Nie dopuści do tego.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

- Jesteś rzeczywiście tak ograniczony czy tylko udajesz?

Dziewczyna uniosła brew, zaplatając ramiona na piersi i uśmiechając złośliwie. Stojący przed nią chłopak zamarł, a kąciki jego ust zadrżały, gdy powstrzymywał uśmiech. Brązowe włosy zostały kolejny raz zmierzwione, irytując tym samym jeszcze bardziej młodą czarownicę.

- Powiedz szczerze, co cię tak trapi? – spytał cicho, unosząc trzymany kubek do góry i upijając łyka – Jesteś ostatnio doprawdy paranoiczna.

- Śledziłeś mnie – warknęła, mrużąc powieki i powstrzymując się przed uderzeniem ucznia w głowę – Przyznaj się, Harper.

- Wracałem jedynie z Wielkiej Sali – zaprotestował, unosząc na potwierdzenie trzymane naczynie z sokiem – Nie moja wina, że ty również wyszłaś wcześniej.

- Jasne – prychnęła, ledwo co rzucając okiem na towarzysza – Czego ty ode mnie chcesz?

- Och, wielu rzeczy – wymruczał, po chwili prostując, kiedy zmarszczyła czoło – Daj spokój, As, wierz, że się jedynie o ciebie martwię.

- No tak, bo masz takie dobre serduszko – zaśmiała się szyderczo, robiąc krok przed siebie, ale czarodziej umiejętnie stanął jej na drodze – Zostaw mnie w spokoju, Harper.

- Co się dzieje? – drążył, unosząc obie brwi – Problemy z narzeczonym?

- Nawet jeśli, to oboje wiemy, że nie stanąłbyś przeciwko Draconowi – powoli wypowiedziała każde słowo, obserwując z kpiną zmianę na jego twarzy – Lubię cię, Harper, i wiem, że ty lubisz mnie. Jednak gdybyś wiedział, że Draco mnie bije, rani czy torturuje, to co byś zrobił? Powiedział „nie”? Wyzwał na pojedynek? – przewróciła oczami, gdy zacisnął usta – Nic byś nie zrobił. Nikt nie stanie na drodze Malfoya, Harper. Jest z nas najsilniejszy, najokrutniejszy. Nie dziwię się, że się go boisz.

- Nie boję się.. – westchnął, spuszczając wzrok – Po prostu to.. Draco.

- Właśnie. Draco Malfoy… - szepnęła, uśmiechając ze smutkiem – Jeśli cię to pocieszy, to tego nie robi. Dracon mnie nie zrani.

- Naprawdę w to wierzysz? – powątpiewał ślizgon, wzruszając ramionami – Draco jest… chłodny. Niewzruszony. Zimny.

- Czasem się zastanawiam co takiego robi pod moją nieobecność, że się aż tak go boicie – zaśmiała się lodowato, kiedy Harper przełknął ślinę – Dla mnie jest dobry. Jest moim narzeczonym, Per. Nie skrzywdzi mnie. Tu nie chodzi nawet o niego.

- Ale jednak o coś chodzi – zauważył, unosząc wzrok i znów zasłaniając jej drogę – Może jednak mogę ci pomóc.

- Harper.. – westchnęła, chcąc go ominąć, ale zamiast tego potrąciła trzymaną przez chłopaka szklankę. Ślizgonka przyglądała się czerwonej plamie, która z każdą chwilą powiększała się na przodzie jej koszulki. Zatrzymała się w półkroku, dotykając jej z zaskoczeniem palcami i krzywiąc. Kremowa koszula należała do Pansy i znając przyjaciółkę ta nie zapomni jej wypominać tego do końca życia. Greengrass nigdy nie zniszczyła jeszcze ubrań dziewczyn, ale lubiła sobie żartować, że jeśli któraś poplami jej, to ją zabije. Jej towarzysz zaczął przepraszać, wyciągając różdżkę i kierując na plamę z zamiarem oczyszczenia szkody. Skrzywiła się, cofając, bo wolała zrobić to sama. W tym samym momencie kolejna osoba wyszła zza zakrętu, zastając ich w tej sytuacji.

- Toria?

Uniosła gwałtownie głowę wpatrując z szokiem na stojącego Wybrańca. Twarz czarodzieja zbladła raptownie, gdy jego oczy spoczęły na plamie, a później na różdżce ślizgona. W ułamku sekundy jego rysy stężały, a zielone oczy pociemniały. Dziewczyna poczuła jak magia gryfona zawrzała, gdy w trzech susach stanął przy niej. Nie zdążyła się odezwać, a Harper już został przyciśnięty do ściany z różdżką Pottera wbitą w szyję.

- Harry.. – zaprotestowała słabo, unosząc dłoń by go powstrzymać. Udało jej się przyciągnąć uwagę ciemnowłosego, który patrzył na nią z zaskoczeniem. Gryfon walnął pięścią w twarz oniemiałego ślizgona, który osunął się na podłogę. Teraz dłonie czarodzieja zaciskały się na jej ramionach, gdy ją do siebie przyciągnął. Zaczął gorączkowo sprawdzać jej stan, mamrocząc pod nosem przekleństwa.

- Co się stało? – spytał, sięgając do czerwonej plamy i drżącymi palcami ją muskając.

- To sok – powiedziała wyraźnie, chwytając w ręce jego policzki i unosząc głowę by móc spojrzeć wprost w zagubione oczy Wybrańca – Harry, to tylko sok. Nic mi nie jest.

- Sok.. krew.. sok.. nic – wydukał, oblizując spierzchnięte wargi i mocniej wbijając paznokcie w jej przedramiona – Nic?

- Nic – powtórzyła cicho, podnosząc koszulkę by ukazać gładki brzuch – Harper wylał na mnie sok. Nic mi nie jest. Nic.

- Już myślałem, że.. – przerwał gwałtownie, zamykając oczy i przyciągając ją do siebie. 

Silne ramiona objęły ją w pasie, przyciskając mocno do szczupłego ciała ścigającego. Ślizgonka, wsunęła palce we włosy Harry’ego, wiedząc że ten gest uspakaja chłopaka. Musnęła wargami jego szczękę, czując przyjemny zapach gryfona. Już od dawna nie była tak blisko Pottera, już od dawna nie trzymał jej w objęciach. Przymknęła powieki, rozkoszując się tą utęsknioną chwilą. Tęskniła za nim bardziej niż powinna. Niż chciała. Miała nie pozwolić się złamać jego urokowi, miała przestać ulegać. Jednak znajome palce gładzące jej plecy, oddech zielonookiego na szyi oraz rześki zapach jego ciała… kolejny raz westchnęła, trzymając go równie mocno.

- Astoria…

Zamarła, sztywniejąc i przypominając sobie, że nie są sami. Odepchnęła lekko gryfona, który uparcie chwycił palcami za jej torbę, stając tuż obok. Harper wciąż półleżał na podłodze, patrząc na nich z szokiem i niezrozumieniem. Krew sączyła się z jego nosa, kapiąc na podłogę oraz białą koszulkę.

- To.. – zacięła się, szukając odpowiednich słów i zerkając na wciąż zdenerwowanego gryfona – To Harry. Potter.

- Wiem kto to – zauważył sucho ślizgon, podnosząc na nogi oraz przyciskając rękaw do złamanego nosa – Nie wiem natomiast co się, kurna, dzieje?

- To skomplikowane – mruknął Harry, zagryzając wargę i spoglądając beznamiętnie na chłopaka. Ślizgonka poczuła ciarki na te lodowate spojrzenie oraz zacięty wyraz twarzy ślizgona. Gryfona natomiast bez żadnego wahania uniósł różdżkę w stronę bezbronnego Harpera. Machnął dłonią, sprawiając, że nastolatek opadł nieruchomo na ziemię.

- Co robisz? – szepnęła, gdy zielonooki oderwał w końcu wzrok. Tym razem zielone tęczówki błysnęły z cierpieniem, gdy napotkała jego oczy.

- Gdyby to była krew.. gdyby cię zranił, to bym go zabił w najbardziej bolesny sposób – mruknął pod nosem, wyginając wargi w krzywym uśmieszku na widok jej zaskoczenia – Jesteś dla mnie ważna, Astorio. I nie zawaham się zniszczyć tych, co mogą ci zaszkodzić.

- Harry.. co się stało? – spytała trochę przestraszona zimnem chłopaka, który zwykle nie umiał być aż tak.. gniewny i niebezpieczny.

- Czy Harper może nam zagrozić? – drążył Potter, unosząc obie brwi i bawiąc trzymaną różdżką.

- Nie, nie będzie nawet pamiętać – dziewczyna kucnęła przy ślizgonie, rzucając na niego ze skupieniem Oblivate. Wsunęła różdżkę ślizgona z powrotem do jego szaty, odwracając w stronę Wybrańca. Harry na ciemnym korytarzu wydawał się doroślejszy, ukryta twarz w cieniu zdawała się być szara oraz smutna. Jednocześnie ten mrok oddawał jego smutek, jak i powierzony na jego barkach ciężar.

- Nie chcę po prostu by stała ci się krzywda – szepnął w końcu, wsuwając dłonie do kieszeni. Odwrócił się na pięcie, odchodząc spokojnym krokiem.

- Harry! – ślizgonka podniosła się szybko, zgrzytając zębami na zmienny humor ukochanego – Nie stanie mi się krzywda.

- W porządku – przytaknął cicho, znów zerkając przez ramię.

- Spotkajmy się wieczorem, proszę – uśmiechnęła się do zamyślonego gryfona, który ożywił się na tą prośbę. Zielone soczyste spojrzenie zsunęło się po jej ciele, a na wargach chłopakach pojawił się nikły uśmiech.

- Tęskniłem za tobą – stwierdził, znikając po chwili za zakrętem.

- Ja tęsknię – westchnęła, obracając w kierunku nieprzytomnego kolegi – Nieustannie tęsknie, Harry.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

Dziewczyna pewną ręką zakreśliła kolejne gwiazdozbiory, przesuwając piórem po poszczególnych punktach. Zmieniła znów współrzędne, odnajdując kolejne główne punkty. Uwielbiała Astronomię, która ukazywała potęgę tego świata. To jak mali i nieważni byli. Ona sama była taką świecącą kropką na granatowym niebie. Jedną z wielu. Tak małą, że ledwie zauważalną wśród jaśniejszych gwiazd. Uśmiechnęła się do siebie, opierając brodę na dłoni i machając nogami w powietrzu. Wygodniej się ułożyła na miękkim łóżku, unosząc na moment wzrok. Siedzący na podłodze chłopak rozłożył przed sobą pięć podręczników oraz trzy zapisane zeszyty. Sam sporządzał własne notatki, które miały mu pomóc utrwalić parę ważnych szczegółów. Rozpoznała krzywe pismo Hermiony, która oddała niemalże wszystkie arkusze Marcusowi. Ślizgon spędzał ostatnio godziny w bibliotece lub pokoju gryfonki, chłonąc wiedzę jak gąbka. W tym roku jego stopnie uległy wyraźnej poprawie, ale również sam chęć poznania wzrosła. Gloomy przestał skupiać się jedynie na Quidditchu, zakochując się równie mocno w Zaklęciach oraz Zielarstwie. Zaczął również zwracać uwagę na lekcjach, zgłaszać się do odpowiedzi, ale zadając i pytania. Wyjaśniał wszystkim ciekawskim, że w wakacje spędził czas z jakimś wujkiem, który odmienił jego punkt widzenia na naukę.

- Widziałaś gdzieś zeszyt od Obrony? – zamrugała, wyrywając się z własnych myśli. Marcus stał przy biurku, rozglądając się wokół z zagubieniem.

- Leży na szafie – wskazała dłonią, uśmiechając pod nosem na jego krótkie spojrzenie. Chłopak oparł się o biurko, przeglądając odnaleziony zeszyt. Milli uwielbiała przyglądać się ślizgonowi przy takich ludzkich czynnościach. Chciała zapamiętać jego spokojną twarz, szafirowe spojrzenie pełne zadumy, lekko wygięte w uśmiechu zadowolenia usta. Lubiła dotykać jego brązowych włosów, które były miękkie i gładkie, jak u dzieci. Lubiła całować go w policzek po paru dniach nie golenia, gdy włoski drażniły jej usta. Zdawał się wtedy być dojrzalszy, bardziej doświadczony. Równie bardzo kochała siadać na kolanach ślizgona, pozwalając mu dalej czytać, ale samej zasypiać w jego ramionach niczym dziecko.

- O czym myślisz? – błękitne jak niebo oczy wpatrywały się w nią z rozbawieniem oraz ciepłem, które ukazywały się tylko przy niej. Marcus wciąż uchodził za nieczułego, twardego oraz zbuntowana ucznia. Inni wychowankowie Slytherina bali się go, gdyż słynął ze swojej agresywnej natury. Jego koledzy nie przestali go traktować jak lidera siódmego roku, chociaż swoim zapałem do nauki zaskoczył wszystkich. Jednak kiedy wchodził do jej pokoju, to obojętność znikała z jego twarzy. Uśmiechał się szeroko, a słodkie dołeczki pojawiały się na jego policzkach. Oczy jaśniały, migocząc figlarnie, a silne ręce chwytały jej smukłe dłonie.

- Millicento – drgnęła, zauważając, że kucnął przed łóżkiem tak by mieć twarz na tej samej wysokości co ona. Oparł brodę na złączonych dłoniach, uśmiechając krzywo.

- O wszystkim – odpowiedziała cicho, wyciągając palec i przesuwając nim po policzku ślizgona – O tobie.

- Mogę liczyć na szczegóły? – uniósł brew, chwytając między zęby jej palec i przygryzając. Zaśmiała się, uwalniając rękę i za karę pstrykając go w nos.

- Chcesz poznać każdy detal? – wymruczała, uśmiechając słodko oraz nachylając jeszcze bliżej w stronę narzeczonego – Ostrzegam, że moje myśli są dość… nieprzyzwoite.

- Lubię twoje kosmate myśli – przytaknął, szczerząc białe ząbki w uśmiechu – Millicento, zdradź mi swoje myśli.

- Myślę o tobie – zaczęła spokojnie, przesuwając opuszkiem po jego różowych ustach – O tym jak smakują twoje wargi, jak słodki jest twój zapach. Myślę o tych chwilach, gdy budzę się przy tobie. O ciężkim ramieniu przerzuconym przez mój brzuch, o ciepłym oddechu muskającym moją szyję – uśmiechnęła się delikatnie, kiedy jego oczy błysnęły dziko – Myślę o tym jak bardzo lubię siedzieć przy tobie. Obok ciebie. Leżeć. Iść. Przytulać. Całować – ostatnie słowo wyszeptała, przysuwając na tyle by wargami musnąć jego usta – Myślę o tym, Marcusie, jak bardzo cię kocham.

Chłopak westchnął ciężko, zerkając na nią z rosnącym uczuciem. Zwinnie złapał ją w pasie, przyciągając do siebie, a samemu opadając na miękki dywan plecami. Uśmiechnął się na zdziwiony pisk blondynki, która upadła na niego z łoskotem. Uniosła się na łokciach, rzucając mu nieprzychylny wzrok, ale jednocześnie uśmiechając czule. Ślizgonka leżała teraz na nim, twarzą tuż nad jego, a oczami wbitymi w szafirowe tęczówki. Nachyliła się, łącząc ich wargi oraz rozchylając je by wpuścić jego ciepły język. Objęła go udami w pasie, przywierając całym ciałem. Usta Gloomy’ego zgniatały jej w gorliwym pocałunku, a zimne palce Flinta wsunęły się pod jej sukienkę, gładząc uda. Blondynka zamruczała, gdy ugryzł ją w dolną wargę. Jego usta zsunęły się niżej, wywołując w niej zduszony chichot. Sturlała się z niego, wciąż śmiejąc. Miała straszne łaskotki, a kiedy jego oddechy muskał jej szyję nie umiała powstrzymać śmiechu. Flint jęknął niezadowolony, przewracając na bok by móc na nią patrzeć.

- Masz się uczyć, pamiętasz? – chrząknęła, splatając ich palce i układając dłonie pomiędzy nimi – Transmutacja. Test. Jutro. Pamiętasz?

- Rozpraszasz mnie – poskarżył się, znacząco kierując wzrok na podwiniętą sukienkę ukazującą zgrabne nogi jasnowłosej – Jak mam myśleć o transmutacji, gdy leżysz na moim łóżku w takim stroju?

- Mogę wyjść – zaproponowała, powstrzymując kolejny napad śmiechu – Zostawić cię żebyś..

- Nigdy mnie nie zostawiaj – przerwał jej, ściskając mocniej dłonie. szafirowe spojrzenie spoważniało, gdy ją obserwował z zamyśleniem – Nigdy, Mill, nigdy.

- Nie zamierzam, po prostu.. – zmarszczyła brwi, widząc zamyślenie ukochanego – Chcesz mi coś powiedzieć, Marcusie?

- Zostanę aurorem – wyznał spokojnie, przygryzając język – Po szkole.. przystąpię do Zakonu, Mills.

- To dobrze – stwierdziła, uśmiechając niepewnie – Będziesz wspierał Harry’ego i…

- Będę walczył, Milka, będę aktywnie walczył – uśmiech zniknął z twarzy jasnowłosej arystokratki, która zamarła – Obiecuję, że wszystko będzie dobrze.

- Nie chcę żebyś walczył – zaprotestowała słabo, oblizując spierzchnięte wargi – Nie sam. Poczekaj na mnie rok, Gloomy. Razem staniemy do walki i..

- Nie mogę czekać, skarbie, nikt nie zastopuje wojny byś zdążyła ukończyć szkołę – zaśmiał się chrapliwie, muskając palcami blady policzek – Nie chcę też żebyś walczyła.

- Ja też nie chcę żebyś ty walczył – zauważyła chłodno, obejmując się ramionami i siadając w kuckach na dywanie – Co jeśli zostaniesz ranny?

- Przyjdziesz zostać moją sanitariuszką – zażartował niemrawo, również siadając – Millicento, muszę walczyć. Każdy powinien. Ja mam za co. Przyszłość z tobą będzie spełnieniem moich marzeń. Muszę o nie zawalczyć.

- Co jeśli idąc tam zniszczysz je? Bo.. zginiesz – zadrżała, mrugając szybko i uwalniając pojedyncze łzy – Nie możesz wstąpić do Zakonu za rok?

- A teraz miałbym się gdzieś ukrywać? Jak tchórz? – pokręcił głową z niezadowoleniem – Ludzie giną, Milka. Niewinni, nie mogący się obronić. Jak miałbym spać z myślą o dzieciach tracących matki? Kiedy mieli szanse się uratować?

- Ratowanie świata nie jest twoim obowiązkiem – mruknęła ponuro, kołysząc na boki niczym zagubione dziecko – Nie musisz się obarczać takimi…

- Czyli jest obowiązkiem Harry’ego? – przewrócił oczami, masując dwoma palcami skronie – Milli, nie możemy pozwolić by losy świata spoczęły na barkach jednego Wybrańca. Harry jest tylko dzieckiem. I tak presję wywiera na niego całe społeczeństwo i..

- Ty też jesteś wciąż dzieckiem – krzyknęła, odwracając głowę – Wciąż jesteś chłopcem, Marcusie.

- Jestem zakochanym mężczyzną gotowym stanąć do walki by wywalczyć spokojną przyszłość z wymarzoną żoną, Millicento, mam za co walczyć – odparł cicho, wyciągając w jej stronę rękę – Nie odwracaj się ode mnie.

- Nie robię tego – mruknęła, pozwalając się przyciągnąć na jego kolana – Nie chcę jedynie byś odchodził. Byś sam walczył.

- Nie będę sam – szepnął wprost do jej ucha – Będę z myślami przy mojej pięknej żonie.

- Narzeczonej – skorygowała, opierając plecami o jego tors – I jeśli myślisz, że umierając w walce uwolnisz się od ślubu, to się grubo mylisz.

- Właśnie co do ślubu.. – Marcus złapał za jej brodę, przesuwając twarz jasnowłosej w swoją stronę – Może przyspieszymy termin?

- Przyspieszymy – powtórzyła powoli, sztywniejąc.

- Na wakacje na przykład? – zaproponował nieśmiało, obserwując rozszerzające się źrenice ukochanej – Milka?

- Och, tak – zgodziła się, opierając czoło o czoło ciemnowłosego – Mar, wiesz co robisz?

- Kocham cię do szaleństwa – wyszeptał, całując ją powoli – Zaufaj mi, kochanie, wszystko będzie w porządku. Czeka nas wspaniała przyszłość.

- Ufam ci – szepnęła wprost w jego usta, wzdychając – Kocham cię. Ale jeśli coś ci się stanie, to osobiście skopię ci tyłek.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

Hermiona zamknęła książkę z hukiem, biorąc głęboki wdech i przeciągając się leniwie. Złapała zaskoczone spojrzenie przyjaciół, którzy wciąż pochylali się nad notatkami oraz arkuszami z pracami domowymi. Zwykle to ona kończyła naukę najpóźniej z nich wszystkich. A teraz… teraz pierwsza skończyła.

- Dużo wam zostało? – spytała uszczypliwie, zsuwając z łóżka i odnosząc książki na biurko. Siedzący przy nim Harry uśmiechnął się krzywo, pokazując puste strony. Ron natomiast zaczął narzekać na swój esej, wymachując brudnymi kartkami oraz pomstując o sprawiedliwość. Ginny leżała na materacu gryfonki spokojnie, wlepiając wzrok w czytany podręcznik.

- Nie pamiętam co czytam – westchnęła młodsza dziewczyna, zamykając oczy i opierając brodę na dłoni – Może przerwa?

- Nigdy nie sądziłem, że moja siostra zostanie takim geniuszem – zaśmiał się rudzielec, odrzucając za siebie książkę oraz podrywając na nogi – Zróbmy coś fajnego!

- Jest po dwudziestej pierwszej, Ronnie, a na nocne spacery nawet nie licz – prychnęła Hermiona stukając palcem plakietkę Prefekta Naczelnego – Dobry przykład. Zero łamania regulaminu.

- Och, bo do lochów się nigdy nie wymykałaś po nocy, co? – parsknął zielonooki, unosząc obie brwi na oburzenie przyjaciółki – No tak, zapomniałem, że to ślizgoni tu przemykają.

- Czy ty coś insynuujesz? – spytała lodowatym tonem, opierając dłonie na biodrach – Bo jeśli masz jakiś problem, Harry, to proszę. Mów.

- Spokojnie, Herm – Weasley uniósł ręce, rzucając przyjacielowi złe spojrzenie – Harry nie miał nic złego na myśli. Po prostu..

- Spałaś już z nim?

Wszyscy zamarli, zerkając na zaciekawioną Ginny. Rudowłosa wzruszyła ramionami pod ostrzałem ich spojrzeń, krzywiąc lekko. Hermiona zacisnęła pięści, odliczając pod nosem do dziesięciu. Za co ją pokarali tak wścibskimi przyjaciółmi? Co takiego uczyniła, że teraz trójka ciekawskich gryfonów wpatrywała się w nią z niezdrowym wręcz zainteresowaniem.

- To nie jest chyba wasza sprawa – zauważyła chłodno, podchodząc do szafy i chowając za drzwiczkami. I po co zarządziła tą cholerną przerwę?

- Domyślam się, że w takim razie tak – szepnęła Gin, osuwając na poduszki oraz wzdrygając – Jak możesz dawać mu się dotykać? On jest.. zły.

- On nie jest zły, a zagubiony – syknęła, ściskając mocniej trzymany sweter – Jest lepszym człowiekiem niż ludzie myślą. Niż on sam myśli.

- No proszę, a kto od tylu lat cię.. ranił? – brązowe tęczówki Weasley błysnęły złością, gdy Hermiona wciągnęła ze świstem powietrze – Nie potrafię zrozumieć.. czemu on? Czemu nie.. chociażby Teodor skoro cię tak już ciągnie do ślizgonów?

- Nie bądź zołzą, siostrzyczko – ostrzegł Ron, marszcząc brwi – Skoro lubi.. lubi Malfoya, a on ją uszczęśliwia.. to w porządku.

- Uszczęśliwia.. a potem co zrobi? Rzuci Greengrass? Rzuci tradycje oraz zobowiązania względem rodziny, bo zakochał się w Hermionie? – Gin przewróciła oczami, unosząc na łokciach – Ludzie, to Malfoy. Nie zapominajcie o tym!

- Czy to takie dziwne, jeśli by to zrobił? – spytała Prefekt, obracając w kierunku przyjaciółki – Nie jestem tego warta ja? Czy może on jest zbyt wielkim palantem by porzucić fanatyzm rodziny?

- Nie chodzi o ciebie, Miona, ja jedynie się martwię – krzyknęła Ginny, zrywając na równe nogi i machając rękoma – Teraz jesteś szczęśliwa, a co potem?

- Pewna mądra osoba powiedziała żeby nie patrzeć tylko na potem, ale też na to co mamy dziś – zacytowała Dracona dziewczyna, unosząc dumnie brodę – Jeśli masz coś do narzucenia Draco, to proszę mów, Ginny. Ale nie będę siedzieć cicho!

- Czy można w ogóle rozwiązywać aranżacje ślubne? – spytał Ron, powoli rozumiejąc podejście swojej siostrzyczki, która z wypiekami na twarzy starała się uspokoić.

- Można – warknęła dziewczyna, odwracając spojrzenie – Jeszcze nie wiemy jak.. ale można.

- Czy to ma przyszłość, Hermiono? – szepnęła Ginny, chowając twarz w dłoniach – Czy to na pewno nie zwykłe zauroczenie? Fascynacja?

Gryfonka stanęła przed lustrem, wbijając ponure spojrzenie w swoje odbicie. Przypomniała sobie wczorajszą noc, gdy blade dłonie z czcią gładziły jej ciało. Przypomniała sobie srebrzyste oczy wpatrzone w nią z oddaniem i ciepłem. Przypomniała sobie słodkie wargi szepczące czułe słowa oraz przyjemny ciężar drugiego ciała. A chwilę potem miała przed oczami rozkapryszonego dzieciaka, który wyzywał ją od szlam. Który w każdy możliwy sposób ją ranił. I znów jego starsza wersja ścierała łzy z policzków, mówiła jej niesamowite rzeczy. Draco Malfoy był jednym z największych palantów oraz drani chodzących do Hogwartu. 

Ale był też jej zauroczeniem. Jej fascynacją.

- Może popełniam błąd, ale to mój błąd – cicho stwierdziła, dotykając śladów jego zębów odciśniętych na jej szyi – Kocham go.

Draco Malfoy.

Pierwszy błąd.

Pierwsza miłość.

Pierwszy z największych jej wyborów.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

- Co robisz jutro wieczorem?

- Chyba popełnię samobójstwo – stwierdziła spokojnie, odchylając na krześle – A co?

- Spoko, a o której kończysz?

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, odrywając oczy od swoich zapisków oraz zerkając na towarzysza. Draco leżał rozłożony na sofie, opierając stopy na ramieniu jej fotela. Patrzył na nią spod przymrużonych powiek, a usta wyginał w kpiącym uśmiechu.

- O której kończy kto co?

Blaise rzucił się na drugi fotel, chwytając szklaneczkę z brandy Malfoya i upijając z niej łyk. Ciemne włosy wpadały mu do oczu, a Pansy znów przypomniała sobie, że pora mu je przystrzyc.

- Parkinson kończy popełniać samobójstwo – podpowiedział blondyn, przyglądając z odrazą swojej pustej już szklance – Wiesz ile zarazków przenosi się poprzez wspólne picie?

- Zaczynasz ględzić jak Sam – Wiesz – Kto – zachichotał pod nosem Zabini na własny dobór słów, unosząc brew, gdy dwójka jego przyjaciół się skrzywiła – Pansy, czemu popełnisz samobójstwo?

- Doprawdy to zastanawiające, że zainteresował cię ten aspekt, a nie sam fakt, że twoja przyjaciółka chce się zabić – dziewczyna uśmiechnęła się krzywo, odkładając swój notatnik na stolik oraz machając ręką by mulat polał również i jej szklaneczkę alkoholu – 
Jeszcze nawet nie wybrałam sposobu samo uśmiercenia.

- Skok z wieży odpada – przypomniał Draco z zamkniętymi powiekami – Utopienia się to takie.. mokre.

- A podpalenie zbyt przykuwające uwagę – dorzucił Blaise, wyciągając wygodniej na fotelu. Pansy przekrzywiła głowę, przesuwając wzrokiem po Pokoju Wspólnym. Ogień w kominku przyjemnie trzaskał, a żarty przyjaciół koiły jej nerwy. W pomieszczeniu oprócz nich znajdywało się parę osób, ale nikt nie zwracał uwagi na Elitę Slytherinu, która zajmowała główne miejsce. Życie toczyło się dalej, a połowa uczniów Hogwartu nie zdawała sobie sprawy z prawdziwych wydarzeń zza mur. Pansy natomiast dostawała ostatnio listy od ojca, który z dumą rozpisywał się o podbojach śmierciożerców. Nie omieszkał nawet wspomnieć, że i dla niej pozostawił parę szlam by po powrocie na wakacje mogła potrenować. Kiedy wpatrywała się w te pięknie wykaligrafowane litery stworzone silną ręką ojca.. czy w tym momencie ociekał krwią niewinnych ludzi? Może bawił się ze swoimi przyjaciółmi w ich salonie, a jej najdroższa matka lamentowała z powodu pobrudzonych mebli?

- Żałosne – szepnęła, wyobrażając sobie swoich rodziców. Rodzinę.

- Słucham, skarbie? – Blaise zwrócił się do niej, przechylając na siedzisku – Wybacz, nie zrozumiałem..

- Nic nie mówiłam, tylko.. mruknęłam do siebie – wskazała leniwie swój notatnik, dając znać, że chodziło o jej opowiadanie. Przystojny narzeczony dziewczyny uśmiechnął się w ten swój uroczy sposób znów przenosząc uwagę na swojego przyjaciela. Pansy kochała chłopców bardzo, prawdopodobnie bardziej niż powinna. Jedyną osobą, którą darzyła tak mocnym uczuciem był jej brat. Czy mogła w takim razie ich kochać? Czyż to nie z powodu tego zginął Chris?

- Pomińmy dylemat w jaki sposób się zabijesz – szare oczy Draco wbiły się w nią z nowym namysłem, a Pansy poczuła znów zawstydzenie. Malfoy nigdy nie nabierał się na jej gierki, zawsze potrafił odkryć drugie dno jej słów. Nawet gdy nieświadomie dobierała w taki sposób wyrazy, on składał je w całość.

Jeszcze nigdy nie zdołała go oszukać.

- Do czego dążysz, przyjacielu? – spytała, wytężając wszystkie siły by nie odwrócić wzroku od przenikliwych tęczówek. Nie chciała by przez spuszczenie wzroku zrozumiał, że znów ma rację.. tyle czy w ogóle miał? Samo samobójstwo było żartem, zabawnym sposobem by podroczyć się z przyjaciółmi. Przecież nie chciała się zabić. Nie chciała ich porzucać. Prawda? Czy może znów oszukiwała siebie tak wybitnie, a Malfoy zrozumiał szybciej niż ona?

- Może spędzilibyśmy ten wieczór razem? Jak kiedyś? – zaproponował spokojnie blondyn, cmokając z dezaprobatą – Oczywiście tym razem zamiast piwa kremowego byłaby Ognista.

- Tylko nie rzygaj, Pan, nie będę znów trzymał ci włosów – Blaise wyszczerzył się radośnie, wspominając ich ostatnie spotkanie tego typu. Pansy wzięła głęboki wdech, wykonując niecenzuralny gest w kierunku mulata, który teatralnie złapał się za serce.

- Jestem za – przytaknęła, unosząc w toaście swoją szklaneczkę z brandy – Oczywiście, jeśli dożyję tego momentu.

- Oczywiście – poparł Draco, uśmiechając kąśliwie – Co my byśmy bez ciebie zrobili, Panny?

- Nie chcesz znać tak brutalnej prawdy – stwierdziła, podnosząc się i zerkając na schody prowadzące do dormitorium – A teraz wybaczcie, mili panowie, ale idę przypudrować nosek.

Ostatni raz spojrzała na swój notes, który leżał na stole. Nie lubiła go zostawiać. Nie lubiła wiedzieć, że ktoś będzie czytał go bez jej wiedzy. Ale wiedziała też, że ta dwójka i tak go jej ukradnie, przeczyta i zanalizuje jej głowę by się upewnić, że żartowała z samobójstwem. Napotkała srebrne oczy Draco, który widział jej wahanie. Sprawa z przyjaciółmi była ciężka. Chcemy sobie ufać. Chcemy mieć pewność, że przyjaciel przyjdzie do nas z każdą trudną sprawą. Ale przyjaciel nie chce obarczać nas swoimi problemami. Nie chce być powodem trosk. Pansy uśmiechnęła się wiedząc, że mimo tak wielu nieczułych oblicz ta dwójka bała się o nią bardziej niż posądzał ich o to cały świat. Myśleli, że nie dostrzega spojrzeń pełen trosk oraz czułości. Wnikliwego wzroku Blaise czy zjada porządne posiłki, Draco zerkającego jej przez ramię czy robi notatki. Nocnego wchodzenia do jej pokoju i siadania przy łóżku, gdy czuli, że ma gorszy dzień. Już dawno nie czuła w sobie tak wiele uczuć, a chwila gdy zbudziła się przed świtem zastając obu przyjaciół śpiących na kanapie przy jej posłaniu sprawiła, że uwierzyła. 

Wciąż mogła czuć. Wciąż mogła kochać.

- Nikogo nie uśmierciłam tym razem – powiedziała w końcu, popychając swój notes w ich stronę – Nie poplamcie mi stron, jasne?

- Jasne – obaj odkrzyknęli, kradnąc kolejny uśmiech dziewczyny. Pansy wyprostowała się, odchodząc od ciepłej strefy kominka i przybierając znów oblicze nieczułej dziedziczki Parkinsonów. Co z tego, że w środku była popękana? Co z tego, że traciła siebie? Ludzie widzieli w niej niepokorną córkę Lorda Parkinsona, młodą i obiecującą wojowniczkę Czarnego Pana. Kogo obchodzi, że niby ta zimna dziewczyna w środku nosi tysiące bolesnych ran?

- Pansy?

Blaise wpatrywał się w nią, a brązowe tęczówki błyszczały wielką miłością oraz troską, którą dostrzegała z drugiego końca pomieszczenia. Przeklęła w myślach siebie i przyjaciela, że nie potrafili się pokochać tak jak tego od nich oczekiwali. Mogli być ze sobą szczęśliwi. Mogliby ze sobą żyć.

- My znamy tą brutalną prawdę – chrząknął mulat, spoglądając na nią spod ciemnych rzęs z powagą w tych cudownych oczach – Wiemy dobrze, co by było gdybyś.. zniknęła. I proszę.. nie rób tego. Ani teraz, ani jutro, ani nigdy.

- Nie chodzi tylko o to, że wy mnie potrzebujecie – wzruszyła ramionami, pozwalając kącikom ust unieść się na krótką chwilę – Ale o to, że i ja was potrzebuję.

- Dobrze, że się zrozumieliśmy – stwierdził Draco, chociaż jego spojrzenie również przepełnione było uczuciem – Jeśli jednak się nie rozmyślisz.. cóż, można trzeciego przyjaciela zawsze zastąpić.

- Tym bardziej, że ty jesteś strasznie kapryśna – przytaknął z rozbawieniem Zabini, szczerząc radośnie – Nie wspominając już o twoich wymaganiach co do czystości naszego pokoju.

- I wiecznego zamartwiania się – dorzucił blondyn, wzdychając żałośnie – A wieczne grymaszenie oraz wymuszanie na nas kultury.. och, Salazarze!

- Też was kocham – odparła jedynie, śmiejąc głośno. Wbiegła po schodach, pozwalając sobie wciąż chichotać. Tak rzadko słyszała dźwięk swojego śmiechu. Tak rzadko słyszała swój szczery śmiech. Czy jest to czas na tą ludzką czynność? W tym momencie ktoś ginie, a ona po raz pierwszy od dawna przypomniała sobie jak lekko czuła się z przyjaciółmi.

- Ty się śmiałeś, tatusiu, gdy zabijałeś Chrisa, prawda? – mruknęła, podchodząc do biurka, na którym zostawiła ostatni list od rodzica. Musnęła palcem kopertę, przyglądając z dziwną fascynacją pieczęci Parkinsonów. Znów wyobraziła sobie ojca stojącego nad Christophem. Widziała czerwone kałuże, bladą twarz brata oraz błyszczące od cierpienia oczy. I słyszała śmiech.

Złapała czystą kartką oraz przysunęła do siebie kałamarz i pióro. Wpatrywała się przez chwilę w kremowy arkusz, odrzucając obraz umierającego brata. Powoli dobierając odpowiednie słowa rozpoczęła pisanie odpowiedzi. Czy można nazywać ich rodzicami? Czy można mówić, że wychowali ją obcy ludzie? Nigdy nie czuła specjalnej więzi z państwem Parkinsonów. Nigdy nie spełniała ich oczekiwać. A teraz ojciec niemalże chciał by stała się nim. Potworem.

- Cóż, najdroższy ojcze, ja będę się śmiać, gdy cię zabiję – szepnęła, wsuwając list do koperty. Uśmiechnęła się ponuro, stwierdzając, że znów się pomyliła. Ojciec nie chciał by się stała potworem. Ojciec go w niej dostrzegł i chciał pokazać światu. A ona nie potrafiła go rozczarować. Przywiązała liścik do nogi sowy, która siedziała spokojnie od wczorajszego wieczoru oczekując odmowy. Pogładziła brązowe piórka, szepcząc pod nosem – Przekaż ojcu, że go wkrótce zabiję.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

Nienawidził każdej chwili, gdy jej oczy nie ukazywały uczuć. Nie cierpiał tej pustki oraz zimnej beznamiętności. A jednak nauczył się z nich czytać, a ukryte uczucia stały się proste do wybadania. I to kochał. Nie powinien, nie chciał i ona nie chciała. Nikt tego nie przewidział, nikt mu nie wyjaśnił, że ktoś może tak uzależniać. I nikt nie miał prawa mu zarzucić, że się nie bronił. Nie starał zerwać ze swym nałogiem. Na wszystkich Założycieli! On nawet unikał jej przez dobry tydzień, a wystarczyło jedno spotkanie by znów poczuł tą więź. Tą dziką, płomienną oraz naglącą potrzebę bycia przy niej. Całowania. Obejmowała. Przytulania. Słuchania oddechu.

- Wyglądasz.. niekorzystnie.

Obrócił się zaskoczony, że nie zwrócił uwagi na jej przybycie. Zwykle wyczuwał ją z daleka. Zwykle wyczuwał wszystkich z daleka, a rzadko kto go zaskakiwał. Przesunął spojrzeniem po dziewczynie, która taktowanie odwróciła wzrok. Brązowe pukle spięła w wysokiego koka, odsłaniając tym samym długą i smukłą szyję. Założyła czarną tunikę oraz grube rajstopy, a jemu zdawało się, że po południu wyglądała inaczej. Na środkowym palcu lśnił kamień rodowy Greengrassów, a na drugim migotał radośnie zaręczynowy Malfoyów. Dyrektor przekazał mu również pierścień Potterów, który nosił jego ojciec, a wcześniej dziadek i inni przodkowie. Założył go raz, ale czuł się z tym dziwnie. Jakby kradł, a nie dziedziczył swe dziedzictwo.

- Ty wyglądasz pięknie – odpowiedział, mocząc wargi w złocistym alkoholu, który ostatnio koił jego nerwy w tak słodki sposób. Hermiona mu nawet groziła, że pochowa wszystkie butelki Ognistej, jeśli nie zmieni nowych zwyczajów.

- Czemu mnie odtrącasz? – spytała od razu, zaplatając ramiona na piersiach oraz prostując dumnie. Harry zawsze się zastanawiał skąd ten zwyczaj oraz władcza poza czarownicy. Pozostała po rozkapryszonej księżniczce, którą kiedyś była? Czy może starała się ukryć swoje zagubienie i upozorować dumę oraz pewność?

- Jeśli uważasz, że cię odpycham.. to by znaczyło, że ci zależy – zauważył kpiąco, unosząc obie brwi na złe spojrzenie jakim go obdarzyła – Po co miałbym cię odtrącać, Greengrass?

- Ja pierwsza spytałam – mruknęła, podchodząc pewnie do barku i nalewając sobie całą szklankę whisky – Naucz się ślizgońskich sztuczek, Potter, bo może i gdzieś w środku drzemie w tobie ślizgon, ale gryfon wciąż go pokonuje.

- Jestem wężem w lwiej skórze – przyznał, uśmiechając szeroko oraz opadając na fotel – Czemu chciałaś się spotkać?

- Zmieniasz temat – westchnęła, mrużąc powieki, gdy zapiekło ją w gardle – Prawda jest taka, Harry, że mi zależy. Cholernie i przerażająco zależy.

Chłopak zamarł, spuszczając wzrok na swoje blade dłonie. Uśmiech zniknął z jego twarzy, a pojawiło się dziwne otępienie. Powiedziała to. Marzył oraz śnił o tej chwili, ale.. zamiast radości czuł ogłupiającą pustkę. Bał się, że zwykle przenikliwa i chłodno oceniająco sytuację dziewczyna popełni błąd. Jedno potknięcie ze strachu o jego życie, jedna sekunda wahania, gdy będzie walczyć.. i sens jego życia zostanie zmiażdżony.

- Powiedz coś – poprosiła, klękając przed nim oraz wsuwając swoje palce w jego. Uniósł oczy by przyjrzeć się tej twarzy, która obsesyjnie pojawiała się w jego myślach. Zielone spojrzenie wypalało w jego głowie dziury, gdy musnął kciukiem czerwone jak wiśnia usta nastolatki. Przebiegł ją dreszcz, a on nie mógł powstrzymać cichego westchnienia.

- Zginiesz – odpowiedział w końcu, przypominając sobie swoje przyrzeczenie. Musi ją chronić nawet za cenę tego słodkiego uczucia. Nawet poświęcając szczęście jakie mu dawała. Musiał ją chronić przed nią samą. A tym bardziej przed nim.

- Nie zginę – obiecała żarliwie, muskając wargami jego kostki u dłoni, nie odrywując oczu od jego własnych – Przysięgam, nie dam się zabić. Tylko powiedz w końcu prawdę.

- Przysięgnij, że jeśli ktoś wyceluje we mnie różdżkę nie zrobisz nic co ci zagrozi – wstrzymał oddech, kiedy skamieniała. Emocje widniejące na zwykle kamiennej twarzy wbiły mu się w pamięć, a stanowczość w pięknych oczach upewniła w tej wymaganej obietnicy.

- Nie mogę – zaprotestowała cicho, krzywiąc – Czy ty potrafiłbyś mi obiecać to samo?

- Tak – mruknął pod nosem, odwracając wzrok. Wciąż w jego myślach pojawiały się przeczytane niedawno zapiski Slytherina oraz Riddle’a. Hassiba strzegła naprawdę potworne sekrety. Brudne, nieczyste oraz najokropniejsze odsłony magii. Teraz wiedział jak złe są horkruksy. Wiedział jak je stworzyć, ale uzyskał również źródło jak je zniszczyć. Ta krótka radość została jednak szybko rozproszona przez inne notatki. Brakowało niewiele i zwymiotowałby w Komnacie Tajemnic. Brakowało niewiele by czytał i czytał dalej. Merlinie, z każdą stroną to wszystko wydawało się coraz bardziej przejrzyste. Przyciągające. Jak mógł tymi samymi dłońmi dotykać teraz nieskażonej złem Astroii?

- Kłamiesz – przywróciła go z powrotem do Pokoju Życzeń, uśmiechając łagodnie – Twój kompleks bohatera by ci na to nie pozwolił.

- Nie mam kompleksu bohatera – burknął, wzruszając ramionami. Jak ludzie mogli widzieć w nim wciąż tego słabego chłopca? Niewinnego? Jego czystość od dawna była splamiona. A tym bardziej wiedza. Nikt nie powinien znać tych zaklęć oraz rytuałów. A teraz on przypieczętował swój los. Był.. złamany.

- Zdradź mi swe myśli, Harry – Astoria chwyciła go za podbródek, kierując twarz gryfona w swoją stronę – Masz tak smutne oczy.. co się stało?

- Dowiedziałem się wielu, strasznych rzeczy… - wymamrotał, opuszczając głowę i cicho wzdychając – Potwornych. Nieludzkich. A co gorsze.. zacząłem go rozumieć, wiesz? Rozumiem czemu Czarna Magia zawładnęła Tomem.

- Jesteś silniejszy, Harry – delikatnie go skarciła, wsuwając się na jego kolana i uśmiechając krzywo – Masz osoby które cię kochają. Harry.. ja cię...

- Nie mów tego… - zatkał ręką jej usta, robiąc wielkie oczy, gdy prychnęła ze złością. Wybraniec przełknął z trudem ślinę czując jak mury, które budował od tygodnia się kruszą. Jak mógł w ogóle sądzić, że uda mu się uciec przed urokiem tych oczu? Zielonego spojrzenia iskrzącego się teraz z wściekłości? Jak mógł sądzić, że mu się uda?

- Potrzebuję cię, wiesz? – uderzyła go po głowie, gdy znów chciał ją zrzucić z nóg. Astoria wbiła paznokcie w jego brodę, nie pozwalając mu się odsunąć – Nigdy nikogo nie potrzebowałam tak jak ciebie. Nigdy. I to mnie ciut przeraża, a jeszcze bardziej irytuje. Zrozum, Potter, jest milion innych osób, które powinnam nienawidzić, a akurat wypadło na ciebie. Nie wiesz jakie to wkurzające, że to ty. Nie cierpię cię. A jednak.. – przechyliła się, muskając wargami jego usta – A jednak cię potrzebuję.

- Potrzebujesz mnie? Toria, twoja siostra jest bezpieczna w Zakonie i ty też będziesz, więc… - gryfon przewrócił oczami, gdy zniecierpliwiona ślizgonka kolejny raz go walnęła 

– Co?

- Nic, idioto. Czemu musisz być tak niepojęty czasem? – syknęła, marszcząc czoło, kiedy zrzucił ją na sofę samemu wstając – Potrzebuję cię… potrzebuję cię, ponieważ cię kocham.

- Astoria.. – szepnął, stając w miejscu i zerkając na nią z zagubieniem – Ja.. czemu to powiedziałaś! Do jasnej cholery, czemu! Czemu to utrudniasz? Czemu musisz być tak.. irytująca?

- Ty natomiast jak zwykle wykazujesz się elokwencją – krzyknęła, podrywając się do góry i zrzucając ze stolika szklanki z bursztynową cieczą – Potter! Wyjaśnij mi czemu moje.. nasze uczucie cię tak przeraża!

- Wszyscy których kocham umierają – Harry pokręcił głową, zaciskając pięści – Nie możesz umrzeć. Nie możesz, Toria, bo jesteś..

- Bo jestem? – drążyła, stając naprzeciwko niego z przenikliwym spojrzeniem badając jego bladą twarz – Kim jestem?

- Jesteś.. denerwując dziewczyną, w której się zakochałem – dokończył cicho, wbijając wzrok w błyszczące oczy ślizgonki. Ciemnowłosa uśmiechnęła się szeroko, wyciągając ostrożnie przed siebie dłoń i muskając opuszkami palców jego policzek.

- Obiecuję, że wszystko będzie dobrze – przyrzekła, przysuwając się jeszcze bliżej i oplatając jego talię ramionami – Nie pozwolę cię skrzywdzić.

- Kocham cię – szepnął do jej ucha, całując w skroń oraz mocniej przytulając. Poczuł jak słone krople moczą jego bluzę, kiedy czarownica zaczęła szlochać. Harry kolejny raz poczuł, że to nie koniec. 

Wojna nie jest końcem. Jest początkiem. Ich początkiem.

A kiedy przyjdzie pora, kiedy jego godzina wybije… będzie gotów.

Mają jeszcze czas, który wykorzystają do ostatniej sekundy.

Dumbledore powtarzał, że w miłości jest siła.

Będzie silny.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

- Draco?

Jasnowłosy chłopak uniósł głowę, dając znać, że słucha, ale nie oderwał spojrzenia od ciemnego nieba. Śnieg już dawno zniknął, a błonia nawet późną porą zachęcały do nocnych spacerów. Oparł się o parapet, wdychając świeże powietrze i stukając palcami o okno. Słyszał, że jego nieproszony towarzysz przysuwa się bliżej, ale milczy.

- Katie Bell wróciła – powiedział cicho, obserwując z fascynacją jaśniejący księżyc – Snape mi dziś o tym powiedział.

- Wiem – zerknął z zaskoczeniem na ciemnowłosego ucznia, który przyglądał mu się z obojętnością – Profesor Dumbledore poinformował mnie i Hermionę dzisiaj po lekcjach.

- Dumbledore – powtórzył, wzdrygając się na wspomnienie czujnych, ale ciepłych oczu dyrektora – Czy nie wydaje ci się czasem, że jest większym manipulatorem od samego Czarnego Pana?

- Chyba tylko ty jesteś w stanie wygłaszać takie kontrowersyjne poglądy – zaśmiał się cierpko Prefekt Naczelny, wyglądając przez okno na czubki choinek Zakazanego Lasu – Dumbledore jest inteligentnym, sprytnym oraz bardzo potężnym czarodziejem. Niekiedy mam wrażenie, że każdy nasz ruch jest z góry przez niego zaplanowany…

Draco przytaknął, zgadzając się całkowicie z przyjacielem. Dyrektor był groźny mimo tego dobrotliwego uśmiechu oraz wyglądu dobrodusznego dziadka. Magia biła od niego falami, a nawet Czarny Pan obawiał się takiego przeciwnika. Zawsze go zastanawiała ta naiwność społeczeństwa, że staruszek jest dobry. Jakby to on stanowił Jasność, a tak wiele osób zapominało już o jego dość mrocznym młodzieńczym przywiązaniu do Gellerta. Zapewne połowa uczniów nie miała pojęcia, że ich ukochany profesor utrzymywał bliskie stosunki z drugim najgroźniejszym czarnoksiężnikiem. Malfoy od zawsze zdawał sobie sprawę jak niebezpieczny jest Albus Dumbledore. Na początku roku, gdy dostał misję od Voldemorta by zabić jego wroga.. na Założycieli! Nikt chyba nie wierzył, że ma jakiekolwiek szanse! Jak on – uczeń – ma pokonać Dumbledore’a?!

- Katie nie pamięta co się wydarzyło – Teodor przyglądał się kopercie, którą ściskał w dłoniach – Ale lepiej dla niej.

- I tak nikt by nie uwierzył – stwierdził cierpko. Do dziś pamiętał przerażenie malujące się w oczach Hermiony. Zawód oraz rozczarowanie, gdy napotkała jego wzrok po „wypadku” gryfonki. A jednak go wysłuchała, wysłuchała i uwierzyła, a rozmowa późniejsza z dyrektorem ją zapewniła w prawdziwych wyznaniach Draco. Voldemort miał szpiegów wszędzie, więc na pewno dostawał relacje z jego postępów. Wraz ze Snapem i Naczelnym Hogwartu uknuli spisek, a potem dopilnowali by naszyjnik wpadł w ręce Bell. Mistrz Eliksirów upewnił się, że dziewczynie nie stanie się krzywda, a dyrektor podsumował to wszystko „dla większego dobra, robimy to dla większego dobra”.

- Dumbledore jest niebezpieczny, ale całe szczęście jesteśmy po tej samej stronie – zauważył Teodor, wzruszając ramionami – Co cię trapi?

- To już blisko – szepnął, spuszczając wzrok na kremową kopertę i dostrzegając pieczęć Nottów – Znamy zaklęcie by naprawić Szafkę Zniknięć. Dumbledore jest gotowy. My też. Wszystko wydaje się być aż zbyt idealne.. wciąż mam wrażenie, że coś przegapiliśmy.

- Jestem pewien, że nie znamy nawet połowy planu dyrektora – prychnął drugi ślizgon, przeciągając leniwie – Swoją drogą wybrałeś ciekawą porę na takie refleksje..

- Hermiona śpi – szepnął blondyn, zerkając w kierunku schodów prowadzących do sypialni dziewczyny – Nie może jej się stać krzywda, Teo.

- Nie dopuszczę do tego – obiecał stanowczo ciemnooki, unosząc kąciki ust – Ty też się nie daj zabić.

- To byłoby zbyt przewidywalne, Nott – młody czarodziej zamknął okno, zaciągając zasłonki – Wracam do niej.. czy.. czy u Nate’a wszystko w porządku?

- Podobno.. zostało mu parę miesięcy – wyszeptał Teodor, podchodząc do żarzącego się kominka i kucając – Jak nie parę tygodni. Matka pisze, że.. leki przestały działać.

- A uzdrowiciel z Zachodu? – dziedzic Malfoyów zamarł, obserwując przyjaciela – Powiesz to jej?

- Nie wiem – burknął ciemnooki, przyglądając wymiętej kartce z niechęcią – Jak bardzo ją to zrani?

- Za bardzo – stwierdził po chwili jasnowłosy chłopak, spuszczając głowę – Hermiona go kocha.

- Za bardzo – powtórzył głucho Nott, wrzucając niedbale list do ognia i prostując się powoli – W takim razie nie. Powiem dopiero po tym wszystkim.. gdy nie będzie obawy, że się rozproszy w czasie walki ze śmierciożercami.

- Będzie potem wściekła – zauważył z rozbawieniem blondyn, unosząc brew do góry – Będzie bardzo wściekła, Teodorze.

- Będzie też żywa – odparował ciemnooki, opadając na fotel i przywołując butelkę whisky – Idź, Draco, idź spać.

Blondyn przytaknął, wspinając się po schodach. Wszedł do sypialni dziewczyny, która była dla niego już znana z każdego kąta. Ominął z gracją książki rozłożone na podłodze, gdzie się uczyła przed spaniem. Biurko również było zawalone notatkami, a z krzesła zwisała jej szata. Na ścianie poprzypinała różne artykuły oraz wycinki dotyczące aranżacji małżeństw, nad którymi w wolnych chwilach pracowali. Natomiast na drzwiczkach biblioteczki poprzyklejała zdjęcia ich przyjaciół. Odnalazł na nich Lovegood, Longbottoma, ślizgonów oraz nawet Aryę. Wszyscy wydawali się radośni.

- Nie gap się tak na mnie – mruknął do Krzywołapa, który leżał na parapecie i go obserwował. Stanął przy łóżku, gdzie na środku spała właścicielka rudego stworzenia. Hermiona zdawała się teraz taka spokojna i delikatna.. kołdrę przerzuciła przez talię, ale jedną nogę wystawiła na zewnątrz. Ramiona rozłożyła na boki, a burza loków otulała jej twarz. Wyglądała śmiesznie, ale i uroczo. Bezpiecznie.

- Draco? – poruszyła się, trzepocząc rzęsami oraz przeciągając się lekko – Co robisz?

- Patrzę jak śpisz – powiedział szczerze, wchodząc na materac obok niej i kładąc – Czemu się obudziłaś?

- Nie było cię obok – naburmuszyła się jak małe dziecko, po chwili przerzucając nogę przez jego biodra i wtulając jak w poduszkę – Zostań.

- Zawsze będę z tobą, Mia – szepnął do jej ucha, gładząc po splątanych włosach – 

Zawsze będę obok.

Zawsze.

Nawet, gdy nie będziesz mnie widzieć.

Będę obok.

Zawsze.










SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU, KOCHANI!

19 komentarzy:

  1. Nareszcie!! Tyle się naczekałam! Bałam się, że nie wrócisz! :( Ale... Rozumiem w 100% brak czasu. I rozdział jest baaaardzo długi, dlatego jestem szczęśliwa, że wróciłaś :)
    Co do rozdziału...
    Bardzo podobają mi się relacje bohaterów w nim ukazane. Ta scena między Astorią i Harrym była idealna. Nie spodziewałam się, że to ona pierwsza wyzna swoje uczucia, ale jego reakcja była bezbłędna.
    Relacja między Pansy, Draco i Blaisem od samego początku mi się podobała i teraz utwierdziłam się w tym przekonaniu :)
    A Hermiona i Draco... No są idealni. Chociaż przeraziły mnie ostatnie zdania. Bo on nie może odejść! No nie może zginąć! On zawsze musi przy niej być... Widoczny! :D
    Życzę dużo weny i powodzenia w nauce do matury!
    Szczęśliwego Nowego Roku! :)

    They didn't want to get older
    We make our own sense...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co to, to nie! Nie ma mowy bym porzuciła tego bloga i czytelników :D Na mały paluszek, obiecuję, że opowiadanie będzie miało epilog, ale kiedy? Hahaha, to sprawa sporna!
      Ja też się tego nie spodziewałam do momentu, w którym tą scenę napisałam. Ale w końcu Harry nie ma w sobie takiej ikry co Astoria, a ona w końcu przyzwyczaiła się dostawać, to co chce >,<
      Dziękuję za miłe słowa!
      Pozdrawiam ciepło,
      L♥

      Usuń
  2. Piękne, kocham twoje opowiadanie, więcej dramione, mam nadzieje że w czasie wojny nikt z tej wspaniałej grupki osób nie zginie i że brat teodora przeżyje, to takie kochane dziecko <3 Pozdrawiam i zycze weny :**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!
      Niestety nie mogę odpowiedzieć na żadną kwestię związaną ze smiercią bohaterów, bo koło fortuny się toczy >,<
      Pozdrawiam ciepło,
      Lupi♥

      Usuń
  3. Ten rozdział bardzo przypadł mi do gustu. Harry bardzo mi pasuje do Astorii. I głównej pary, jest tak słodko, lecz nie przesłodzono. Idealnie :D Weny życzę, otwartej głowy :D czekam z niecierpliwością na nowy rozdział :) Pozdrowiam cieplutko
    Tysia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobał :D
      Właśnie miał na celu pokazanie różnych relacji różnych bohaterów, a w następnym rozdziale będzie Dramione! :*
      Ściskam,
      LL♥

      Usuń
  4. oh to już chyba tak blisko że nie mogę opanować tych wszystkich uczuć wszystko jest takie smutne ale i kochane wszyscy się o siebie troszczą :( oby było wszystko dobrze :D
    Ucz się ucz do matury też zamierzam się wziąć do nauki i nic z tego nie wychodzi :D Szczęśliwego Nowego Roku :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No u mnie jest to samo! Wszystko wydaje się ciekawsze od nauki :D
      Dziękuję za miłe słowa! *_*
      Ciepło pozdrawiam,
      L♥

      Usuń
  5. Oszukałaś mnie :P Sprawdzałam wczoraj kilka razy i nic! Wchodzę dziś rano - jest! Uwielbiam tego fafika :) Jest taki... Osobliwy. Taki... Dojrzały? Szkoda mi Nathaniela. Wciąż mam cichą nadzieję, że jednak przeżyje lub zginie jako bohater. Dziecko jako bohater- dlaczego? Otóż, on doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego stanu i nie zdziwiłabym się gdyby chciał umrzeć jako kto§ wielki. Jak bohater. Przecież tak lubi Pottera... Wyobrażam sobie, że leci zielona iskra, a on wbiega na to miejsce, by ochronić osobę, którą kocha. Hmm... Byłby to zapewne: Draco/Herm/Harry/Teo. Ale to tylko przypuszczenia. Boję się o osoby, które zginą. Mam nieodparte wrażenie, że Pansy umrze. Gdyby tak starcie z ojcem? Avada Kedavra wystrzelona w tym samym momencie? A może przekierowanie na siebie zaklęcia? Boję się, że Nott - silny zawodnik - odda życie w imię dobrego jutra... To tylko opowiadanie... "Tylko". A ja się tym przejmuję.
    W każdym bądź razie tok wydarzeń zostawiam Tobie.
    Draco u Ciebie jest taki... No idealny! Opiekuńczy, troskliwy, sarkastyczny, poważny...
    Hermiona jak to Hermiona. Jej chyba nie da się "popsuć" chodź i takie przypadki widziałam.
    Poprzez duży wgląd w społeczność Domu Salazara [Kasta] pokazałaś, że Ślizgoni to też ludzie. Fakt, najróżniejsze charaktery, ale mają tyle wspólnych cech! Przedstawiłaś taką zażyłość...
    Irytuje mnie Gin. Po co wchodzi z butami do cudzego życia? Fakt faktem - martwi się. Jednak czy to jest powód? Na podstawie tego, jaki kiedyś był Draco - owszem, ma prawo to robić. Jednakże nie powinna go 'oskarżać' i tym bardziej oceniać!
    To tyle chyba :P Pozdrawiam, życzę szczęśliwego Nowego Roku oraz weny, a także czasu, duuużo czasu!
    KH

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O jejku 😂 Wstawiło się o Polskim czasie... Jkbc to u mnie jest rano 😂

      Usuń
    2. Ja przyznam, że aż mnie w środku ścisnęło, gdy czytałam Twój komentarz. Te wszystkie słowa są o moim opowiadaniu? Wow. Aż się wierzyć nie chce, że ktoś to tak odbiera. To chyba najlepsze co można usłyszeć, kreując własną historię. Że ktoś to czuje tak, jak autor, gdy pisał.
      Dziękuję bardzo, bardzo.
      Ściskam ciepło i prawie płacząc ze wzruszenia/radości!

      Usuń
  6. To pierwszy komentarz, który pisze pod opowiadaniem, a przeczytałam ich na prawde wiele. Nie potrafię pisać długich komentarzy dlatego powiem krótko. Twoje opoawiadanie jest wyjątkowe, ciekawe i piękne. Jedno z najlepszych jakie w życiu czytałam. Bardzo podoba mi się twój styl pisania.
    Życzę mnóstwo weny i zapału do pisania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie to dla mnie zaszczyt, że pierwszy raz jest u mnie! :>
      Ja nigdy nie umiem odpowiadać na miło słowa, więc też powiem krótko!
      Bardzo dziękuję! Bardzo!
      Ściskam ciepło,
      L♥

      Usuń
  7. Odkrylam twòj blog przez noworoczną nude ale powiem ci ze na type mnie wciagnął że przeczytałam calego W 3 dni Co jest dla mnie swoistym sukcesem
    Bardzo Mi sie podoba to opowiadamie jest take inne niz do tej pory czytalam
    Masz talent
    Z niecierpliwością czekam na next 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie też to sukces! Zachęcić by ktoś przeczytał te wszystkie rozdziały w trzy dni? Wow! :D
      Dziękuję bardzo i liczę, że nie zawiodę!
      Lupi♥

      Usuń
  8. Kiedy nastepny rozdział??

    OdpowiedzUsuń